Jak obronić getto

Jestem chłopakiem z getta. Gdyby SF było podobne do nowojorskiego Harlemu, byłbym czarny jak fortepian, nosiłbym włóczkowy beret i berettę, mówiłbym „Yo, man” i robiłbym dziwne gesty palcami. Rapowałbym i grał w koszykówkę jak wirtuoz.

Osobiście określenia środowiska miłośników i autorów SF jako „getta literackiego” nie uważam za obraźliwe, najwyżej nieco absurdalne. Nie dlatego, by środowiska głównego nurtu odnosiły się do literatury popularnej z szacunkiem. Bynajmniej: okazywanie SF krytycznoliterackiego rasizmu jest na porządku dziennym. Absurdalne wydaje mi się natomiast w ogóle zabieganie o jakiekolwiek względy z tamtej strony, owo płaczliwe dopraszanie się uwagi, uznania i zainteresowania od ludzi, którzy zajmują się kompletnie czymś innym, niekoniecznie wartym zainteresowania, chłopaka z getta. Chłopak z getta nie powinien wpychać się do Gentelmens Club albo studenckiej korporacji, jeżeli go tam nie chcą. Bynajmniej nie popieram apartheidu. Po prostu nie wiem, dlaczego taki człowiek miałby się zadawać z dupkami. Powinien zamiast tego, spotkawszy przedstawiciela głównego nurtu w swojej dzielnicy, powitać go uprzejmym „sp…alaj białasie”.

Jestem więc chłopakiem z getta i zazwyczaj nie czytuję „Magazynu Literackiego”, bo to jest pismo białasów. Nie dlatego, bym nimi pogardzał. Tylko że mnie to nie interesuje. Nie czytuję też magazynów przeznaczonych dla hodowców węży albo eksporterów rur stalowych i wyrobów walcowanych. Chyba że piszą o nas – o getcie. A jest oto fantastyka tematem przewodnim numeru „Magazynu Literackiego”, pisma bardzo elegancko wydanego za państwowe pieniądze, jak to jest w zwyczaju u białasów. „Magazyn Literacki” podchodzi do nas, pariasów, z pewną ostrożną życzliwością, odrobinę zabarwioną litością i zażenowaniem, jaką rezerwuje się dla ludzi ciężko zaburzonych i ich dzieł albo takich osobliwych zjawisk z pogranicza cywilizacji jak disco polo.

Znajdziemy tu nazwiska rozmaitych gości z naszej dzielnicy, którzy za, pomocą esejów, wywiadów i przeglądów prasy próbują przedstawicielom głównego nurtu Literatury Polskiej i Pięknej otworzyć oczy na fakt, że istnieją. Że wszyscy istniejemy.

Przypomina to trochę usiłowania ufologów, polegające na przekonaniu naukowców, że istnieją niezidentyfikowane obiekty latające.

– Oto fotografie – mówi ufolog. – Te wielkie, metaliczne dyski nie są wytworem przyrody ani ziemskiej nauki.
– To stado ptaków – słyszy w odpowiedzi.
– Oto zeznania dziesięciu tysięcy naocznych świadków.
– Wszyscy ci ludzie są chorzy psychicznie.
– Oto przedstawiciel obcej cywilizacji, słabo mówi po naszemu.
– To karzeł, a poza tym nie ma dokumentów. Do widzenia.

I tak dalej. Nikt, kto jest głęboko przekonany, że UFO to jakieś potworne majaki, nie uwierzy w nie, i przekonywanie go to próżny trud. Podobnie jak przedstawiciele głównego nurtu, którzy nie lubią fantastyki, nie czytają jej i są przekonani, że jest nudna, nie uznają jej wartości, choćby ich zasypywano dowodami, liczbą debiutów czy bogactwem fabuł. Żeby docenić książkę, trzeba ją najpierw przeczytać, wykazując przy tym jakąś podstawową dla niej życzliwość. Nikt jej nie doceni tylko dlatego, że mu powiedzą, iż była poczytna, jeżeli akurat głęboko gardzi tym kryterium.

Może z innej beczki: nieszczególnie lubię cyrk. Ściślej rzecz biorąc, słabo robi się robi na myśl, że miałbym tam spędzić wieczór i patrzeć na umięśnione damy w trykotach, bujające się na huśtawce, pierdzące zapłakane słonie albo obywatela w marchewkowej peruce, z piłką na nosie i klaksonem w ręku, który wrzeszczy i przewraca się po ziemi, jakby opętał go diabeł. Nie lubię. Wszyscy w rodzinie o tym wiedzą, a nawet zaraziłem swoją niechęcią dzieci. Jeżeli natomiast ktoś przyjdzie do mnie i za pomocą wykresów i przykładów zacznie mi udowadniać, że cyrk to sztuka, nadal go nie polubię. lm bardziej będzie mi udowadniał, tym bardziej będę się irytował, a wreszcie mogę nawet dać w pysk. Bo nie lubię cyrku i koniec.

Z tym jest podobnie. Nie można cenić ani doceniać fantastyki, jeżeli się jej nie lubi. Jeżeli ktoś nie lubi fantastyki dlatego, że jej nie zna, a tylko nakładli mu do głowy durnych stereotypów, to żadne eseje nic na to nie poradzą, pomoże jedynie przeczytana niechcący dobra książka, która zainfekuje takiego bakcylem. Dlatego uważam, że nasi czcigodni Koledzy napracowali się na darmo w tym „Magazynie Literackim”. To nic nie da, niestety. Dowodzą tego eseje polemiczne stałych autorów pisma. Jeden wymyślił sobie, że fantastyka jest quasi-mitem, po czym obalił tę tezę i tym samym udowodnił miałkość gatunku. Drugi z kolei obraził się na poczytność fantastyki, oświadczył, że literatura powinna być hermetyczna i nazwał SF „konfekcją literacką” oraz „pseudoliteraturą”.

I tyle wszystkich starań. Po co było pastować gębę na biało? Michael Jackson jest Murzynem, drodzy moi. Powinien być z tego dumny.

Tymczasem to nasze getto jest ogromne jak kosmos i znacznie większa niż to, co na zewnątrz, zrozumie to tylko ten, kto kocha fantastykę.

Istnieje mnóstwo utworów fantastycznych, które weszły do światowej literatury, bo tam się książek nie dzieli na „wysokie” i „niskie”, tylko na dobre i słabe. Jest wiele książek, które są fantastyką, ale jest ona użyta tak subtelnie, że wielu czytelników nigdy nie zdało sobie sprawy, że także należą do gatunku. Zresztą, posługująca się swoimi kryteriami polska literatura jeszcze nas nie odkryła. Tam literatury nie dzieli się na „gatunki” literackie, jak my je określamy, wymieniając: kryminał, fantastykę naukową, powieść grozy, horror czy technothriller. Dzieli się na powieść, nowelę, opowiadanie itd. My posługujemy się terminologią zapożyczoną, bo w rodzimej nie ma dla nas miejsca. Tak samo jak nie ma miejsca dla naszych autorów w kolejce po nagrodę Nike i nic tego nie zmieni. Bynajmniej, nie jest to nawet niesprawiedliwość. Piosenkarz rockowy, nawet bardzo dobry, nie otrzyma też nagrody na konkursie szopenowskim. To też nie jest niesprawiedliwość. Zajmujemy się literaturą popularną i bądźmy z tego dumni. Co jakiś czas pojawia się tutaj bowiem talent, który zapewnia autorowi nieśmiertelność, i kto wie, czy nie częściej niż w głównym nurcie.

Ponadto, pozostawanie w getcie ma swoje dobre strony: nie musimy zabiegać o względy głównonurtowych krytyków i odstawiać tych towarzyskich kontredansów, które są tam konieczne. No i mamy swoje półki w księgarniach. Znacznie lepiej postawić swoją książkę tam niż na tych z czarno-białymi obwolutami i górnolotnym napisem „literatura piękna”. Do tych naszych bowiem ktoś czasem podchodzi.

Yo, man!

Jarek Grzędowicz

Jarek Grzędowicz

Pisarz, redaktor naczelny magazynu "Fenix".

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *