Mam radochę

Punkt widzenia wiadomo, od czego zależy. Dla Bartka ja jestem siłą sprawczą „Fenixa  Antologii”, dla mnie on. Bo to on odwalił robotę, ja gadałem. I czytałem. I gadałem. I tak dalej. A że „drzwi stawały przede mną otworem”? Wielkie mecyje. Od tego są drzwi, żeby stawały, a jeśli nie chcą stanąć, to się je wykopuje „siłą perswazji z półobrotu” i już.

Zgodziłem się entuzjastycznie na współpracę przy projekcie „Fenix – reaktywacja” wyłącznie dlatego że, mówiąc poetycko, życie me straciło swój powab… czyli zabrakło w nim odrobiny koniecznej radochy. Tak jakoś mniej więcej w lipcu 2017 poznałem, mówiąc poetycko, „oblicze nudy”, jakbym właśnie przeszedł na emeryturę ze wszystkimi jej walorami inaczej. Jakoś nie szło mi wymyślanie, mówiąc poetycko, nowych wyzwań. To, co zadałem sobie do zrobienia przez poprzednie parę lat, robiło się samo. Miałem nieodparte wrażenie, że stoję na szczycie swego prywatnego Everestu; wszystko inne jest NIŻEJ.

Przerażające.

I wtedy, bam! Ratunek!

Na Biedrzyckiego licz jak na Zawiszę!

Nie, ulepienie Fenixa z popiołów nie jest, mówiąc poetycko, „spełnieniem marzenia”. Ten rozdział zamknąłem wieki temu… i odłożyłem ad acta. W starym Feniksie i Fenixie orałem swe osobne poletko najlepiej jak potrafiłem. A kiedy okazało się, że potrafię, kiedy z działu zagranicznego zrobiłem „cutting edge”, kiedy udowodniłem sobie, co chciałem udowodnić, odszedłem – wiele numerów przed końcem zabawy – bo trawa była zieleńsza po drugiej stronie wzgórza.

Ale dziś… o, to już jest inna zabawa! Dziś Fenix jest mi znacznie bliższy. Bliższy sercu, którego podobno nie mam. Taki jakby trochę ważniejszy.

Te parę miesięcy sklejania pierwszego numeru „Fenixa Antologii” dały mi kopa jak rozrusznik serca bo:

– Udowodniły (mnie samemu), że ciągle mi się chce.

– Udowodniły (mnie samemu), że jeśli chcę, to (jeszcze) mogę.

– Udowodniły (mnie samemu), że więcej niż chcę i mogę: potrafię. Że nie pora się wycofać z arenki, gdy sofa służy jeszcze nie do drzemki. Że nadal, jak w czasach starego Fenixa, ludzie chcą ze mną rozmawiać. Że nadal umiem ich słuchać, choćbym miał się z nimi nie zgodzić, a oni słuchają mnie… i czasami nawet się zgadzają, QED.

Że przysłowiowy „stary maruda” nie strzela wyłącznie ślepakami.

Zabawne, co z tego wynika: z nas dwóch ani Bartek nie miał poczucia „misji”, ani ja nie miałem poczucia „misji”. Misję do wypełnienia miał tylko Jarek Grzędowicz, a i to taką z tych skromniejszych. „Albo wasz ‘Fenix’ będzie równie dobry jak był mój” – oznajmił nam w knajpie, w której jeszcze wolno palić, co nastawiło nas trzech bardzo życzliwie do świata – „albo zabieram nazwę i idę na swoje podwórko”. I proszę, jest… ktoś się ośmiela zaprzeczyć?

„Fenix Antologia” to suma dwóch skrajnych egoizmów.

Co, moim jak zwykle skromnym zdaniem, tylko się jej przysłużyło.

Krzysztof Sokołowski

Krzysztof Sokołowski

Tłumacz, krytyk literacki i filmowy, niegdyś działacz fandomu. Współtwórca magazynów "Feniks", "Fenix" i "Fenix Antologia".

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *