Jak wchodzić do tej samej wody

Też nie wiem, co z tego wyjdzie. Powiedzmy, że to eksperyment. Próba przywrócenia czegoś, co może okazać się ponadczasowe, a nie powrotu do lat dziewięćdziesiątych. Każda mutacja magazynu literackiego „Fenix” powstawała w oparciu o te same założenia. Chodziło o stworzenie magazynu, prezentującego dobrą fantastykę na przyzwoitym poziomie. Średnia jakość to zawsze miała być podstawa, absolutne minimum – arcydzieł nikt nie zamierzał odrzucać, gdyby się trafiły, ale przede wszystkim, tekst dla „Fenixa” miał trzymać poziom. Język, styl, wymowa, pointa. Żadnej taniej, błahej masówki i żadnych wysokoartystycznych wykwitów radykalnej awangardy.

I wszystko wskazuje na to, że teraz też tak będzie.

To niby są założenia bardzo proste, wręcz trywialne. Oczywiste, jak chęć otwarcia restauracji, serwującej smaczne posiłki. Tyle że w naszych czasach nic nie jest proste. Zdrowy rozsądek nie jest w cenie.

Ale nie da się nie pamiętać tamtych początków. Teraz patrzy się na lata dziewięćdziesiąte inaczej. Z jednej strony przez pryzmat historii: wiemy o tych wszystkich Magdalenkach, aferach, cudach i dziwach, mamy perspektywę „Psów” Pasikowskiego, pamiętamy (znaczy, pamiętają ci nie najmłodsi) okres panoszenia się mafii, rosyjskiej oraz rodzimej, i różne inne rzeczy. Z drugiej strony, dla wielu najzupełniej dorosłych czytelników to już mgliste czasy wczesnego dzieciństwa.

A jednak to był czas, kiedy dla nas (podówczas bardzo młodych), świat narodził się na nowo. Nagłe pojawienie się normalnych możliwości zwyczajnie zamieszało nam w głowie. Od momentu, w którym nie wolno było nic, do chwili, w której wolno było cokolwiek, upłynęło wręcz parę dni. Założyliśmy własne czasopismo, bo mogliśmy. Rzecz jasna, w tym nowym, podobnym do Dzikiego Zachodu świecie, nie trzeba było upraszać się łaski urzędasa, ale trzeba było zdobyć pieniądze. Pieniądze czyli wydawcę, który nimi dysponował.

Ten pierwszy był postacią, którą mogły zrodzić tylko tamte szalone lata. Ubrany jak z igły, wręcz awangardowo, o fryzurze jak gwiazda futbolu, prezentował się niczym młody milioner. Dosyć szybko okazało się, że cały jego majątek to prezencja, obraz samego siebie jako yuppie, oraz punkt ksero. A jednak gazeta zaczęła wychodzić. Wbrew wszystkiemu.

Oczywiście, po drodze cały czas było to nawigowanie między rafami. Pismo przechodziło najróżniejsze perypetie, ukazanie się każdego numeru stanowiło tryumf rozumu nad rozpaczą i stanowiło istny festiwal improwizacji, wiązania końca z końcem oraz eksperymentów na żywym materiale.

Czasy jak „Ziemi obiecanej”.

Pamiętam to jako przygodę. Większość z nas uczyła się dziennikarstwa w marszu, właśnie na „Fenixie”. Ale w tamtych szalonych czasach wszyscy uczyli się na poczekaniu właściwie wszystkiego. Od odizolowanego cywilizacyjnie dieselpunka przeszliśmy nagle do zaawansowanego świata końca dwudziestego wieku. Choćby pierwszych komputerów – nikt z nas nie chodził na żadne kursy. Włączałeś po raz pierwszy w życiu komputer, (demobil po dziale księgowości, przechodzony na śmierć, przed wyrzuceniem na śmietnik w sam raz dla naszej redakcji) a potem metodą prób i błędów usiłowałeś uruchomić edytor (DOSowy edytor Nortona). A na drugi dzień składałeś gazetę.

Rzecz jasna, czasy się zmieniły. Według wstępnej koncepcji, na razie nie będzie periodyku o stałym cyklu wydawniczym, a z tym wiązały się największe problemy. Nikt nie będzie też uczył się niczego na poczekaniu, bo upłynęły ze dwie epoki i technicznie okrzepliśmy. Ale jedna rzecz pozostanie bez zmian.

Ostatnie dekady to czas, kiedy większość papierowych czasopism fantastycznych poznikała. I stało się absolutnie jasne, że żadne publikacje internetowe, żadne ebukowe selfy i żadne blogi tego nie zastąpią. Nic na świecie nie zastąpi debiutu w piśmie.

W Internecie można wywiesić wszystko. Absolutnie bezkarnie i bez wyboru. Więc teoretycznie debiutować, albo publikować, jest bardzo łatwo. Równie łatwo, jak grać na ulicy. Każdy może to zrobić. A jednak, poza nielicznymi wyjątkami, efekt jest właściwie żaden. Tam, gdzie jest wszystko, w zasadzie nie ma nic.

Nic, w tym także Internet, nie zastąpi pokonania progu wymagań czasopisma. Przejścia etapu weryfikacji. Przekroczenia progu, po pokonaniu którego przestaje się być amatorem. Stania się kimś, kto ma do zaproponowania coś lepszego niż inni. Kimś godnym uwagi. Wyjątkowym.

Stania się autorem.

Im dłużej nie było na rynku „Fenixa”, tym jaśniejsze się stawało, że takie forum jest niezbędne. Choćby dlatego, że te lata posuchy to nie tylko brak płaszczyzny do debiutu, lecz także brak rynku opowiadań. A fantastyka, jak żadna inna literatura, potrzebuje opowiadań.  Krótka forma jest zwykle jej najgłębszą częścią. Nawet wiele arcydzieł gatunku to opowiadania, czasami potem rozwinięte w powieść, albo w scenariusz. Od „Kwiatów dla Algernona”, po „Bladerunnera”.

A skoro przy tym jesteśmy – jak zauważyliście, on też powrócił. Po jeszcze dłuższym czasie, ale jednak. I to nie jako jakiś remake, upudrowany i na siłę wtłoczony w nowe czasy oraz nową estetykę. I też swego czasu obrósł w legendę. Jak widać, niektóre rzeczy są po prostu niezbędne.

 

Tekst ukazał się pierwotnie w magazynie Fenix Antologia 1-2/2018

Jarek Grzędowicz

Jarek Grzędowicz

Pisarz, redaktor naczelny magazynu "Fenix".

You may also like...

1 Response

  1. 17 stycznia 2018

    […] Jarosław Grzędowicz Jak wchodzić do tej samej wody – czyli wstępniak ‚honorowego naczelnego’. Generalnie spodziewałam się kilku słów o przeszłości oraz informacji o planach redakcji czy o tym, jak powstawał bieżący numer. Przeliczyłam się. Praktycznie cały tekst Grzędowicza to przyjemne w odbiorze wspominki o tym, że kiedyś to się robiło te ziny na kolanie i odbijało na ksero, a potem robiło się dziennikarstwo w biegu i na rozpadajacym się komputerze. I że Fenix na rynku był wyjątkowy i niezbędny. Ogółem – kiedyś to były czasy, och ach! Zresztą – przeczytajcie sami, bo wstępniak sentymentalny dostępny jest online. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *