W bogów prozy hardości płomiennie zapłaczę – Kącik złamanych piór

Chcę pogadać dzisiaj o rozmaitych specjalnych zabiegach, w mniemaniu autorów służących wzbogaceniu i dowartościowaniu dzieła. Na początek: Pozwól mi usnąć w miejscu przerażenia, niczym krwawiąca rana z przeszłości rozdziera umysł, zabija marzenia, próbuje ogarnąć myśli… Spójrz jak przepływa twój dotyk przez skórę, jak dzika pieszczota rozpala to ciało, jak wszystko twardnieje, niby delikatne, umysł umiera, odpoczywa… Może tak dotknąć  dzikości stworzenia, a potem zabić przyjaźń najczystszą, by później móc nie umrzeć z pragnienia krwi nienawiści,  lubieżności także.

Oraz drugi fragment:

Noc. Przez zajmujące całą ścianę okna wlewała się jedynie mroczna pustka. Odległy poblask miasta był może widoczny, kiedy stało się w bezpośredniej bliskości przezroczystej płaszczyzny i wtedy malował żółte cienie w załamaniach twarzy takiej nocy jak ta, kiedy światło księżyca i gwiazd omijało Amsterdam. Chociaż jednak bezkonkurencyjny, nie mógł poblask stolicy upaść na niczyją twarz, tylko wlewał się do ciemnego  pomieszczenia i rozpraszał ze zniechęceniem, zanim zmobilizował siły na tyle, by dotrzeć do postaci (…)

To opowiadania. A teraz list od Czytelnika (list ten dziwnie pasuje do powyższych kawałków i dlatego przytaczam fragmenty):

Artysta unosi się na grzbiecie potężnego Geniuszu (…). Jest samotnikiem, wytyczającym sobie z pozoru niemożliwe do zrealizowania cele. Jest drogą ku Nadczłowiekowi, a niekiedy Nadczłowiekiem. Służy jedynie sobie.  Jego nauczycielem jest on sam. Pisze krwią (…). Pod jego stopami gnieżdżą się pasterze przywiązani do owiec (…).  Myśl Genialna porywa Duszę i Talent. Narzuca ona Formę, w zależności od rodzaju Myśli Genialnej. Artysta pisze całym sobą. Swobodnie unosi się na szalonej Myśli.

Z listem Czytelnika polemizować nie mogę, albowiem nie zrozumiałem ani słowa z tego, co mi zakomunikował – widać nie unoszę się na grzbiecie Geniuszu, a i na szalonej Myśli unoszę się nieswobodnie. Na dodatek nie piszę całym sobą, w zasadzie używam tylko rozumu i palców, a wątroby oraz worka mosznowego sporadycznie. Jest mi przykro, rzecz jasna, że Czytelnik oszalał. Ale cóż ja mogę na to poradzić?

Z opowiadaniami sprawa jest trochę inna, bardziej skomplikowana. I poważniejsza – spróbujmy więc spoważnieć. Wydaje mi się, że znam i rozumiem zjawisko, które zilustrowałem fragmentami dwóch opowiadań (jeśli ktoś weźmie do ręki moje debiutanckie dziełko – tytułu nie przypomnę – to zobaczy, dlaczego tak twierdzę). Choroba, o której mówię, ma przebieg łagodny albo ostry. W postaci ostrej dotknięty nią autor odrzuca niemal wszystko, co dotąd zrobiono na niwie literackiej i postanawia zapoczątkować bez mała nowy nurt w sztuce. Rzecz jest niemożliwa, przynajmniej od chwili, gdy napisano poemat dadaistyczny (choćby sztandarowe dzieło O gadji beri bimba – tytuł cytuję z pamięci, może więc coś pokręciłem, o ile ma to jakiekolwiek znaczenie). Choroba w postaci łagodnej nie czyni aż takich spustoszeń i w zasadzie jest uleczalna. Nosicielem może być każdy; otóż w początkującym autorze często tli się podświadome przekonanie, iż nie warto pisać „normalnych” utworów, bo któż to zauważy? Ot, kolejna fabułka, zdanie po zdaniu, podmiot, orzeczenie, dopełnienie… Lepiej zrobić coś, czego nikt jeszcze nie zrobił (postać ostra), albo chociaż coś formalnie oryginalnego. Na przykład walnąć po oczach taką wysoką prozą, że na tle banalnych fabuł…

I autor wali taką prozą. Taką mianowicie, że przestaje panować nad językiem, bo jest to tworzywo wielce niepokorne. Metafory sypią się, pełne wewnętrznych sprzeczności, nie przystają do siebie, gramatyka bierze w łeb, powstaje stylistyczny bałagan… Konia z rzędem temu, kto mi powie, jak podmiot domyślny „ty” ma się do czegokolwiek w drugim zdaniu składowym (p. pierwszy z cytowanych fragmentów). A główną nagrodę przeznaczam dla osoby, która zrozumiała, o co chodzi we fragmencie drugim, przeczytawszy go normalnie, czyli jeden raz i w zwyczajnym dla siebie tempie.

Metafora jest figurą bardzo trudną. Porównanie musi być celne i to zwykle wystarczy. Metafora, po pierwsze, musi być zrozumiała, albowiem jej sens polega na kojarzeniu mniej lub bardziej odległych pojęć. „Zmierzch stulecia” albo nawet „śmierć wieku”, no tak? „Dopala się płomień tysiąclecia wojen”. Nade wszystko jednak – metafora MUSI BYĆ POTRZEBNA. Zbędne porównanie jest po prostu nieprzydatnym dookreśleniem; zbędna metafora wręcz ogłupia adresata wypowiedzi, utrudnia odczytanie przekazu, albowiem zmusza do niepotrzebnego wysiłku (kojarzenie nie jest funkcją prostą, cóż dopiero skojarzenia piętrowe, gdy przenośni jest kilka i zachodzą między nimi skomplikowane relacje). Dodam jeszcze, że przez cały czas mam na myśli CELNE porównanie i NIESPRZECZNĄ WEWNĘTRZNIE metaforę. Bo jeśli ktoś jest „silny jak tlenek azotu”? Albo „palą się deszcze przeszumnego wzgórza”? Wtedy przestają to być figury retoryczne. To są brednie.

Poeci uciekają się czasem do skojarzeń wręcz absurdalnych i bywa, że osiągają przy tym pożądany efekt, lecz my tu mówimy o prozie fabularnej. A w fabule komunikatywność przekazu jest wartością wielce istotną i rozmaite środki artystycznego wyrazu nie powinny ograniczać tej funkcji. Metafora może „na skróty” wprowadzić czytelnika w odpowiedni nastrój, pogłębić jakieś wrażenie – ale na tym koniec. Dla nas, prozaików, przenośnia użyta „sama dla siebie” nie ma żadnej wartości, bo w dziele fabularnym nie jest figurą nadrzędną, lecz służebną.

Spójrzmy na to tak: oto czytelnik opowiadania przebrnąć musi przez pewną liczbę stron tekstu, by poznać jakąś historię i dowiedzieć się, co z niej wynika. Oczekując określonych profitów, godzi się wykonać taką właśnie pracę; w końcu gość sięgnął po utwór fabularny – zakładamy, że nie przez pomyłkę. Ale nie róbmy facetowi na złość, zmuszając go, by łykał literackie hybrydy. On chce konkretów. Nie sięgnął po tomik poezji, lecz po prozę, więc teraz raczej nie zamknie oczu i nie osunie się w przepastne głębie fotela, by w rytm uderzeń serca smakować melodie pierwszego i trzeciego zdania akapitu. Pojedyncze zdanie g…. go obchodzi; on chce gawędy, historii. Tę historię warto snuć rzetelnie i z uczuciem, nie stroniąc od przenośni i porównań, niemniej dbając, by narracja od tego nie cierpiała.

Przećwiczmy to. Przytoczyłem fragmenty dwóch tekstów. W pierwszym zdania składowe mają się nijak do siebie, ponadto wszystko dzieje się w kompletnej próżni; pozostaje zagadką, co to jest „miejsce przerażenia”, jaka „rana” i dlaczego „z przeszłości”; pomijam już, że rana jest właśnie rozcięciem, dziurą, rozdarciem, jak więc może rozedrzeć cokolwiek? Że niby – rozdarcie rozdarło? WSPOMNIENIE o ranie, no, powiedzmy (to już metafora piętrowa, bo i wspomnienie niczego przecież dosłownie nie rozdziera… ale przynajmniej samo nie jest rozdarciem). Na tym właśnie polega wewnętrzna logika metafory. Ale tylko wewnętrzna, bo teraz trzeba to odnieść do jakiegoś ZEWNĄTRZ – toż przenośnia, jak sama nazwa wskazuje, nie powstaje sama dla siebie, do czegoś trzeba ją odnieść, do jakiegoś  konkretu. Jakiego? Co symbolizuje ta figura w przytoczonym tekście; co się tu za nią kryje? Mam czytać różne połączone ze sobą słowa, nie wiedząc, co właściwie znaczą? Nie mając absolutnie żadnego konkretu, więc żadnego oparcia, nie znając klucza do szyfru, mogę tylko taplać się w słowach i zdaniach. To jest niczym szukanie sensu w wypowiedzi szaleńca.

Drugi fragment. Rozbierzmy to jakoś. Przez okna… wlewała się JEDYNIE (podkr. moje – FWK) pustka. W następnym zdaniu: poblask stolicy… wlewał się do pomieszczenia. No więc JEDYNIE pustka, czy też jeszcze
poblask – co się tam wlewało? Potem poblask rozpraszał się ze zniechęceniem, ale zaraz zmobilizował siły na tyle,
by dotrzeć do postaci… Znaczy: skupiał się z powrotem, ten rozproszony poblask, czy jak? Do tego niezręczności
czysto techniczne. „Stało się” – w sensie: zdarzyło się coś, czy też: tkwiło (się) w jakimś punkcie (od „stać” –
zajmować pewne miejsce w pozycji względnie pionowej?). Trzeba czasu, by odnaleźć właściwe znaczenie. Dalej można zrozumieć, że autor kontynuuje ciąg metafor, pisząc o „twarzy nocy” – i znów niezbędny jest namysł, by pojąć, że chodzi o domniemaną twarz ludzką, jak najbardziej konkretną (budowa zdania nijak takiej interpretacji nie narzuca). Obraz co chwila rozpada się na kawałki i trzeba go mozolnie rekonstruować. Czy autorowi chodziło o zbudowanie scenerii i nastroju? No to ciszej nad tą trumną. Nie zbudował.

Nie chcę dłużej znęcać się nad tymi tekstami, bo co miałem pokazać – pokazałem. Autorom ku nauce, a innym ku przestrodze.

Teraz krótkie podsumowanie: literacka wartość i uroda utworu wcale nie jest wprost proporcjonalna do liczby użytych figur retorycznych. Zaryzykowałbym nawet opinię, że u autora niedoświadczonego dzieje się najczęściej odwrotnie. Metafory zadomowiły się w języku na dobre, używamy ich stale i bezwiednie; toż każdy, kto idzie do pubu zatankować albo rozwalić beczułkę – po prostu pije tam piwo. W pracy twórczej zalecam więc rozsądek i umiar. Proste (co nie znaczy ubogie) słownictwo i przejrzysta budowa zdań – to najlepsze referencje. „Zobaczyłem piękną kobietę” znaczy więcej niż „olśniła mnie uroda cudownego obłoku kobiecości  utkanego z marzeń wszystkich mężczyzn”.

PS.
Maszynopis znormalizowany to 30 wierszy na stronie, 60 znaków w wierszu (łącznie z odstępami). Bez paniki, to są wartości średnie – nikt nie zabije autora za 57 znaków i nie przeklnie za 62. Koleżeńska rada: nigdy nie dawajcie nikomu do lektury niechlujnych, pokreślonych rękopisów i maszynopisów. Odbiorca uprzedzi się do tekstu, zanim przeczyta tytuł. Proszę zauważyć, że książki z jakichś przyczyn są ładne, a przynajmniej estetyczne. Nie drukuje się ich na pogniecionym papierze pakowym. Ciekawe dlaczego, co?

POCZTA

D.Ż. z O.: Przeginasz. Stylizujesz do absurdu (Elf) – to nie groteska, lecz śmietnik, już po dwóch akapitach trudno opanować odruch zniecierpliwienia, a facet bezlitośnie nawija i nawija. Twoją siłą może być łatwość, z jaką zmieniasz konwencje i techniki narracji, ale na razie nie panujesz nad tym, gubisz się i tracisz umiar. Wszystkie teksty są mniej lub bardziej przerysowane. Ale, generalnie, jest zupełnie znośnie. Dużo skreślaj, bo pisanie zbyt łatwo Ci idzie, pióro ucieka i zaczynasz nadawać jak Wałęsa: jeszcze nie pomyślał – już powiedział. Uprość język. Skróć zdania.

Feliks W. Kres

Polski pisarz fantasy, jeden z prekursorów tego gatunku w Polsce.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *