Skąd się biorą magiczne słowa – Lotem koszącym

Literaturze, zwłaszcza jeśli się ją lubi, można wybaczyć niemal wszystko oprócz głupoty. Kiedy więc czytam powieść albo nowelę, gdzie pojawia się magiczne słowo „nanotechnologia”, nawet się nie denerwuję, że owo pojęcie funkcjonuje jak odmiana magii (magia technologiczna, coś w rodzaju najnowsze-go zaklęcia, gdzie liczy się skutek, bo i tak mało kto zrozumie, jakim to sposobem uzyskało się dany efekt).

Gorzej, że słówko „nanotechnologie” właśnie stało się modne w mass mediach, nie wypada więc nie wiedzieć, o co chodzi. Odmienia się je przez wszystkie przypadki i odnosi do każdej możliwej do pomyślenia sytuacji. Robi karierę, jak parę lat temu słowo „Internet”, a wcześniej „racjonalizacja”. I jaką wciąż robi „postmodernizm” (ostatnio np. dowiedziałem się, że istnieje postmodernistyczna lodówka – pewnie poza standardowymi funkcjami umie zabawiać głodnych gości rozmową, a wieczorami grywa Mozarta).

Język ma naturalną skłonność do podlegania modom – język po prostu i zwyczajnie „płynie”, czyli pojawiają się w nim nowe pojęcia zapożyczone z innych języków albo sztucznie wymyślone (czasem i jedno, i drugie), a inne archaizują się i wychodzą z użycia.

Problem w tym, że zauważa się pewną smutną regułę: im bardziej uczone słówko, tym bardziej w powszechnym użyciu, tzn. użyte przez dziennikarzy i prezenterów mass mediów, nabiera mniejszej treści. I tak, racjonalizacja ma sens zawsze. Internet to coś, co faktycznie istnieje, i choć z czterdziestu milionów Polaków Internetu używa ok. miliona, niezaprzeczalnie zjawisko zachodzi i ma przyjemne skutki. Postmodernizm naprawdę coś znaczył, póki używało się go do dyskusji o wąsko określonym nurcie amerykańskiej powieści, dopiero naciągacze zrobili zeń „wszystkoid”.

Nie da się tego powiedzieć o nanotechnologiach. Aby o czymś sensownie mówić, to coś musi być realnym faktem – albo naukowym, albo mającym materialny odpowiednik. Tymczasem póki co, nanotechnologie to tylko spekulacja i jedno reklamowe logo. Daremne żale, próżny trud, trzeba będzie chyba bić rekordy w długości życia, aby zobaczyć na własne oczy świat ogarnięty nanoszałern.

Oczywiście, gorąco wierzę, że kiedyś N-Day – taki dzień powszechnego użytkowania nanotechnologii – nastąpi, jeśli tylko wcześniej nie zeżrą nas jakieś potwory. Nauka i technika zgrabnymi zakosami podążają naprzód, i choć konsekwencje mogą się okazać niemiłe, nanotechnologie dnia powszedniego wydają się realne – kiedyś, w odległej przyszłości.

Przedtem jednak trzeba będzie pokonać straszliwą barierę technologiczną. Cóż to bowiem jest nanotechnologia? Z atomów czy maleńkich molekuł powstają samochody albo telewizory, leki albo rakiety, w zależności od tego, jaka instrukcja jest w nie wkodowana. Sypiemy n-proszek na ziemię i po chwili mamy zamek średniowieczny na polu. Albo rzucamy trzy n-ziarenka sąsiadowi do ogródka i wkrótce trzy złośliwe krety zaczynają wyjadać mu plony.

Krótko mówiąc, fantastyczna sprawa. Przynajmniej z pozoru.

Kluczową bowiem sprawą jest sposób, jak owe instrukcje umieścić, zapisać niezwykle skomplikowaną informację w kilku czy kilkuset atomach, od których zacznie się zabawa w powstanie naszego nowego domu czy ubranka. Wymaga to przede wszystkim technologii manipulowania atomami i niewielkimi cząsteczkami, a może nawet – tak twierdzą niektórzy uczeni – nowego spojrzenia na mechanikę kwantową, znalezienia nowych praw w jej fundamentach.

Czyli krótko mówiąc, na razie jesteśmy w krzakach. Teoretycznie, co jest do pomyślenia, jest i do zrobienia, ale patrząc realnie, bomby jądrowe i termojądrowe istnieją od dobrego półwiecza, a mój blok jest nadal zasilany w ciepło przez jakąś dziurawą instalację z ciepłą wodą, zamiast przez prywatną siłownię termojądrową, i z tegoż powodu, kiedy nadciąga mróz, pocieszam się tylko myślą, że zamarznięcie nie boli.

Z drugiej strony, rozumiem powody, dla których naukowcy zaczęli o nanotechnologiach mówić. Ostatnimi czasy w nauce po robiło się bowiem tak, że jeśli się o czymś nie mówi, to znaczy, że to nie istnieje. Pieniędzy dla wszystkich naukowców na ich badania nie wystarcza i dostają je ci, którzy najgłośniej krzyczą, mają najlepsze koneksje i – UWAGA! – mogą się wykazać szybkimi, wymiernymi dla podatnika skutkami.

A jakimi to wynikami może się poszczycić nanotechnologia? Zdaje się, że jedynym spektakularnym osiągnięciem w tej dziedzinie jest logo IBM, wykonane z pojedynczych atomów. Ładne, ale jakoś niespecjalnie do czegokolwiek przydatne i chyba tylko dział reklamy IBM ma powody triumfować. Są jeszcze jakieś projekty urządzeń, tworzone w komputerach, ale póki nikt nie powie, JAK je zrobić, nie są warte zżeranego przez te komputery prądu.

Ów „krzyk nanotechnologiczny” jest więc potrzebny, aby zwrócić uwagę tych, co dzielą pieniążki, żeby nie zapomnieli o nanonaukowcach. Metoda nieźle się sprawdziła w przypadku NASA, która przed misjami marsjańskimi zwróciła uwagę społeczeństwa na Czerwoną Planetę, wyciągając kamyk ze śladami (podobno) tamtejszego życia. W jakimś sensie sukces Pathfindera/Sojournera został więc sztucznie wykreowany, i dziś pieniądze na kolejne marsjańskie misje są. Jeśli więc choćby wąski strumyczek pieniędzy ma ciurkać na n-badania, uczeni muszą mówić, co uzyskają w zamian za te dotacje. Z konieczności muszą roztaczać miraże na piasku i wstydliwie omijać termin uzyskania owych cudów. To walka o byt, nie ma zmiłowania, jeśli, chcą pozostać naukowcami, a nie sprzedawcami hot dogów.

Tyle że pomiędzy naukowcem mówiącym o nowych rozwiązaniach a dziennikarzem mass mediów zachodzi różnica. Naukowcy rzadko prezentują wizje zupełnie fantastyczne – jakoby nanotechnologie miały być lekiem na całe zło, nie niosąc żadnych ujemnych skutków. Dziennikarze odwrotnie – podniecają się niezdrowo, jakby N-Day był tuż-tuż, dosłownie za rok czy pięć lat, a n-technologie miały całkowicie rozwiązać problem głodu, chorób i w ogóle wszystkiego, jednym słowem, że za sprawą nanotechnologii trafimy prosto do wytęsknionego raju i nic to nie będzie kosztowało.

Już dziś by się chciało żyć w takim świecie, prawda?

N-Day to naprawdę będzie fajna zabawa – ale czy nie skończy sio ponuro? Postęp słabo podlega moralności i takim tam duperelom. czyli najzwyczajniej w świecie wynalazki i nowe technologie powstają nawet wbrew sprzeciwowi społeczeństw i polityków, i tak jest dobrze, bo często ludzie by chcieli zachować żaglowce, np. kliwry herbaciane (naprawdę piękne twory), a nie wprowadzać w życie parowców, brzydkich pudeł kopcących jak sto diabłów, tyle że bardziej wydajnych. Życie jednak wskazało na te brzydactwa – i podobnie będzie z nanotechnologiami: wyprą kiedyś gorsze, mniej efektywne sposoby uzyskiwania pożądanych towarów.

Obok przyjemnych skutków zawsze są jednak jakieś efekty uboczne, zazwyczaj rosnące w miarę komplikacji używanych środków technicznych. Dokładnie idzie mi o to, że celującego we mnie z jakiegoś pistoletu faceta jeszcze mam szansę zauważyć, uskoczyć, a być może, nawet prosić o litość, błagać na życie jego i moich dziatek nieszczęsnych. Ale co zrobię, jeśli taki typek zamówi u fachmana n-truciznę? Sypnie ją na mojej ulicy, gdzieś na trasie, którą chodzę, a w odpowiedniej chwili n-świństwo dojrzy mnie i zdusi w kwiecie wieku? Zaiste, straszna perspektywa, żadnych szans obrony, a gdzie mowa o etosie rycerskim nakazującym spojrzeć przeciwnikowi w oczy?

Co więcej, ja wcale nie muszę być celem takiego n-świństwa, żeby oberwać. Historycznie rzecz rozpatrując, zagrożenie dla niewinnych ofiar rośnie w miarę rozwoju nauki i techniki. Strzała mogła chybić celu, ale z reguły i tak trafiała jedną ofiarę. Pocisk z działa mógł skosić kilkudziesięciu czy kilkuset ludzi, ale przecież nie całe miasto. Gazy bojowe pod Verdun zwiększyły skuteczność o kolejny rząd wielkości, a bomby atomowe rzucone na Hirosimę i Nagasaki za jednym zamachem pokonały aż dwa rzędy wielkości, ustalając rekordowy wynik na setki tysięcy dusz za jednym wybuchem.

A ile potrafi zrobić jeden źle skonstruowany n-chlebuś, który po pół roku okaże się trucizną? Coś takiego potrafi wybić pół Ameryki!

Małe jest więc piękne, ale bez przesady. W gruncie rzeczy taki jest cały postęp.

Może więc dobrze tak sobie pofantazjować, jakie to cuda przyniesie nam N-Day i nie sprawdzać na własnej skórze tych niemiłych konsekwencji, zawsze towarzyszących radosnej wynalazczości?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *