Ziemkiewicz Rafał

Ziemkiewicz Rafał Aleksander (1964)

 

Szmat czasu darliśmy koty, od początku lat 80-tych gdzieś do 2004 roku[1]. Wojna dwudziestoletnia. Rafał przewodził młodym autorom wierzgającym przeciw dyktatowi „F” i „NF”, a ja o 18 lat starszy, stałem im na drodze z moim dyskusyjny gustem literackim, z nad-aktywnym redaktorskim ołówkiem, z uwikłaniem w system władzy, bo tak postanowili czytać moją pozycję. Byłem człowiekiem Wójcika, lizusem Hollanka, reprezentantem obmierzłego systemu, a fantastą nieprawowitym i niekompletnym.

Rafał miał ewidentny talent i przebojowość samca Alfa, od razu wiedziałem, że będą kłopoty. Daliśmy mu nagrodę „Fantastyki” za opowiadanie w „Problemach” i szybko został członkiem zespołu, tzn zwalczającym mnie kolegą z redakcji pod światłym panowaniem Adama Hollanka. Następnie był szefem konkurencyjnego „Fenixa”, później wrócił do„NF” z felietonami drukowanymi u Oramusa i ponownie zerwał z pismem z mojego powodu. Udzielał się w tym czasie z bardzo dobrym skutkiem na wielu innych medialnych polach.

Pierwszy raz usłyszałem o nim w 1982 roku, od Marka Wydmucha z Czytelnika (kolegi  z Międzylesia, wydawcy „Twarzą ku ziemi”). Kto to jest  Ziemkiewicz – utyskiwał Marek. – I czemu na mnie krzyczy? Rafał nie potwierdza tej sytuacji, nigdy się z Wydmuchem nie spotkał. Nie szkodzi, mógł się na niego wydrzeć przez telefon. Do mnie też coś głośno mówił z wysokości swoich dwu metrów w Dni „Fantastyki” w Staszowie’84 bo zmieniłem parę wyrazów w jego  znakomitych skądinąd shortach w numerze wrześniowym. Kiedy nasza waśń rozkręciła się na dobre zajrzałem do „Nowej podwójnej astrologii” (KiW 1992) Suzanne White. Stało tam czarno na białym, że nie czeka mnie nic dobrego: Panny Smoki mają trudny charakter i silną wolę. Zawsze mają na końcu języka cięte i obraźliwe słowa. Nastrój, jaki wokół siebie wytwarzają, trudno nazwać przyjemnym.

Jest anegdota, która o ukazuje nas w lepszym świetle. W 1991 roku to nie ja wywaliłem Rafała z „NF” ale zrobiłem szum wokół praktyki wciskania na łamy własnego tekstu (w dodatku niedobrego, „Mięso kobiet”). Jacek Piekara, wypchnięty z już złamanego numeru, wściekł się i wycofał z „NF” opowiadanie („Ponury milczek”). Dał je do miesięcznika „Fenix”, który z Rafałem założył. Oprotestowałem tę grę na dwa fortepiany, Rafał ujął się honorem, odszedł z pisma i spółki Fantastka S-ka zoo.

Jakoś rok, czy dwa później roztoczył przede mną wachlarz swych redaktorskich i autorskich osiągnięć. Widzisz, powiada, poradziłem sobie, chociaż mnie tępiłeś. Tylko, że mnie jego  sukcesy uspokoiły. Mogłem stracić i pracę i redaktorską sławę, a odejść nie było gdzie[2], zaś fakt, że młody wypłynął, tylko mnie ucieszył. Na co on, że właściwie też jest zadowolony, bo nie zniszczył uczciwego człowieka. Tak sobie gwarzyliśmy w apogeum konfliktu.

Skończył polonistykę  na UW, żeby tamtejszą kadrę nauczyć fantastyki, co akurat nie bardzo mu się wyszło. Rządził Tfurcami, Klubem TRUST, wydawali jakieś fanziny, atakowali wydawców, oddawali się literackiemu kształceniu, bez mała sadystycznie  wytykali sobie ale przede wszystkim konkurentom literackie błędy i pod opieką Piotra Staniewskiego bili czołem przed  bożkiem pisarskiego warsztatu. Piotr jest kolegą z wydziału elektroniki Marka Hołyńskiego, naszego z kolei, tzn kliki z „Politechnika”, przewodnika czy guru. Na tej elektronice gromadziła się rzeczywiście elita.

W 1985 roku podczas dni „Fantastyki” w Warszawie chłopcy (Rafał, Jarek Grzędowicz, Jacek Piekara, Tomek Kołodziejczak i inni) ogłosili manifest fantastyki rozrywkowej, co było przekorą, zaczepką i wyznaniem wiary. Rzecz w tym, że w 1984 w polemice z Rafałową „Generacją wcześniaków”, nawoływałem by nie sprowadzać fantastyki do samej rozrywki i standardowych chwytów. Tyle że owa „Generacja wcześniaków” też była reakcją na mój tekst „Widok przez trzecią bramę”, w którym wprowadzałem pojęcie IV-tej generacji. Ale najpierw użyłem tego określenia w posłowiu do dobrego tomiku Rafała „Władca Szczurów” wydanego w Alfie. Niestety Marek Nowowiejski się przestraszył i posłowia ostatecznie nie kupił, a tym samym czwartą generacją niesłusznie nazwałem autorów z konkursu „Fantastyki”.

To oczywiście nie jedyny powód wojny XX-letniej. Trwałaby może do dziś, gdyby czas nie przyznał racji obu stronom. Wymienionym Tfurcom lekcje warsztatu nie zaszkodziły, cieszą się niebagatelnym literackim dorobkiem, wcale nie wyłącznie rozrywkowym. Mam i ja autorskie i redaktorskie sukcesy, a przygoda z ambitnym „Czasem Fantastyki”, który zdobył  publiczność żarliwą lecz nieliczną, skomplikowała mój pogląd na kwestie rozrywki i powagi w SF. W dodatku po zjawieniu się nowoczesnej stricte politycznej fantastyki[3] Rafała („Szosa na Zaleszczyki”, „Źródło bez wody”, „Czerwone dywany, odmierzony krok”, „Pieprzony los Kataryniarza”….) byłem jednym z pierwszych[4], który się nią zachwycił i próbował  rzecz nazwać. Okazało się, że mamy na wiele spraw podobne poglądy i wspólnych przeciwników. I tak zrodził się między nami pewien typ serdeczności jak między bokserami,  którzy po morderczej walce szczerze wpadają sobie w ramiona. Marcin Wolski, z którym Rafał występował w Egidzie i innych kabaretach, odegrał chyba w tym pojednaniu rolę mediatora czy katalizatora.

Dziś czytam nasz konflikt nie tylko przez różne wizje i interpretacje fantastyki, i nie tylko jako efekt buntu spragnionych awansu literackich poruczników. Trwały wielkie zmiany, padały autorytety, dlaczego chłopcy mieli nie spróbować i ze mną, skoro dialektycznie i faktycznie jednak im przeszkadzałem? Od Harolda Blooma i naszego Kazimierza Wyki wiem już, że istnieje w społecznościach literackich  coś takiego jak lęk przed wpływem. Młodzi zaprzeczają związkom najbardziej oczywistym, udają niezrozumienie, zaprzeczają podobieństwom, przechwytują tezy, eksponują różnice, jakby bez ostrego cięcia nie był możliwy suwerenny rozwój. Tak ze mną wojowano i jak pamiętam, ja też sięgałem wobec poprzedników do tego arsenału.[5] W dodatku w czasie największej rewolty TRUSTU zaczynał mi się w domu podobnie motywowany bunt syna (współwyznawcy Rafała w Korwiniźmie), tak samo nieznośny, niepojęty i oczywiście (!), niezasłużony. I też fajnie się skończył.

W 2011 wydając zielone „Małpy Pan Boga. Słowa” zebrałem różne pyskówki głównie z Tfurcami, w jednym rozdziale  p.t. „Niczego nie żałuję. Polemiki”, bo już wówczas patrzyłem na minione zmagania  z sentymentem. Ale że Rafał jak zwykle ostro wojował na paru otwartych frontach, to dostał rozdział do sprawdzenia, czy nie ma tam rzeczy, które mogłyby mu zaszkodzić. Szybko odpowiedział, że nie, ale radził upewnić się jeszcze u redaktora, bo oni lepiej wyczuwają takie niuanse.

Absolutnie niech pan daje te kłótnie do książki, oświadczyła redaktor Iwona Gałęziowska, są bardzo interesujące.

 

 

[1] W 2006 pisałem już wstęp do tomiku nowel Rafała „Coś mocniejszego”. Spór się wypalił, od 2005 dzięki Wolskiemu miałem felieton filmowy w „Gazecie Polskiej” czyli znów byłem dla Rafała kolegą z łamów.  Gdzieś wtedy też zacząłem bywać w Klubie Ronin założonym przez Rafała i Józefa Orła.

[2] To znaczy Jacek Rodek chciał mnie silniej związać z kwartalnikiem „Komiks-Fantastyka”, ale to była meta niepewna i nie do końca dla mnie.

[3] A nie przede wszystkim antytotalitarnej, jak było z nurtem tzw fantastyki socjologicznej.

[4] Lecz po Sedeńce, Wojtek już wiosną’90 chwalił mi „Szosę na Zaleszczyki” i wydrukował opowiadanie w pierwszym tomie antologii „Niebezpieczne wizje”.

[5] W moim „Bez dubbingu” i „Z bandytą w windzie” przypominam dwa takie teksty, w których polemizuję z krytykiem Andrzejem Osęką w imieniu młodych artystów: „List młodego krytyka do starego” i „Okolice sztuki”. Odpowiedzi p. Osęki są w jego zbiorach felietonów „Sztuka z dnia na dzień” (1976) i „Coś się kończy, coś się zaczyna” (1979). Paul Valery nazywał takie spory młodych ze starymi „komedią intelektu.” Czyli farsa powtórzyła się jako farsa?

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *