O Maćku Parowskim emocjonalnie

O Maćku Parowskim emocjonalnie.

Powinniśmy się nie lubić, albo gorzej. Choć kalendarzowo dzieli nas zaledwie parę lat to, jak napisałby Maciek (a ja bym wykpił), należymy do różnych pokoleń. Ale jest nawet gorzej. On, inżynier, poszedł studiować na Polibudę bo bał się, że uniwersyteckie wydziały humanistyczne go „zindoktrynują na komunę”. Ja, humanista pełną gębą, poszedłem na Uniwerek studiować polonistykę i historię sztuki pilotowany mądrością OO Jezuitów, których czuję się intelektualnym wychowankiem: żeby skutecznie walczyć z dowolnym przeciwnikiem, trzeba najpierw dobrze go poznać. On brylował w towarzystwie (oryginalna „Fantastyka” była imprezą towarzyską, a gdyby była czymś więcej to – w stanie wojennym – okrzyknięta zostałaby kolaboracją w stanie czystym ze wszystkimi tego przykrymi konsekwencjami) mnie towarzystwo wyparło na margines, a za kontakty z nim obrywałem w „podziemiu” ostre reprymendy.

Przez Maćka nie zostałem o parę lat młodszym wśród o parę lat starszych. Maciek skazał mnie na etat o parę lat starszego wśród o parę lat młodszych, na Feniksy, Fenixy i dystans do towarzyskich sporów i kłótni. Mam mu za co dziękować – mody towarzyskie kłócą się z myśleniem niezależnym od towarzyskiego. A to właśnie takie towarzyskie myślenie wypchnęło mnie na kilkanaście lat z orbity fantastyki i to Maciek wkroplił w naczynie krople przelewające naczynie. Powinienem go nie znosić, dawać temu rozliczne dowody – to robię naprawdę dobrze – i sam się dziwię, że jest wręcz przeciwnie.

Moja prywatna, emocjonalna – własna, subiektywna i co mi pan zrobi? – ocena Maćka Parowskiego owszem, skażona jest zaszłościami, ale jakby nieco inaczej. Zawsze będę miał redaktora Parówę (nigdy nie dostałem oficjalnego pozwolenia na użycie tego towarzysko pieszczotliwego zgrubienia, wręcz przeciwnie, obowiązuje mnie wyrażony dobitnie zakaz jego używania) przede wszystkim za niedokończonego pisarza. Gdyby ktoś mi za to zapłacił byłbym skłonny z przekonaniem kruszyć kopie, że „Twarzą ku ziemi” jest jednym z trzech najlepszych debiutów w całej powojennej fantastyce polskiej. Gdyby ktoś mi za to zapłacił, udowodniłbym czarno na białym, że „Burza” nie jest żadną historią alternatywną i że czerpie po całości z innej tradycji, czyniącej takie określenia smutnie nieadekwatnymi, a w ogóle, mimo dwóch wydań, najbardziej jest jedną z „książek z cienia”. No i gdyby ktoś mi za to zapłacił, obroniłbym z przekonaniem jego opowiadania. Chętnych z kasą proszę na priv.

Przekonany, że jako redaktor wszystkich Polaków Parowski zmarnował literackie talent, niechętnie przyznaję mu zasługi redaktorskie. Nie chcę, ale muszę. Gdyby ktoś mi za to zapłacił udowodniłbym z przekonaniem, że to dzięki Parowskiemu mamy dziś taką fantastykę polską, jaką jest… to znaczy tak dobrą. Przypomniałbym, jak groźna była w mrocznych latach 80-tych zeszłego wieku wyniszczająca epidemia głodu wszystkiego co zachodnie i jak leczyło ją pokazanie w „Fantastyce” Marka Baranieckiego („Karlgoro godzina 18:00”) jako dowodu, że my też tak możemy, a kto wie, czy nie lepiej? Potem bywało różnie, ale to jedno wystarczy za wszystko.

Maciek zaczernił mnóstwo papieru i zrobił to dobrze, ale tak naprawdę w każdej bibliotece każdego kumatego fana fantastyki (a i kronikarzom życia literackiego przełomu wieków też by się przydało) mają zagwarantowane miejsca trzy jego książki: „Twarzą ku ziemi”, „Burza” i „Małpy Pana Boga” – rozumiane jako całość i „dzieło w toku”. Reszta, bardzo przydatna, jest czymś raczej dla koneserów. Piszę to z pełnym przekonaniem bo, po trzecie, dziś, gdy nie jest już redaktorem, Maciej Parowski pozostaje dla mnie osobiście skarbem narodowym fantastyki jako fenomenalny causeur. Jego powieści (i opowiadania) odfajkowała historia, są do kupienia dla wszystkich niewielu tych chętnych, dla których fantastyka jest literaturą fantastyczną i niech tak zostanie. Jego autorzy (stajnia „Fantastyki”) albo zrobili kariery, albo odeszli w niepamięć, to już materia historyczno-statystyczna. Parowski jak najbardziej żywy – alive and kicking – to dziś Parowski-gawędziarz i więcej, Parowski niezrównany… plotkarz.

„Małpy Pana Boga” są (i oby nadal były) zapisem tradycji, zapisem Maćkowej erudycji… oraz zmagań z historią i teorią literatury (brak humanistycznego wykształcenia ma swe szkodliwe skutki uboczne) ale przede wszystkim są uroczym w swej dyskrecji zapisem przekonania, że „Na początku był Parowski i przez Niego wszystko się stało, a bez Niego nic się nie stało z tego, co się stało”.

Do czego dochodzą dziś i co mają udowodnić „jego autorzy”, alfabetycznie.

I wiecie co? I tak jest dobrze. Tak jest jak powinno być. Maciej Parowski jest taki… albo go nie ma inaczej niż w oceanie historii.

A poza wszystkim innym: ludzie, jak to się fenomenalnie czyta!

 

Zdjęcie na głównej: Zorro2212

Krzysztof Sokołowski

Krzysztof Sokołowski

Tłumacz, krytyk literacki i filmowy, niegdyś działacz fandomu. Współtwórca magazynów "Feniks", "Fenix" i "Fenix Antologia".

You may also like...

2 komentarze

  1. Wojciech Chudziński napisał(a):

    Czas i mądrość życiowa tępi pazury. Moje też stępiła. Dziś na Macieja Parowskiego patrzę z dużą atencją i doceniam Go (również jako pisarza). Takich redaktorów, jak Zbigniew Przyrowski i Maciej, pewnie już nie będzie. Teraz nawet dyskusja z Nim bywa przyjemna ! 🙂

  2. LiCtor napisał(a):

    Może jeszcze coś napisze? Wspomniał Fenixowi o dwóch opowiadaniach. Będzie się go przyciskać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *