Oramus Marek

 Oramus Marek (rocznik 1952)

 

Wielka figura prozy i krytyki SF, publicysta naukowy, barwna postać fandomu, dusza rogata i kiedyś bardzo towarzyska. Od kilkunastu lat na spokojniejszej nowej drodze życia z żoną Dominiką i córką Bereniką. Kumpel z czasów „Politechnika”, teraz na mnie warczy, ale jakieś trzy dekady dość zgodnie działaliśmy wspólnie. Znakomity felietonista „Przeglądu Technicznego” „Fenixa” i „Nowej Fantastyki”, od paru lat „+ – Rzeczpospolita”. Jeśli przegrywał czytelnicze rankingi to o parę głosów – kiedyś z Maciejem Iłowieckim, potem z Lechem Jęczmykiem. W „Politechniku” jego felietony z cyklu „Rezerwat” zawsze, choć nieznacznie wygrywały z moim „Z pozycji gaduły”.

Jako krytyk entuzjastycznie witałem jego powieści: „Senni zwycięzcy” (1982), „Arsenał” (1985), „Dzień drogi do Meorii” (1990); recenzowałem pierwszy zbiór publicystyki „Wyposażenie osobiste” i antologię opowiadań. Poróżniliśmy się po mojej czepialskiej recenzji „Bogów Lema” (2007). Proza Marka bliska z ducha klasycznej SF, odkrywała sferę metafizyczną i wprowadzała na fantastyczną scenę bohaterów wariatów, wcześniej raczej nieznanych. Pokrewnym pod tym względem prozaikiem jest bodaj tylko Łukasz Orbitowski, może Paweł Ciećwierz, którym zachwyca się Krzyś Sokołowski. Inspirują ich wewnętrzne bestie i demony; to autorefleksja, nie przygana. Czytając latem’82 rękopis Markowego „Arsenału” zrozumiałem, że autor o naturze melancholijnej, rentierskiej, nie poradzi figurze herosa/hazardzisty groźnego dla siebie i innych. Dlatego bohaterem Oramusa był np. Deogracias czy Nyad, a mój nazywał się Neut.

Znacząca anegdota, sam mi ją opowiedział i nie jeżył się, gdy powtórzyłem ją mediom. Rodzice wysłali go, jako malca, do sklepiku w Myślenicach po kiełbasę. Czekali tam smutni, a kiełbasa była nielegalna. Wiedział, że należy milczeć, lecz panowie metodycznie wyciągnęli z dzieciaka, po co mu banknot w zaciśniętej piąstce. Spisali protokół, odeszli, a kobiety natrząsały się nad Markiem, to ty nie wiedziałeś, rozumu nie masz, co ci powtarzaliśmy! Tylko ojciec uspokajająco głaskał syna po głowie. Komu trudno pojąć zaciekłości Oramusa w sprawie komuny i w innych, kogo dziwi jego socjologiczne zacięcie, niech wspomni tę scenę. Widziałem jej pokłosie, już w „Politechniku”, kiedy Marek nie przyznawał racji adwersarzom, a zwłaszcza  szefom, nawet, gdy ewidentnie jej nie miał.

Pierwszy raz zobaczyłem go w „Politechniku” wiosną’1974. Duże naburmuszony chłopisko ze śląskiego oddziału zaproszony do centrali, bo jego tekst zdjęła cenzura. Wezwanie nie było przyganą, chodziło o perswazję, a nie odtrącenie młodej utalentowanej duszy. W artykule „Pozoracja entuzjazmu” ironizował tzw. czyny partyjne, demonstrując wielki kunszt w operowaniu słowem. Marek bawi się tam stylem, drażni z czytelnikiem, puszy pawi ogon; tak wysoko zorganizowana piękna fraza wychodzi po nim chyba tylko Sapkowskiemu. On to nazywa pisaniem 1/x. Oczywiście nie dał się przekonać do racji cenzorów i tekstu nie poprawił.

Drugi raz to był zjazd ekipy „Politechnika” w Zalesiu przed nowym rokiem akademickim. Szczepiliśmy się z Markiem w sporze o aborcję i nie mogliśmy przestać. Odciągnął mnie Marek Hołyński, zostaw, nie widzisz, że gość cię podpuszcza. Wkrótce zostaliśmy kumplami, cała trójka, a Hołyn dodatkowo odegrał wobec zespołu „Politechnika” rolę mentora. Oramus rzeczywiście prowokował, wziął mój zapał za męski syndrom post-aborcyjny, przyznał to po latach. Ale ja byłem dla skrobanek stracony, od kiedy zaprzyjaźniony ksiądz dał mi w ogólniaku broszurkę „Pamiętnik dziecka nienarodzonego”. Trzy dekady przed „Karą większą” Marka Huberatha!

To się powtarza w różnych sytuacjach literackich, życiowych, sportowych, Oramus przewiduje dwuznaczne intencje, gorsze zakończenia, fałszywe postawy. Jest nieufny i wyczulony na złą wolę i blagę. Dostrzega konflikty, fronty starć i napięć tam gdzie ja widzę watę chaosu. Nie zawsze, ale często miewa skurczybyk racją, dla literata takie sceptyczne spiskowe spojrzenie to zaleta. Aha, raz z głębin swego czarnowidztwa przewrotnie mnie pocieszył. Kiedy  dopatrywałem się u siebie jakichś przebarwień, zgrubień, krwawień, zwężeń, lecz Marek znalazł w tej sytuacji akcent optymistyczny i rozłożył szeroko ramiona: Maciejka, nic nie tracisz, zapieprza taaaka kometa!… Na szczęście nam się upiekło. Mnie i  ludzkości.

Opowiadał mi o swojej nieśmiałości chłopaka z Myślenic w wielkim mieście, ale szybko mu przeszło, zwłaszcza, że to było przełamywane przeczuciem powołania czy siły. Jako nastolatek pisał do Lema a Mistrz odpisywał. Janek Rudziński przekazał mi niedano wycinek z „Młodego Technika”, list młodego Oramusa (kwiecień 1970) sugerującego pismu ogłoszenie czytelniczego rankingu opowiadań; po latach to Marek zaproponuje w „NF” połączenie plebiscytów na prozę polską i zagraniczną[1]. Kiedy w Warszawie był Miłosz Marek zjawił się pod odpowiednim adresem z prośbą o wywiad. Glejtem, który miał mu to umożliwić była rozmowa z Herbertem i felieton „Człowiek idzie z dymem”[2] o Walentym Badylaku, który spalił się na rynku w Krakowie w proteście przeciw komunie. Miłosz wybrzydzał, wolałby żeby to były teksty zrobione przed Solidarnością a nie w trakcie jej 16-to miesięcznego karnawału.

Jest Oramus zaprzyjaźniony z Lechem Jęczmykiem, rozumieją się w pół słowa. W 1974 zrobili dobry wywiad do „Politechnika”, w 1977 proroczą rozmowę o bliskim przełomie w polskiej SF do „Razem”. Kiedy później w okresie bankietowym Marek rozrabiał, co mnie z Wiktorem Żwikiewiczem dziwowało, to Jęczmyk wręcz Oramusa zachęcał: Marucha, jesteś moim gości, robisz co chcesz. Ale raz widziałem ich poróżnionych. Lechu pomstował na przesłanie „Paragrafu 22”, przez siebie przetłumaczonego; powtarzał, że narażone na pożarcie narody nie mogą akceptować pacyfizmu, musza szanować armię. Marucha się zawziął, nie da sobie odebrać tego, co myśli o tępych zupakach. Obrażony wstał od stołu, ale nie odszedł daleko, bo na pięterko ówczesnej wilii Jęczmyka na Tucholskiej.

Kiedy AD 2003 postradaliśmy w „NF” władzę i Leszka felietony Gosia Berlińska powtórzyła mi sarkastyczną uwagę, któregoś z nowych gości pisma: Nareszcie Parowski przestanie się ze wszystkimi kłócić, a Oramus we wszystko wtrącać. Fakt, Marek ma ogromne ego, wypycha trochę innych, może bezwiednie, no i źle znosi zwierzchności. Oświadczył kiedyś, że jego dział krytyki w „NF” jest wydzielony i niezależny. A skądże ci się to wzięło, pytaliśmy zdumieni z Krzysiem Szolginią, sekretarzem redakcji. W „Zimie w trójkącie bermudzkim” (12/2001) znakomitym skądinąd akcyjnie i intelektualnie opowiadaniu fantasy dziejącym się w redakcji na Mokotowskiej, siebie czynił Marek grododzierżcą dialogującym z wiedźminem/Psihujem, a ze mnie parodię naczelnego, któremu mylą się dni wolne z roboczymi.[3] Albo tak opisywał fanom w Nidzicy drużynę felietonistów „Politechnika” (Roman Lewandowski, Mirek Kowalski, Włodek Kalicki, Oramus), że mu mnie w tym combo zabrakło. Musiałem przypominać, że to ja ów klub felietonistów de facto założyłem.

Ale takie rzeczy wyłażą w spokojnych czasach, bo gdy wybuchały zawieruchy Marek bywał lojalnym i walecznym członkiem drużyny. Za czasów „Politechnika” został zresztą u mnie zameldowany, potem wspierał mnie podczas najgwałtowniejszych ataków młodych, choć z ich liderem Rafałem miał wówczas dobre układy. Lubię wspominać lata 80-te i początek 90-tych kiedy Marek w wolnej Polsce nareszcie może zatrudnić się w „Fantastyce”; przedtem pisze felietony o science w  „Przeglądzie Technicznym Innowacje”, za który dostanie od „Fantastyki” nagrodę i od 1984 przysyła nam znakomite opowiadania. Bywa, że dzwonię do Marka, do Myślenic, wtedy zanim podejdzie do telefonu, zawsze chwilę serdecznie gadamy z jego mamą.  Latem 1988 tydzień gościłem u nich, dojechał Piotr Raku Rak z ciężką torbą piw i Jęczmyk by nocą zatańczyć w kałużach „Deszczową piosenkę”. Gdzieś w tym okresie Marek wpadł do nas na Bródnie chwilę przede mną i pomógł mojej żonie położyć tapety, do czego wdrożył się AD 1985 w Paryżu. Albo tak sytuacja – przyjeżdża od siebie z południa, dzwoni już z Centralnego, każe mi zagniatać ciasto na pizzę, i pyta, co dokupić, puszkę rybek czy morski? Że piwo, było wiadomo. Jeśli dotarł na Bródno wcześniej to jeszcze pomagał trzeć ten ser, kroić jabłka i cebule. Ciasto robię szybko, rośnie od momentu, w którym zadzwoni, więc od przyjazdu do konsumpcji mamy trzy godziny.  Aha, w 1992 jechaliśmy do mnie na działkę, starym maluchem, który rozkraczył się kilometr przed celem. Za kierownicą siadła córka Marka z pierwszego małżeństwa, Dominika, a my postękując dopchaliśmy samochód do mety. Fotografa przy tym nie było.

 

[1] Nieoczekiwanie wyszło z tego, że prozę polską w „NF” oceniają czytelnicy równie wysoko jak przekładową.

[2] Zatytułowany tak zbiór felietonów Marka z lat 70-tych ukazał się w 2015 roku u Wojtka Sedeńki. Jest tam m.in. tekst „19 zasad życiowych wg Ormusa” z grudnia 1979, który robił wrażenie na kierownikach wydawniczych działów gratisów.

[3] Owszem zdarzało mi się wybudzać Marka z długich świątecznych drzemek. Otóż wracając z kina LUNA z pokazów Konfrontacji albo Festiwalu Warszawskiego, wpadałem do firmy na rozmowy międzymiastowe z autorami.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *