Pierwsza krew – Kącik złamanych piór

Miałem rację, podejrzewając, że sprowokuję dyskusję na temat dwóch Szkół: Artystów i Rzemieślników. Przewaga formy nad treścią czy też treści nad formą to przecież spór stary jak literatura. I nie rozstrzygniemy go tutaj; zresztą mam poważne wątpliwości, czy w ogóle warto go rozstrzygać. Ta niepewność, co jest ważniejsze – treść czy forma – działa chyba ożywczo, jest zbawienna dla  dzieł literackich i nie tylko literackich, bo w ogóle dla sztuki, albowiem determinuje różnorodność podejścia do pracy twórczej. Jest więc pożyteczna – wszakże pod jednym warunkiem: że w efekcie otrzymamy mniej lub bardziej wyraźne zaburzenie proporcji (wtedy jest o czym dyskutować), nie zaś przytłaczającą dominację formy nad treścią albo treści nad formą. W beletrystyce szczególnie niepożądana jest ta druga ewentualność – będę się przy tym upierał (sprawę eksperymentów formalnych na razie pominiemy, bo to specyficzna sytuacja, gdy forma staje się artystycznym  przesłaniem utworu).

W listach od Czytelników, atakujących mój punkt widzenia, jeden argument przewija się jak refren. Nie dostrzega pan – pyta G.G.J. z B. – że „grajek duszy” może kiedyś nabierze doświadczenia i zacznie pisać składnie, harmonijnie, może nawet pięknie? Mając coś do przekazania, będzie miał silniejszą motywację do zostania Pisarzem niż ktoś, kto z trudem klei fabułkę-podkład pod sprawny warsztat. Moim zdaniem pisania, a raczej zapisywania, można się nauczyć, ale wymyślania opowieści raczej nie da rady.

Przytoczyłem ten fragment listu, bo klarownie odzwierciedla stanowisko większości oponentów. Moja odpowiedź brzmi: nie. Nie dostrzegam. Bo mówimy o czymś, co pozostaje poza moim obszarem zainteresowań.

Facet, który pisze nieskładnie, nieharmonijnie i brzydko (rozumiem: niestylistycznie, niegramatycznie, nieciekawie) zupełnie mnie nie obchodzi. W tym kraju jakieś osiemdziesiąt procent ludzi pisze niestylistycznie i niegramatycznie, a z tej masy dalsze osiemdziesiąt procent chętnie by sprzedało parę zapełnionych własnoręcznie kartek za pieniądze; mam się nimi wszystkimi zajmować? Przecież, teoretycznie, każdy z tych ludzi, niczym Martin Eden, może kiedyś zostać pisarzem – a któż zaręczy, że nie? Ale czy dlatego powinienem na tych pięciu stronach, tak na wszelki wypadek, trząść się nad każdym gościem, zakładając, że on jakoś, być może kiedyś… choć na razie nie rokuje nadziei? Nie mogę tego robić; zresztą – nie chcę.

Mówimy tutaj o tworzeniu dzieł literackich, o sztuce, choćby i popularnej albo użytkowej. Uprawianie tej sztuki wymaga posługiwania się językiem literackim, nie innym, i na odpowiednim  poziomie, potocznie zwanym poziomem drukowalności. Gdy ktoś zbliża się do tego poziomu albo chociaż uznam, że ma na to szanse (realne szanse, nie jakieś hipotetyczne możliwości), wówczas zaczynam otwierać oczy, inaczej niczego nie dostrzegam, bo śpię, nie wkroczono na moje podwórko. By rzecz zaistniała jako dzieło LITERACKIE, musi spełniać pewne minimalne warunki – lecz  warunki właśnie LITERACKIE, nie intelektualne albo inne.

Czy ja napadam, cholera, na jakichś profesorów, którzy w pocie czoła publikują prace naukowe – jasne, że nudne dla laika i zgoła niefabularne? Ależ drodzy moi, każdy człowiek w tym kraju może dać do druku swoje przemyślenia i opinie, podzielić się wzruszeniami – są gatunki publicystyczne specjalnie temu służące, choćby esej; w rozmaitych gazetach publikuje się listy od czytelników; istnieją wydawnictwa popularnonaukowe. W eseistyce, a już zwłaszcza w nauce, prawie nie liczy się forma, niezręczności językowe poprawi redaktor, bo bierze za to pieniądze – od autora wymaga się przede wszystkim treści. Dlaczego więc różni mądrale, niewiedzący, co to narracja, a co akcja, ładują się na półkę z powieściami i opowiadaniami? Przecież to nie ten adres. Czy ja pcham się ze swymi co głupszymi fabułami na łamy pism naukowych? Argumentując twardo, że może to i niemądre, ale jakie ładne i lekkie w czytaniu, zwłaszcza na tle reszty pisma? Każdy chyba uzna to za nonsens – dlaczego więc odwrotna sytuacja miałaby zostać zaakceptowana?

Z całym szacunkiem dla Adwersarzy – jednak pozostanę przy swoim. Jeśli ktoś ma mi do zaoferowania wyłącznie granie swej duszy i skrzypienie szarych komórek, to wynocha z mojej zagrody.  Tutaj produkuje się fabuły: lepsze albo gorsze; mądre albo głupie – lecz koniecznie obdarzone jakąś urodą literacką. Powieść lub opowiadanie to ma być literatura piękna. Zwracam uwagę na drugi
człon nazwy, proszę sobie przemyśleć, co oznacza.

I na razie zamykam ten temat.

Teraz z innej beczki, bo o warsztacie literackim w ogóle. Otóż termin „warsztat literacki” lub „technika pisania” to pojęcia nieostre. Widzę, że się nie dogadamy, jeśli nie spróbuję ich dookreślić na użytek naszych dalszych dyskusji. Bo, przykładowo, fabuła. Jest to pewien układ kolejno i (lub) równolegle powiązanych wątków – stanowi więc dla autora największe (?) techniczne wyzwanie,
lecz zarazem jest głównym nośnikiem treści i stanowi o przesłaniu utworu.

Niepodobna jednoznacznie oddzielić w fabule treści od formy. Czy ten jeden skrótowy przykład wystarczy dla uzmysłowienia, jak skomplikowanym zjawiskiem jest w istocie dzieło literackie, zwłaszcza powieść? Mam nadzieję, że wystarczy, albowiem za żadne pieniądze nie podejmę się definiowania tutaj takich pojęć, musiałbym przepisywać Słownik terminów literackich.

Ale „warsztat” to słówko, którego będę często używał, wyjaśniam więc, że mam na myśli ogół narzędzi i technik służących sporządzeniu utworu. W tym rozumieniu autor z trudem klecący fabułkę-podkład (p. przytoczony fragment listu) nie jest dla mnie dobrym warsztatowcem. Dobry warsztat przejawia się w czymś więcej niż tylko w gramatycznej i stylistycznej poprawności zdań.

Orson Scott Card ze swoją Grą Endera – to klasyczny przykład rzemieślniczej biegłości. Jest to książka beznadziejnie głupia, genialny strateg, ku podziwowi swoich generałów, wymyśla tam i wciela w życie zasadę ekonomii sił, w wojskowości wybornie rozwiniętą już dwa wieki temu przez Napoleona – i każdy dowódca drużyny lub plutonu musi dziś o niej wiedzieć. A cała książka opiera się przecież na tej rzekomej genialności gówniarza i bez tego nie trzyma się kupy. Lecz napisane jest to tak, że czyta się znakomicie i na refleksje przychodzi pora dopiero po lekturze, nie w trakcie. Twierdzę więc, że Card jest dobrym warsztatowcem. Ten autor to Rzemieślnik – poda czytelnikowi pozbawioną wszelkiego sensu i wszelkiej treści breję, lecz przyprawi i ozdobi ją tak, że spożyta zostanie ze smakiem. Bez nieporozumień: ja nie twierdzę, że to jest ideał pisania; byłoby oczywiście znacznie lepiej, gdyby ta śliczna i pachnąca potrawa miała jeszcze jakieś walory odżywcze.

Powyższe wyjaśnienia są w tym miejscu bardzo potrzebne, chcę bowiem powoli przejść do konkretów, czyli do tekstów, które otrzymałem. Problemem numer jeden jest w nich właśnie słabość  warsztatowa i to na podstawowym, elementarnym poziomie. Już na poziomie zdania… a nierzadko na poziomie słowa, pojedynczego wyrazu, użytego niezgodnie ze znaczeniem (że nie wspomnę o tym, jak napisanego). Z treścią lepiej. Paradoksalnie – młodzi ludzie mają zwykle więcej do powiedzenia niż starzy, bo odkrywają zjawiska, które innym już spowszedniały, podchodzą do tych zjawisk emocjonalnie i potrafią wydobyć na wierzch nowe (lub odkurzyć stare) znaczenia. Zaszczuty android, który wpadł pod samochód, wzbudzając wesołość przechodniów – to już więcej treści, niż wsadził w Grę Endera pan Card. Tylko że – na litość boską – śmiech przechodniów nie ma znaczenia wobec wesołości nieintencjonalnie wzbudzonej w czytelnikach. To jest śmierć autora, a już z całą pewnością śmierć opowiadania. Nie chodziło tam o to, by czytelnik rechotał. Ale niezręczności w prowadzeniu narracji (bo nie błędy nawet) popełniono tego rodzaju, iż w trakcie lektury nieuchronnie musiałem dojść do wniosku, że to wcale nie jest takie złe, gdy android ucieka, ucieka, ucieka i nareszcie wpada pod samochód. Gdzie sprzedają na to bilety? Bo poproszę dla siebie i  dla żony.

Czy na pewno o taki efekt chodziło? Czy widać, co forma może zrobić z treścią?

Ujmę to tak: kochani, wielu miewa kłopoty w szkole, i to niekoniecznie musi o czymś świadczyć. Ja sam w liceum miałem kiepskie stopnie z polskiego, bom w ogóle nie czytywał lektur (albo raczej czytałem, ale nigdy wtedy, kiedy mi kazano), co fatalnie obniżało moją średnią ocen… Jestem więc wyrozumiały i nie skreślam od razu człowieka z tego tylko powodu, że w mniemaniu belfrów zasługuje na oceny mierne; rozumując tak, musiałbym najpierw skreślić siebie, a na to nie pozwala miłość własna. Niemniej, gdy ktoś nie zaliczył żadnego dyktanda w życiu i nigdy nie zdołał samodzielnie odrobić lekcji z polskiego – proszę, by niezwłocznie działalności artystycznej zaprzestał. Są jednak pewne granice; to nieprawda, że wszystkiego można się nauczyć. Facet bez rąk i nóg nigdy nie zostanie koszykarzem ligi NBA, choćby nie wiem jak bardzo się starał. Apeluję o minimum samokrytycyzmu… i zwyczajnie rozsądku. Rozsądku! To, co dzieje się w niektórych nadesłanych tekstach, ubliża stylistyce i ortografii napisów w kiblach dworcowych. Jakich porad oczekują ode mnie autorzy takich dzieł? Chyba cudu – żebym jak Jezus Chrystus przemienił wodę w wino.

Dlatego zmuszony jestem powtórzyć to, co już raz napisałem: półanalfabetyzm nie jest problemem literackim i nie mogę zajmować się tym zjawiskiem. Naprawdę po raz ostatni wspominam tu o prozie zbudowanej ze słów takich jak „menżczyśni” (cokolwiek to oznacza, tak jest napisane, przysięgam). Szkoda miejsca i czasu. Nie o takich rzeczach chcę rozmawiać z czytelnikami magazynu LITERACKIEGO.

* * *

Sympatyczna młoda autorka (list jest skromny i miły, dlatego powiadam sympatyczna) przysłała do redakcji próbki swojej prozy. Na podstawie lektury tych próbek (i nie tylko tych, oczywiście)  chcę pokrótce scharakteryzować problem dość powszechnie występujący. Chodzi o narrację pierwszoosobową.

Odradzam.

Każdy autor (myślę, że nawet stary i doświadczony) w mniejszym lub większym stopniu identyfikuje się ze swoim bohaterem, niekoniecznie pierwszoplanowym. U osoby początkującej ta identyfikacja idzie zwykle nazbyt daleko – autor (autorka) traci dystans do opisywanej postaci. Najłatwiej popełnić ten błąd właśnie przy narracji pierwszoosobowej. Stąd rada: jeśli już koniecznie musisz pisać w pierwszej osobie liczby pojedynczej (prawdę rzekłszy, nie musisz nigdy, na kartach swojej prozy ty rządzisz), to postaraj się, żeby to nie był… no, twój pamiętnik. Raczej zapisuj to, co ci dyktuje KTOŚ INNY. Wyobraź sobie, że twój bohater siedzi obok ciebie, albo lepiej przed tobą, wsłuchaj się dokładnie w jego słowa, zobacz wyraz twarzy, gesty – i uśmiechnij się. Czasem unieś brwi: „O, naprawdę?”. Albo wzrusz ramionami.

To jest właśnie dystans, ta odrobina rezerwy, jaką zawsze zachowujemy wobec innej osoby, choćbyśmy nawet słuchali jej słów z największą życzliwością i uwagą. Nie opisujesz czytelnikom własnych przygód; twoja przygoda to jest aktualnie twarde krzesełko pod tyłkiem, pepsi-cola bez gazu lub szklanka zimnej herbaty. Więc nie przejmuj się tak bardzo tą historią, bo to nie jest twoja historia, tylko twego zmyślonego bohatera. Wierzysz mu – no i dobrze, ale nie jesteś nim. Może troszkę koloryzuje?

Czy wiadomo, o co mi chodzi? Zrozumieli panowie? I pani?

POCZTA

Ł.K. z N.S.: Przykro mi. Jesteś człowiekiem wrażliwym, ale tekst ma wartość zerową; wszystko b. źle.

S.M.: Jestem prozaikiem, nie poetą, najlepiej zwróć się do innego fachowca; dla mnie to są bełkotliwe rymowanki, wyzute z wszelkiego sensu.

A.W. z W.: Nie rezygnuj. Przyślij mi coś więcej, jesteś oryginalna. Nie rozgaduj się. Napastnik był zbyt silny – koniec, kropka. Po co jeszcze: jak na moje marne kobiece siły. Pleciesz trzy po trzy, Autorko. Wiadomo, czyje siły, i wiadomo, jakie, to wynika z kontekstu. O narracji p. wyżej.

H.W.: Warsztatowo jesteś poprawny, nie potrzebujesz mnie ani ja Ciebie w swoim kącie. Wal z tym do redaktorów prozy polskiej, albo coś im się spodoba, albo nie – to już nie moja działka, nie ja biorę pieniądze za kwalifikowanie tekstów do druku. Moje wywody tutaj mają charakter akademicki i ogólnoliteracki, nie uwzględniam wielu czynników, które musi wziąć pod uwagę redaktor działu polskiego, biorąc do ręki konkretny tekst (ten tekst może być np. za długi jak na podjęty temat, choć poza tym formalnie OK). Pisz i wysyłaj do skutku, niezbędny potencjał już masz.

Feliks W. Kres

Polski pisarz fantasy, jeden z prekursorów tego gatunku w Polsce.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *