Artyści i Rzemieślnicy – Kącik złamanych piór

Zdarzyło mi się kiedyś napisać dla Feniksa tekst publicystyczny, który pokazano w cyklu Elementarz pisarza. Otrzymawszy zamówienie od redakcji, poczułem się zaszczycony wyróżnieniem; bardzo przyjemna była świadomość, że uznano mnie za człowieka mogącego nauczyć czegoś innych. Od tamtego czasu minęło sporo dni, ale wciąż odżywa we mnie uczucie, że nie wyczerpałem wówczas tematu.

Trudno zresztą się dziwić; zaiste, gdybym wszystko, co wiem o pisaniu, mógł zawrzeć na dziesięciu stronach maszynopisu, nie warto byłoby ze mną gadać o czymkolwiek. Zdaje mi się, że wiem sporo więcej. Zdaje mi się, podkre ślam, albowiem człowiek bezgranicznie ufający swojej wiedzy (jakiejkolwiek wiedzy) to pyszałek lub głupiec. Historia wybrukowana jest szczątkami obalonych twierdzeń i resztkami „bezspornych” dowodów. Do wszelkich prawd warto więc odnosić się z niejaką rezerwą, zachować dystans. I jeśli w ogóle czegoś jestem całkowicie pewien – no to właśnie tego.

Formuła cyklu wykładów o pisaniu wydaje mi się – już choćby w świetle powyższego – zbyt ciasna. W takich wykładach zbyt wiele byłoby Kresa, Kresowego punktu widzenia. Ściśle biorąc – byłby właściwie sam Kres. Pomyślałem więc o kąciku dyskusyjnym. Zamierzam dyskutować, spierać się, może i awanturować. Będę odpowiadał na pytania i udzielał porad – ale nie z jakiejś ambony. Dopuszczę do głosu każdego przytomnego człowieka, a nieprzytomnego, myślę, też – już choćby po to, by pokazać światu wariata.

Dobrze pamiętam czasy, gdy z szufladą pełną tekstów modliłem się o jakiegoś starszego kolegę-autora, który powiedziałby mi choć dwa słowa na temat wartości moich płodów. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie będę pisał pełnometrażowych recenzji, bo to niemożliwe. Ewidentne beztalencie może liczyć na wzmiankę w rodzaju: „M.T. Daj sobie spokój, nic z tego nie będzie, katastrofa”. Teksty, w których COŚ znajdę, będę omawiał trochę szerzej, być może ich fragmenty posłużą do zilustrowania jakiegoś problemu i wszczęcia nowej dyskusji.

Będziemy omawiać problemy – i pokazywać, jak je przezwyciężyć. Te problemy staną się trampoliną, z której odbijać się będziemy do rozważań mających naturę ogólnoliteracką. My, bo jeśli moje uwagi wydadzą się komuś nieprzytomne, to napisze list z zastrzeżeniami – i tak właśnie ma się kręcić nasze kółko dyskusyjne.

Jeszcze kilka uwag natury porządkowej. Teksty literackie najpierw pobieżnie przejrzę; każdy chyba przyzna, że niepodobna, bym lekturował się dziełem, w którym każde zdanie będzie miało formę: „Przysnął nad żeczułką i kiedy zaraz się zbódził to zaraz zobaczył rakiety kosmiczne znuw”. I nie ma co wzruszać ramionami, bo widziałem już podobne rzeczy. Omawiać takich dramatów nie będę – półanalfabetyzm nie jest problemem literackim, lecz społecznym.

I na koniec: proszę zawsze wyraźnie zaznaczyć, czy fragmenty listu (bądź dzieła) mogę opublikować, czy nie, a jeśli mogę, to pod jakim nazwiskiem/pseudonimem. List lub utwór, co do którego będę miał wątpliwości, jak postąpić, potraktuję jako materiał poufny, do mojej prywatnej wiadomości – być może powołam się na przedstawione w nim tezy, lecz bez wskazywania źródła. A teraz już – jedziemy.

* * *

Pomyślałem, że na początek przyda się mała prowokacja. Otóż, najogólniej rzecz biorąc, zwykłem przypisywać autorów do dwóch szkół: pierwsza to Szkoła Artystów; druga to Szkoła Rzemieślników.

Przedstawiając rzecz najkrócej: pierwsi twierdzą, że w utworze najważniejsze jest przesłanie (treść), a więc to, co autorowi w duszy gra i czym zechciał się podzielić z Czytelnikami, a słowa są tylko nośnikiem różnych duchowych melodii. Rzemieślnicy inaczej – uważają, że najważniejsza jest forma, autorowi niekoniecznie musi grać cokolwiek, może pisać zgoła o niczym, byle robił to zajmująco. Zanim dokładniej przedstawię doktryny obu Szkół (będę pisał wielką literą, podobnie jak:Rzemieślnikiem. To oznacza, że nie mogę być do końca obiektywny, choć przyrzekam, że będę się starał.

Ideałem jest synteza obu doktryn. Pełna synteza ma miejsce, gdy autor bierze się za bary z niebanalnym problemem i w atrakcyjny sposób (nie nudząc) przedstawia swoje przemyślenia. Do tego potrzebny jest człowiek zarówno wrażliwy, jak mądry i utalentowany, a na koniec – mający doświadczenie w pisaniu. Lecz stan zbliżony do idealnego występuje niezmiernie rzadko.

To klasyczny problem czołgu doskonałego (czołg, wyjaśnię, winien być szybki, dobrze uzbrojony i mocno opancerzony). Lecz silne opancerzenie negatywnie wpływa na ruchliwość; solidne uzbrojenie instaluje się kosztem pancerza; z kolei szybkość i zwrotność to atuty wozu względnie lekkiego, a tym samym niedozbrojonego.

Z powieścią (opowiadaniem) jest podobnie. Prawie zawsze widać, że w danym utworze forma dominuje nad treścią, względnie treść nad formą. No i dobrze, to jeszcze nie jest wada. Problemy zaczynają się wówczas, gdy jeden z wymienionych elementów uzyskuje przewagę nadmierną (lub zgoła absolutną).

Będę tutaj bronił Szkoły Rzemieślników: otóż dobrze napisany utwór rozrywkowy, choćby nawet intelektualnie pusty, może sprawić przyjemność – gdy głębokodupne rozważania, nawet jeśli ociekają miodem mądrości i wiedzy, zdadzą się na nic, jeżeli czytelnik, zrażony drętwym językiem i znudzony pretekstową fabułą, ciśnie książkę w kąt; nie wszystko da się przeczytać, zaręczam, a czterysta stron językowego bagna uniemożliwi odkrycie sensu dzieła. Wyrażę to jeszcze inaczej: przekaz winien mieć atrakcyjną formę i musi być przyswajalny, inaczej staje się fortecą nie do zdobycia.

W tym miejscu przypomnę, że mówimy o prozie fabularnej, bo czymś takim jest nowela, opowiadanie albo powieść.

Artyści powiadają (nie bez racji, niestety), że zalew pulpy usprawiedliwia wszystko; w dobie tasiemcowych seriali mydlanych, tzw. pism kobiecych i książek klasy „Conan Poliglota” każdy przejaw myśli, każde przesłanie, choćby nawet nieudolnie ubrane w słowa, stanowi wartość samą w sobie. Osobiście znam redaktora pewnego pisma literackiego, który wyławia każdy przejaw oryginalności, różne strzępki myśli bądź idei z nadesłanych, czasem czysto grafomańskich, tekstów, po czym zszywa te strzępki i oblepia jakąś fabułą, byle tylko pokazać czytelnikom. Czy istotnie jest aż tak źle, by usprawiedliwić podobne zabiegi? Otóż, rzeczywiście jest źle. Niemniej takie praktyki na dłuższą metę są zgubne, eliminują bowiem u początkujących autorów potrzebę samodoskonalenia. Ludzie, którzy mają coś do powiedzenia, a przynajmniej niektórzy z tych ludzi, mogliby z czasem stać się pisarzami – lecz nie rozwijają się, nie uczą, bo po co? Posyłając do redakcji jakieś… robocze notatki, mogą być pewni druku i wynagrodzenia, nie muszą szlifować swych umiejętności – skoro rozgrzebaną robotę skończy za nich ktoś inny. Wszyscy na tym tracimy.

Pomijam już nawet etyczną stronę zagadnienia (bo to przecież nie jest w porządku, że buble stawia się na równi z produktami spełniającymi wszelkie normy, a brakoróbstwo wynagradza tak samo jak efekty czyjejś ciężkiej i solidnej pracy). Przytoczyłem tę anegdotyczną skądinąd historię po to, by pokazać, jak bardzo można wypaczyć sens literatury, trzymając się kurczowo jednej tylko doktryny. Pojawia się czołg, który tylko strzela, lecz nie jeździ i nie ma pancerza.

Problem leży w proporcjach. Jako Rzemieślnik twierdzę, że fabuła, styl, kreacja postaci, dialogi, opisy i tym podobne elementy techniczne mają znaczenie nadrzędne. Książka służy do czytania; pisarz musi umieć pisać. Szkoła Rzemieślników jest bardzo wymagająca, zakłada bowiem ODWRÓCENIE naturalnej kolei rzeczy. Przemyślenia, nawet bardzo ciekawe i godne uwagi, pojawiają się wcześniej niż umiejętności i mogą zrodzić się w mózgu każdego, nawet w mózgu analfabety.

Czy to znaczy, że już można je radośnie wygulgotać na papier, używając jakichś piktogramów? Rzemieślnik powiada: nie. Najpierw naucz się pisać, potem pokażesz swe mądrości. Lecz z drugiej strony, rzeczą absolutnie niezbędną jest zawarcie w dziele pewnego minimum treści. Przecież to musi być o czymś, COŚ musi z tego wynikać, coś więcej niż to tylko, że bohater przeżył. Bo problem ekstremalnych Rzemieślników polega z kolei na tym, że mnożą się sprawnie władający piórami kolesie (i koleżanki, bo zaraz ktoś powie, iż jestem antyfeministą), płodzący niesłychanie monotonne w swej masie, niesłużące niczemu, choć sprawne literacko „bla, bla, bla”.

Teraz ktoś może zapytać, gdzie ta prowokacja, szumnie zapowiadana na wstępie. Już mówię. Otóż obiecuję, że bez cienia litości będę masakrował w tym kąciku każdego, kto przyśle mi granie swej duszy niepoparte umiejętnościami. Ja wytrzymam nawet „bla, bla, bla”, byle w miarę sprawnie wyartykułowane. Ktoś, kto zna (lub stara się poznać) reguły rządzące językiem polskim, może kiedyś napisać wartościową książkę. Nabierze doświadczenia, coś w życiu zobaczy, coś przemyśli… Natomiast wobec osobników niemających szacunku dla tworzywa, będę wręcz okrutny.

Język literacki jest czymś bardzo pięknym i potrafię zrozumieć ludzi, którzy piszą dla samego delektowania się pisaniem (grafomanów, tak). Natomiast ci, którzy chcą uczynić z języka tylko byle jakie opakowanie, są niemile widziani.

Bo negują sens mojej pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *