Zanim zaczniesz – Kącik złamanych piór

Różne a przeróżne motywy kierują ludźmi siadającymi do pisania. U jednych jest to głęboka, płynąca prosto z duszy i serca potrzeba tworzenia albo zauroczenie literaturą jakiegoś gatunku, czasem dziełami konkretnego autora; inni pragną błyszczeć pośród wielkich sław pióra, udzielać wywiadów i przebierać w tłumach seksownych wielbicielek; są na koniec i tacy desperaci, co pisaniem umyślili sobie zarabiać na życie (podobno za siedmioma górami mieszka pisarz, któremu się udało).

Nie wiem, który gatunek debiutantów lepszy, który gorszy. Motywacje, zamiary i chęci nic w ogóle dla mnie nie znaczą – z mojego punktu widzenia, można pisać choćby i na złość sąsiadowi albo dla wzmożenia parcia na stolec. Liczy się tylko efekt. Nie prowadzę żadnej statystyki, ale zdaje mi się, że arcydzieło literackie może spłodzić osobnik umotywowany do pisania najzupełniej dowolnie. Co nie znaczy, że wszyscy startują tak samo i mają do pokonania takie same przeszkody.

Najczęściej (choćby z racji wyjazdów na konwenty) spotykam ludzi, którzy chcą pisać fantastykę dlatego, że są miłośnikami gatunku, zachwyciły ich książki tych lub innych autorów. Przerąbane. Ci faceci mają przerąbane; cóż dopiero potencjalni czytelnicy takich.

Jeśli NIE PODOBA CI SIĘ to, co napisano dotąd, odczuwasz niedosyt – chwytaj, chłopie, za pióro i rób to, czego, jak mniemasz, nie zrobili inni. Jeśli podobają ci się dokonania autorów przeczytanych książek i zafascynowany pokazanym bohaterem lub światem siadasz do pisania – wstrzymaj się i pomyśl. Nie będziesz lepszym Tolkienem od Tolkiena ani lepszym Lemem niż sam Lem. W najlepszym razie będziesz wtórny, w najgorszym staniesz się zwyczajnym naśladowcą albo nieświadomym plagiatorem. Pomijam tu celowo umiejętności czysto literackie, mówię tylko o pomyśle na dzieło. Główna i największa przeszkoda, stojąca na drodze takiego debiutanta, to skłonność do odtwarzania i powielania tego, co już było. Odtwarzanie i powielanie nie jest twórcze.

No dobrze, ale czy to znaczy, że pisarzowi nie mogą podobać się książki? Owszem, mogą. Chodzi tylko o to, by nie próbował pisać ich kontynuacji lub rozszerzonych czy zmienionych wersji.  Dojrzały autor, zainspirowany czyimś dziełem, potrafi zwykle zachować niezbędny dystans; wie, na czym polega magia słowa, bo sam jest czarodziejem; rozumie, dlaczego dzieło go uwiodło. Ma ponadto własny styl – to jest zbroja, której nawet trudno się pozbyć, by przywdziać cudzą; cóż dopiero nazuć jedną na drugą.

Debiutant startuje goły. Nie ma jeszcze stylu, więc przejmuje styl, cały sposób pisania ulubionego mistrza – jego pomysły, metody budowania postaci, elementy języka, bo próbuje być podobnie rubaszny lub tak samo dosadny. Nie potrafi zrobić tego wystarczająco dobrze, albowiem nie jest swoim mistrzem, więc efekty są nader pocieszne. Dla krytyka, bo nie dla czytelnika i autora.

Jaka rada? No, nauczyć się rozbebeszać książki. Odpowiedzieć sobie jasno na pytanie, co takiego siedzi w ukochanym dziele, że aż trudno bez niego wytrzymać, chciałoby się jeszcze i jeszcze. A to jest jak z piękną dziewczyną ujrzaną na ulicy: można jej pożądać, można się zakochać, ale jeśli chcesz być, bracie, samoukiem-lekarzem, to z zawodowego punktu widzenia winny cię interesować nie jej kiecki, szminki oraz kształt cycków, tylko flaki i chemiczny skład moczu. Że coś się traci, patrząc na kobietę (albo świetną książkę) w ten sposób? No cóż, nie każdy musi być lekarzem lub pisarzem. Kto powiedział, że to zawsze jest przyjemne i łatwe?

Trochę inne są przeszkody, które musi przezwyciężyć debiutant pragnący wielkiej sławy, nagród i wywiadów w błyskach fleszy. Powtórzę tutaj, że autorskich motywacji nie dzielę na lepsze i gorsze – żądza bycia znanym człowiekiem nie wydaje mi się czymś nagannym, każdemu wolno chcieć.

Kłopot polega na tym, że pisanie prozy fabularnej to pewien proces, zwykle długotrwały. Obawiam się, że minęły już czasy, gdy można było podbić świat debiutancką książką, a jeśli nawet nadal można – uczyni to raczej mądry a sędziwy dziadek, który wsadził w swą pracę całe życie, niźli dwudziestodwulatek z ambicjami.

Zwykle do wyśnionej sławy prowadzi długa droga, a tymczasem debiutant, myślący o tej sławie, każdą swoją książkę – albo i opowiadanie – pisze tak, jakby miał za to dzieło dostać Nobla. Otóż, pisząc powieść, myśleć trzeba o tym, co się robi, a więc o tej powieści i naprawdę o niczym więcej. To wcale nie jest łatwe, wiem z autopsji. Bardzo źle pracuje mi się nad książką, której dalszych  losów nie znam – mówiąc krótko, nienawidzę pisania „do szuflady”, lubię mieć konkretne zamówienie od wydawcy i określony termin. Jeśli tego nie ma, gotów jestem myśleć raczej o tym, do kogo pójdę z ukończonym dziełem, niż o samym dziele. I o kim mowa? – o starym repie, siedzącym w branży od lat. A pokażcie mi takiego debiutanta, który pisze na zamówienie.

Powołałem się na własny przykład, by zademonstrować, że niektóre problemy nigdy nie przemijają i przestrzec młodych adeptów pióra. Gdy piszesz powieść, myśląc o tym, jaka będzie jej okładka w znanej serii, to przestań. Dobra rada: warto sobie powiedzieć i wbić do głowy, że pochwalona i nagrodzona zostanie dwudziesta piąta z napisanych i wydanych książek, żadna wcześniejsza nie.  Dlaczego dwudziesta piąta akurat? Gdy napiszesz pierwszą i popatrzysz w kalendarz, będziesz wiedział.

Jeszcze wrócę do sprawy anatomopatologii. Umiejętność rozmontowania dzieła na kawałki wydaje się niezbędna. Najpierw jest to dzieło cudze, potem własne.

Trzeba siedzieć i myśleć – będę to powtarzał do znudzenia, bo tworzenie nie jest pracą fizyczną, a umysłową. Wiem, jak wielką siłę ma słowo pisane – przeciętny odbiorca przyjmuje do wiadomości fabułę, wykreowany świat i przedstawionego bohatera, a wszystko to przypada mu do gustu albo nie. Na tym koniec. Diabeł siedzi w owym „przyjmuje do wiadomości”. A tymczasem nie istnieje żaden Szerer Kresa, nie ma go i nigdy nie było. Wiedźmin Sapkowskiego nigdy nie żył i nie chodził po żadnej ziemi, a Owen Yeates zalągł się w godnych szacunku szarych zwojach Dębskiego, jest duchem, bujdą, wymysłem. To trzeba sobie twardo uświadomić, gdy chce się zostać autorem.

Wszyscy ci faceci wydumali coś sobie i sprzedali te fantazje za pieniądze – ale mogli wydumać swoich bohaterów i światy inaczej: lepiej, gorzej lub tak samo dobrze, lecz inaczej, ZUPEŁNIE INACZEJ. Jeśli ulubiony bohater popełnia na kartach książki jakąś niegodziwość, to nie z powodu krótkiej chwili słabości, lecz dlatego, że tak zadecydował pochylony nad biurkiem pan, drapiący się pod pachą i moczący krakersa w herbacie. Czy dotarło?

Bo powiadam rzecz cholernie ważną, więc ma dotrzeć. Nie przyjmuje się do wiadomości żadnych banialuków, spłodzonych przez zawodowych wodolejów. Oni grzmocą swoje fabuły dla szmalu, dla zaspokojenia swej próżności, dla frajdy, z nudów lub z potrzeby serca, ale zawsze dla siebie, nie z jakichś altruistycznych pobudek. I jeśli ktoś pragnie dołączyć do tego zacnego grona łgarzy, to musi jasno zdać sobie sprawę, czym są dzieła literackie, które tak głęboko zapadły mu w serce. Twój ulubiony bohater nie istnieje! Nigdy nie było mu przykro i nigdy z niczego się nie cieszył, bo go nie ma. Nie został odgórnie dany autorowi, został wymyślony przez niego, żebyś miał radochę. I nie próbuj tej radochy przekształcać w fundament własnej młodej twórczości. Bujać to my – a nie nas.

No dobrze; o motywacjach autorów i niebezpieczeństwach ukrytych w samym zamiarze pisania to na razie byłoby wszystko. Teraz jeszcze rada, dobra rada dla początkujących. Namawiam do spłodzenia (choćby w celach treningowych) utworu związanego z dziedziną, którą się dobrze zna. Przykładowo: jesteś studentem prawa? Niech któryś z twoich bohaterów (niekoniecznie pierwszoplanowy) będzie adwokatem ciąganego po sądach astronauty, oskarżonego o spowodowanie katastrofy stacji orbitalnej. Albo niech doradza w procesie o czary, jeśli ma to być horror lub fantasy. Dlaczego tak? Bo to uczy pokory. Oto – jako autor – stąpasz po znanym sobie gruncie, wspiera cię wiedza wyniesiona z kilku lat studiów, a mimo to ciągle odkrywasz, że  wiesz za mało, by swobodnie prowadzić fabułę. Dowiadujesz się nagle, jak samobójczy w istocie był pomysł zrobienia książki o średniowiecznym medyku-czarodzieju. Przecież nic nie wiesz o średniowiecznej medycynie – a co gorsza: nie wiesz, że nic nie wiesz, bo świadomość własnych ograniczeń wynika z pewnego minimum wiadomości (czyż nie przedstawiłem tego przejrzyście?). I właśnie próba podjęta na gruncie, na którym czujesz się mocny, pozwala zdać sobie sprawę z powyższego. Nie chcę przez to powiedzieć, że o medykach mogą pisać tylko medycy, o spawaczach spawacze, a o stręczycielach stręczyciele. Po prostu, trzeba liznąć trochę wiedzy z takiej lub innej dziedziny, a im więcej się liźnie, tym lepiej. Wykorzystasz pewno pięć lub dziesięć procent tego, czego się nauczysz, ale nie będzie ci ciasno. Każdą scenę będziesz mógł opisać tak lub owak, zresztą także wyrzucić ją i wstawić inną, nie będziesz skrępowany niewiedzą.

Proponuję, by zawsze przed pisaniem zrobić sobie krótki test. Jak to ma wyglądać? Przykładowo: pragniesz opowiedzieć o zabójcy wampirów. Pytania testowe winny brzmieć:

  1. Skąd pochodzi moja wiedza o zabójcach?
  2. Skąd pochodzi moja wiedza o wampirach (oraz innych takich)?

Nie stawiaj sobie pytań w rodzaju „Co wiem (bądź ile wiem) o wampirach?”. Każdy coś wie, zwykle sporo o wszystkim, bo każdy ma w domu telewizor. Gdy zapytasz „skąd?” – będziesz musiał zaraz odpowiedzieć sobie, że z filmów fabularnych i beletrystyki. Zbłaźnisz się, lepiąc bohatera z podobnej substancji, a w najlepszym wypadku wymiędlisz coś wtórnego To jest żadna wiedza. Przeżute, przetrawione, wydalone przez kogoś wariacje na pewien temat – to jest… tego niepodobna wziąć do ust; to już nie ma żadnej wartości odżywczej. Chcesz pisać o swoim wampirze na podstawie tego, co ktoś inny wydumał na swój własny użytek, opierając się… a cholera wie, na czym? Ty musisz mieć wiedzę świeżutką, ze źródeł. Wtedy ją przetworzysz po swojemu.

Krótko: chcesz być pisarzem, twórcą? No to nie możesz bazować wyłącznie na pracy innych twórców. Umiejętności piekarza nie biorą się z jedzenia wielkiej ilości chlebów i bułek. Konstruktor płatowców nie jest nim dlatego, że często lata samolotami. A obowiązkowe lektury pisarza są nudne; to literatura faktu, popularno- lub stricte naukowa. Nie podoba się? Nie ma obowiązku
zostania pisarzem.

Co na koniec daję wszystkim pod rozwagę.

Feliks W. Kres

Polski pisarz fantasy, jeden z prekursorów tego gatunku w Polsce.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *