Lewandowski Konrad

Lewandowski Konrad (Przewodas, rocznik 1966)

 

Jeden z lepszych prozaików, jakiego miałem i znakomity eseista, ale nie od razu. Wariat. Ma taki charakter czy karmę, że praktycznie cały czas wojuje ze światem. Jeszcze w tamtym tysiącleciu już po znakomitej „Notece 2015”, zajrzał do redakcji z pretensją.

– Chłopaki powtarzają, że nazwałeś mnie świnią.

– Niemożliwe. Drwiłem z nich, że mają z tobą tylko kłopoty, a ja wycinam pyszne kotlety, ale to w sensie pozytywnym.

– Nie o to chodzi, mówiłeś, że jestem ich wieprzkiem i tyle.

Trochę trwało zanim skojarzyłem różne fakty.

– Czekaj, może prosiaczkiem?

– No, może… Żadna różnica.

– Fundamentalna. Prosiaczek, bohater Goldinga z „Władcy much” – wyjaśniłem. – Grubasek i okularnik, niewysłuchany mędrzec.

– Hm, hmmm, niewysłuchany mędrzec…

Konrad zachrumkał, często drwiła z wydawanych przezeń odgłosów sekretarz redakcji Kasia Iwanek/Plebanek. Stwierdził, że może być, pokręcił się i wyszedł z firmy.

*

Odkąd pamiętam miał kłopoty z kolegami fantastami a oni z nim. Stawał z boku, słuchał dyskusji nawet obcych ludzi i ani się człowiek obejrzał, a Konrad się podłączał i rezonował, przejmował kontrolę. Stąd ksywka Przewodas, tak go poznałem AD 1988/89. Według niego przezwisko pochodzi ze szkoły i studiów, gdzie zawsze stawał na czele, przewodził grupie. Ale w przedszkolu nie wyszło, wyleciał po tygodniu. Wychowawczyni uznała, że z takim modelem nie da rady, albo on, albo ona. Jego własna anegdota, czasem jej zaprzecza.

Członek i odszczepieniec klubu Tfurcuf, chłopcy potrafili być dla niego okrutni. Zaczęło się od wyjazdu na spęd młodych autorów do Chlewisk, dyskutowali tam swoje teksty, Konrad najostrzej ze wszystkich. Kiedy doszło do jego kawałków, równie kiepskich, to z ulgi i zemsty okropnie zmyli mu głowę, no i okrucieństwo weszło im w krew. Konrad źle to znosił, ale nie ustawał w prowokacjach. Wziął serio credo grupy, że „trzeba autorów kosić równo z trawą, żeby się nie zmanierowali” i zamachnął się na autorytet przywódcy stada, Rafała A. Ziemkiewicza. Sromotnie przegrał.

Mnie Tfurcy też wzięli na celownik, więc byłem wobec nich dość krytyczny. Coś m się wydaje, że zanim wyszli na prostą, to narobili szkód innym i sobie. Dopiero, kiedy się porozchodzili, zaczęli dobrze pisać, bo już nie musieli skakać kolegom i redaktorom do oczu. Zepsuli też Konrada, zaczął być taki sam, przykry i bezlitosny. Ale uwaga, zrobił mi kiedyś na karteluszku listę osób lepszych od siebie, których nie zaczepia, docenia ich. To było novum i rodzaj branżowego honorowego kodeksu; w latach 80/90 większość młodych nie stawiała sobie żadnych ograniczeń. Stąd ich omyłki, w 1990 napadli mi na Jacka Dukaja, a Rafał wręcz złożył na ręce Konrada zaświadczenie, że ten niczego istotnego nigdy nie napisze. Tak mają młode koguty, choć przyznaję, historię znam ze słyszenia, nie widziałem tej bumagi. Widziałem natomiast inną, kartę do głosowania na nagrodę Zajdla na Polconie AD 1986, Konrad pokazał mi, że zatrzymał ją na pamiątkę, że (pewny wygranej?) nie zagłosował na siebie. Rzeczywiście odebrali wtedy w Jastrzębiej Górze należne Zajdle – Rafał za „Pieprzony los Kataryniarza”, Konrad za „Notekę 2015”. Rewelacyjne niestarzejące się kawałki! Na zdjęciu z ceremonii wręczenia widać, że Konrad jest szczęśliwy i dumny. A Rafał, nie to, że zażenowany, ale na granicy zmiany zdania.

*

Ma dziki dar robienia sobie wrogów, wpadania w kłótnie, zaprzeczania pozytywom udanych wcześniej związków, znajomości. W 1992 roku byłem u Sapkowskiego w sprawie komiksu, akurat zadzwonił Konrad z roszczeniami wobec Geralta, że przypomina jego Ksina; pamiętam, że AS strasznie Konrada zbeształ. Poszedł do Krzysztofa Mętraka sondować opinię głównego nurtu na temat fantastyki i zrobił redaktorowi „Literatury” awanturę, choć tekst powstały w wyniku tej i paru innych rozmów wypadł znakomicie („Stary krytyk mocno śpi”). Spór o mniemany plagiat Ziemkiewicza (redaktor Aleksandrowicz, jako replika Tomaszewskiego) znalazł finał przed trybunałem. W sprawie ataków i pomówień, jakimi zasypał dyrektora NCK Krzysztofa Dudka, sam zmarnowałem w sądzie parę godzin, ale zeznawali inni świadkowie, do mnie nie doszło i rozeszło się po kościach. To ja poznałem obu panów, NCK elegancko wydało Konradowi dobrą alternatywną powieść „Orzeł bielszy niż gołębica”, wsparli ją też krótkim metrażem o powstaniu styczniowym, sfinansowali graficzne projekty twardochodu (parowego czołgu na ropę, który miał przechylić szalę powstania listopadowego), ale nie zdołali dotrzymać innych obietnic i runęła lawina pretensji.

Czasem celowo, choć boję się, że bezwiednie, Konrad omija istotę rzeczy. Wyznaje w Sieci w jakimś wywiadzie. Parowski z Oramusem zgodnie spuścili mnie ze schodów (chodziło o jego znakomity tekst „Archetyp i schizofrenia”, „NF” 3/95, który dopiero po przejściach trafił na łamy). Albo: Parowski pozwolił Oramusowi mnie pobić. Wszystko wyglądało inaczej. Na Nordconie miał Konrad  prelekcję o powstawaniu arcydzieł; szukał w niej posiłkując się teorią Junga, recepty na gatunkowy sukces. Koledzy go olali, ja z uznaniem zamówiłem referat w wersji do druku. Maszynopis nie był tak dobry jak prelekcja, toteż zatrzymał się na kierowniku działu publicystyki, Oramusie. Szybko podpowiedziałem Konradowi, co poprawić, dość szybko sobie poradził, rozbudował argumentację, więc szkic pasował do 150-tego jubileuszowego numeru, jako ewidentna ozdoba.

Co do bijatyki, to Konrad skoczył na Oramusa, a ten bronił się tym, co miał w ręku, tzn. najpierw kuflem a potem jego rączką. Obu kolegów szyto na jednej sali pogotowia, Markowi dłoń, Przewodasowi głowę. Nawet Marek proponował, żeby cerować Konrada z jego ubezpieczenia, bo Konrad miał niestabilną sytuację w ZUS. Starcie odbyło w redakcji, w dniu moich imienin, akurat gdy wyszedłem z pokoju. Powód konfliktu przemilczę, bo jest dyskrecjonalny i nie wnosi nic do rzeczy. Najpierw Konrad, demonstrował krzepę, sadzał panie na szafach, pomstował na Oramusa i popisywał się piękną finką, którą mu profilaktycznie zabrałem i schowałem do kasy pancernej. Oramus operował kuflem z wprawą, ale i w panice, bo szczegół z finką w kasie jakoś mu umknął. Zresztą Konrad i bez oręża jest groźny, kulka tłuszczu i mięśni, przypomina Davida Tua’ę, samoańskiego boksera wagi ciężkiej. Tua niższy z reguły od rywali, dokonuje w ringu cudów, jego specjalnością jest nokautowanie przyszłych mistrzów. Konrad też zawinął w powietrzu paroma kolegami, ale na Oramusie się naciął. Bez mojej formalnej zgody i czynnej pomocy.

Ale do „Fantastyki” pisał mi wspaniałe mądre opowiadania, a do „CzF” eseje – znakomite recenzje książek o nauce i postmodernistycznej pseudonauce. Ciekawy autor i poszukujący publicysta, uparty, gruboskórny, wszystkożerny – pisałem o nim w notkach. Dlatego wywiadu udzielił mu sam Lem, kiedy już mało kogo do siebie dopuszczał. Nad książkami czy to fantastycznymi czy historycznymi uczciwie przysiada Konrad fałdów, zna się na truciznach, narkotykach, termodynamice, ewolucji, teologii. Opowiadanie „Pólmisek” traktuje o skrawkach owocu wiadomości złego i dobrego, które zawieruszyły się do naszego świata, w „El Nino 2035” (i oczywiście w tryumfalistycznej „ Notece 2015”) pożytkował mechanizmy chaosu. W doktoracie z filozofii „Pochwała herezji. Rzecz o metafizyce i wolności w trzech esejach”, uznawał zasadę wolnej woli za fundament wszechświata. Recenzowała tę jego pracę z uznaniem Jaga Rydzewska, osoba wymagająca i wybredna, pisarka i krytyk pisująca do „NF” i „CzF” ale i tłumaczka ośmiu tomów esejów G. K. Chestertona (oraz autorka dwu książek które sama o nim napisała).

Bierze Konrad średnio-płatne ambitne roboty i dotrzymuje terminów. W 2005 roku z tygodnia na tydzień redagowałem jego mini powieść o szaleństwie i truciznach „Czarna psychoza”, dodatek do „NF”. Wobec moich uwag wcale nie był uparty, natomiast wszedł w konflikt z dobrą profesjonalistką, panią Iwoną Gałęzowską, redaktorką „Burzy” i dwu pierwszych „Małp…”, której NCK zleciło pracę nad „Czasem Fantastyki”. Zresztą paru kolegów też się ostro postawiło, np. dżentelmen Tadzio Olszański nie krył irytacji. Wszyscy odrzucali dyktat główno-nurtowej poprawności, mieli się za zupełnie specjalną autorską kastę, w czym ich wsparłem, ale rewolta Konrada była najmniej elegancka.

Urażona pani Iwona zrezygnowała ze współpracy, a ja opowiedziałem jej następującą przygodę: Konrad miał kumpla pisarza, który ożenił się z redaktorką z pewnego wydawnictwa. Konrad złożył w tej oficynie wydaną już z powodzeniem, chyba nawet nagradzaną powieść, ale redaktorka, zażądała poprawienia praktycznie każdego zdania. Inaczej książka nie zostanie wznowiona. Bardzo była uparta, skończyło się na zwrocie zaliczki… Musi pani zrozumieć, wyjaśniłem, że w tej sytuacji Lewandowski jest ostatnią osobą, która uwierzy w obiektywność redaktorskich kryteriów i zaakceptuje bezdyskusyjność poprawek. On po prostu dobrze wie, że to zawsze stoi na guście, nastawieniu, złej lub dobrej woli.

Dziękuję, że opowiedział mi pan tę historię, oświadczyła z ulgą redaktor Gałęzowska.

You may also like...

1 Response

  1. 19 czerwca 2018

    […] Więcej można przeczytać na stronie „Fenixa”. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *