Bicie się w cudze piersi

 

1. Kolejne publikowane w „Feniksie” felietony Rafała Ziemkiewicza, zwłaszcza trzy ostatnie („Zgryz krytyczny”, „Murzyn literatury” i „A mury runą”), przywróciły na łamy branżowej prasy starą jak świat dyskusję o wyższości fantastyki nad literaturą „nurtu głównego”, czyli, mówiąc po prostu, mainstreamem. Byłaby to w gruncie rzeczy dyskusja nudna jak dowcip z brodą i mdła jak odgrzewana jajecznica, gdyby rzeczywistość nie przyprawiła jej smakowitym i ostrym sosikiem. Wraz z uruchomieniem mechanizmów rynku, które – również w „Feniksie” – wychwala Jarosław Grzędowicz (nazywając je „normalnością”), wszyscy oto mieliśmy okazję przekonać się o trafności prawa Sturgeona: „dziewięćdziesiąt procent wszystkiego jest g… warte”. Aromatyczna wartość dziewięćdziesięciu procent mainstreamu spersonifikowała się w postaciach pana Krzysztofa Vargi, który podjął się recenzowania fantastyki, nic o niej nie wiedząc – czego, najłagodniej mówiąc, nie powinien był robić – oraz pani Manueli Gretkowskiej, która napisała powieść o kobiecie z dwoma łechtaczkami, co z jakiegoś powodu uznano za bezwzględnie naganne. Nikt natomiast nie wypowiedział się o większości (owych dziewięćdziesięciu procentach) fantastyki. Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że większość fantastyki po prostu nie istnieje.

2. Rafał Ziemkiewicz nie ma oczywiście monopolu na przeciwstawianie „nas” nurtowi głównemu. Jest tylko najbardziej widoczny, ponieważ czyni to w „Feniksie” co miesiąc, co najmniej już od trzech numerów. Ale też i Marek Oramus w którymś z „Piątych piw” stwierdził na przykład, że spodziewał się, iż literatura głównego nurtu „rozliczy się” z komunizmem, ale nie zdążyła, bo „przedtem zdechła”. Paulina Breiter z kolei napisała ostatnio („Fenix” nr 3/96), że: „Sam fakt czytania czegokolwiek już wystarczy, by zaliczyć miłośników SF do ścisłej elity narodu”. Mam wrażenie, że takie natężenie jednomyślności: „oni” zdegenerowani do, za przeproszeniem, łechtaczek, „my” – sól ziemi czarnej i elita narodu – świadczy o zaistnieniu jakiegoś zjawiska. Pozostaje oczywiście pytanie, co to za zjawisko?

3. Cała trójka cytowanych przez mnie autorów wybrała sobie do przedstawienia swych przemyśleń formę felietonu autorskiego, być może, w (mylnym) przekonaniu, że w ten sposób napisać można wszystko stosunkowo bezpiecznie. „Lekka” forma rzeczywiście zabezpiecza do pewnego stopnia przed polemikami, czyniąc z polemizującego przyciężkawego intelektualnie ponuraka, który nie poznał się na wicu. Niemniej zdanie napisane jest zdaniem napisanym i wolno się z nim nie zgodzić, prawda? No więc się nie zgadzam.

4. Nie zgadzam się ze zdaniem (i to z obiema jego częściami) Marka Oramusa. Literatura polska, i to właśnie ta mainstreamowa, zdążyła rozliczyć się z komunizmem – i zrobiła to jeszcze wówczas, gdy komunizm żył i czuł się doskonale. Wyśmiała go głosami panów Feliksa Trzymałki i Szczęsnego Dzierżankiewicza, opisywała wielokrotnie, prawdziwie i wnikliwie, lepiej i dla publiczności wielokrotnie liczniejszej niż czytelnicy Parowskiego czy Wnuka-Lipińskiego. Nie ma obowiązku robić tego właśnie teraz, by zaprzeczyć tezom Oramusa, jakoby zdechła. Bo nie zdechła; w końcu jakieś odpowiedniki Manueli Gretkowskich istniały zawsze, o czym doskonale świadczą recenzje wymienionych wyżej panów, jak długo zaś przebojami wydawniczymi będą „Martwe natury z wędzidłem”, o kilka długości bijące Sapkowskiego nawet nakładem, będzie ona mogła też powiedzieć o sobie słowami Marka Twaina: „Plotki o mojej śmierci są mocno przesadzone”.

5. Nie zgadzam się także z tezą Rafała Ziemkiewicza, jakoby mainstream w czasach komunizmu prostytuował się, jednocześnie podstępnie popierając naszych grafomanów przydziałami papieru, a skazując naszych Zajdlów na zaledwie trzydziestotysięczne nakłady. Podziemne wydawnictwa jednak nie fantastyką stały, fantastyka jakoś tam do czytelnika docierała kanałami najzupełniej oficjalnymi w odróżnieniu od na przykład Miłosza. Nie fantastyce socjologicznej zawdzięczamy też najbardziej przejmujące opisy skrzywionej polskiej rzeczywistości; nie wyobrażam sobie, by „Limes Interior” z „Paradyzją” do kompletu przemówiły do kogokolwiek lepiej niż słowa:

Przyszli, ponieważ są pewne sprawy i sami panowie jesteście sobie winni.

Wkroczyli, ponieważ są pewne prawa i chyba pan nie chce, żebyśmy wyważyli drzwi.

Przerwali czytanie, ponieważ są pewne słowa i radzimy panu po dobroci.

Odebrali wiersze, ponieważ są pewne granice i umówmy się.

Spisali wszystkich, ponieważ są pewne przepisy i niech pan nie nadużywa naszej cierpliwości.

Przeszukali mieszkanie, ponieważ są pewne zasady i niech pani będzie łaskawa uciszyć to dziecko.

Zabrali parę osób, ponieważ są pewne konieczności i spokojna głowa, mąż wróci pojutrze.

Nikogo nie uderzyli, ponieważ są pewne formy i a jakże, tego byście panowie chcieli.

‚ Nie pracowali długo, ponieważ jest pewien film w telewizji i człowiek jest tylko człowiekiem.

(Stanisław Barańczak, „14.12.79 Wieczór autorski”)

Zupełnie nie mogę się też zgodzić z kolejnym, nowszym twierdzeniem tegoż Rafała Ziemkiewicza, jakoby pisać fantastykę było trudniej niż cokolwiek innego, ponieważ trzeba mnóstwo rzeczy wymyślić, a pisarz „zwykły” „tylko opisuje”. Zdanie: „Wierny Soroka wiózł swego pułkownika przez lasy głębokie, sam nie wiedząc, dokąd jechać, co począć, gdzie się obrócić” – mimo braku wynalazczości pozostanie znacznie piękniejsze od zdania: „»Niezwyciężony«, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru”. Mimo że tu trzeba było wymyślić i krążownik drugiej klasy, i fotonowy ciąg, i bazę, i w konstelacji Liry, przy czym na urodę obu zdań nie ma wpływu fakt, że Stanisław Lem rąbnął się merytorycznie.

6. Nie zgadzam się też ze zdaniem Pauliny Breiter, jakoby sam fakt czytania plasował nas w czołówce i czynił z wielbicieli fantastyki elitę narodu. Pod względem czytelnictwa zdecydowanie biją nas kobiety, nazywane w zależności od poglądów: paniami domu, kurami domowymi lub kucharkami. Panie te czytają otóż romanse, z którymi fantastyka przegrywa, niestety, o parę długości, przynajmniej pod względem nakładów. Tej elity czytelniczej jest znacznie więcej niż nas, i to ona niesie kaganek oświaty. Mogę coś na ten temat powiedzieć, bo wiem, jak wydawnictwa płacą tłumaczom i za co.

7. Gdybym tylko wyraził sprzeciw wobec tego, co mi się nie podoba, miałoby to znaczenie wyłącznie dla ludzi, którzy mnie znają, a ci coraz częściej stają się ofiarą tzw. poważnych zajęć, a w konsekwencji także zawałów; tak czy inaczej odchodzą w cień różnej intensywności. Czuję się więc w obowiązku uzasadnić mą niechęć nie tylko tym, że nawet zabawny felieton autorski nie powinien zawierać błędów i przeinaczeń rzucających cień na kompetencję ich autorów. Zaznaczam, że nie polemizuję z osobami, lecz z sądami, a i to nie wszystkimi. Stosunkowo najbliższy wydaje mi się pogląd Marka Oramusa, jakoby świat generalnie schodził na psy – prawie nikt nie czyta już prawie niczego i nam, mamutom, pozostaje tylko odgrywanie roli muzealnych okazów, czyli ludzi, którzy osiągają porozumienie ponad wszelkimi podziałami, witając się cytatem z jakiegoś wiersza. Uważam za głęboko uzasadnioną stosowaną ostatnio w jego „Piątych piwach” metodę polegającą na pisaniu o recenzowanym autorze per „Genio”, o jego wydawcy per „Kowal” oraz oparcie tegoż felietonu na pewności, że każdy czytelnik wie, iż jego autor bywa nazywany „Maruchą”. Ma to głęboki sens… przy założeniu, że czytelnicy ci zmieściliby się w średniej wielkości konwentowym barku, nie naruszając przy tym znacząco jego zapasów piwa, mimo usilnych starań. Pochwalam to założenie, resztę rozległych terenów konwentowych nieodmiennie zajmują gracze i trzeba się namęczyć, żeby wychodząc nocą z tegoż barku nie nadepnąć na jakiś śpiwór, w którym przysypia zmęczony elf-złodziej. Zamierzam za to uzasadnić, dlaczego nie zgadzam się ze wszystkim innym.

8. Podstawą mojego instynktownego sprzeciwu jest prosta obserwacja – za przykład nędzy mainstreamu posłużyła pani Gretkowska z tego tylko powodu, że napisała powieść o kobiecie z dwoma łechtaczkami. Zbulwersowało to Oramusa, zbulwersowało Rafała Ziemkiewicza i w ogóle wiele osób, mnie zaś jakoś nie. Mnie zbulwersowało, że zaczerniono na ten temat aż tyle „Fenixowego” papieru, a ja jakoś nie dowiedziałem się, czy jest to powieść dobra, czy też zła. Tym, którzy dotarli do tego miejsca i właśnie wydają westchnienie zdumienia, pragnę przypomnieć o istnieniu pewnej powieści, której znakomitym fragmentem jest monolog wewnętrzny bohatera siedzącego na kibelku „w fali własnego wznoszącego się smrodu”. Przepraszam za nietakt, ale powieść, o której mowa, uznaliby za arcydzieło nie tylko Marek Ora-mus i Paulina Breiter, ale nawet Rafał Ziemkiewicz. Oczywiście forma felietonu nie zmusza piszącego do wdawania się w krytykę literacką, bez fragmentu tejże przykład pozornie jednoznaczny przestaje jednak być aż tak jednoznaczny.

9. Mój instynktowny sprzeciw budzi też sposób potraktowania drugiego typowego [?] przedstawiciela mainstreamu – pana Vargi. W moich czasach (i metodę tę nadal uważam za skuteczną) kogoś, kto napisał bzdury, traktowano na dwa sposoby. Po pierwsze: próbowano spokojnej, rzeczowej polemiki, wskazywano błędy, korzystano z oręża ironii. Po drugie: jeśli delikwenta uznano za przypadek beznadziejny, zostawiano go po prostu w spokoju. Niech się kisi we własnym sosie, niech wyładowuje swe frustracje… nic biedakowi przecież oprócz nich nie pozostało. Podśmiewano się z tego człowieka, ale dobrodusznie, bo budził litość. W żadnym razie nie krzyczano na niego wielkim głosem. Być może, pamiętano jeszcze wtedy słuszną przestrogę Herberta: „Kłopot polega na tym / że krzyk wymyka się formie / jest uboższy od głosu / który wznosi się i opada…” a być może, uznawano słuszność przestrogi zawartej w przysłowiu: „To, co Jan mówi o Pawle, świadczy o Janie, a nie o Pawle”.

10. Mój już nie tak instynktowny, lecz raczej intelektualny sprzeciw budzi zawsze (i już zawsze będzie budzić) praktyka bicia się w cudze piersi. Nim skrytykuje się panie Gretkowskie i nim pohuka się na panów Vargów, nim w ogóle skrytykuje się cokolwiek i kogokolwiek w jakichkolwiek okolicznościach, choćby i z odpowiednim uzasadnieniem, nim znajdzie się źdźbło w oku bliźniego, warto przypadkiem sprawdzić, czy belka nie tkwi we własnym. Dłubanie w oku w poszukiwaniu belki jest oczywiście zabiegiem bolesnym, toteż ludzie normalni unikają go instynktownie. Paulina Breiter uniknęła go, natrząsając się z krytyka, który nie umiał przyzwoicie opisać „Johnny’ego Mne monica” i otwarcie przyznał, że nie lubi „Gatunku” oraz… całej filmowej fantastyki. Paulina Breiter stwierdziła też, że do historii kina weszło, zdaniem krytyków bardziej kompetentnych od tegoż nieprzyzwoicie szczerego pana, aż kilkanaście filmów fantastycznych. Peszy mnie tak sformułowane twierdzenie – bez podania, choćby w nawiasie, tytułów. Czy bardziej kompetentni krytycy umieścili w swych wykazach „Ostatni brzeg” i „Charly’ego” oraz „Peggy Sue wyszła za mąż”, nasz zaś tego nie zrobił? Czy też może umieścili tam oni „E.T.” albo „Park Jurajski”, których ja osobiście, ceniąc fantastykę niewymownie, za fantastykę uważać nie chcę, bo fantastyce szkodzą, ściągając ją na poziom głupawego „kina rodzinnego”, nasz zaś stwierdził, że ich nie lubi, czym się do mnie upodobnił? Prościej: czy „Siódmą pieczęć” Bergmana uważamy za fantastykę (chciałbym) i nie wolno jej pominąć, czy też nie uważamy i filmową fantastykę pominąć wolno (korzystam tu z uproszczenia właściwego dla formy felietonu autorskiego)?

Oto problem.

Odwrotny koniec belki w naszym oku wygląda tak – wprawdzie od krytyków należy wymagać kompetencji większej niż od przeciętnego widza, ale, z drugiej strony, opinii widza lekceważyć się nie powinno. Wspominam o widzu, bowiem w Internecie, na branżowej liście fantastyki, osiągnięto niegdyś consensus co do tego, że „nie istnieje film fantastyczny bez efektów specjalnych”. Moje nieśmiałe stwierdzenie, że w „Charlym” jedynym efektem specjalnym była podwójna ekspozycja i przenikanie, a w „Ostatnim brzegu” widok śmieci przewiewanych przez wiatr ulicami wymarłego miasta pominięto milczeniem. Być może, krytykowany przez Paulinę Breiter krytyk utożsamia po prostu filmową fantastykę z efektami specjalnymi (co jakoś tam dałoby się obronić, w końcu ma poparcie fachowych mas, a w ostatniej instancji one decydują), których – jak ja – generalnie nie lubi. W końcu ja też dałbym „Gatunkowi” najwyżej wyjątkowo niską jedynkę, a „Johnny’emu Mnemonicowi” półtorkę, przy czym to pół to w zasadzie chyba tylko ze źle ulokowanej sympatii do Gibsona.

11. A, prawda, miałem się nie czepiać osób. Przepraszam. Pozwolę sobie jeszcze stwierdzić: być może, autorzy, z których tekstów korzystałem, prawem poetyki felietonu autorskiego mogli swobodnie ustawić sobie rzeczywistość jako chłopca do bicia – ale nie zmienia to faktu, że rzeczywistość ta została ustawiona, spreparowana. Zamykam kółko tego tekstu powrotem do stwierdzenia: „Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że większość fantastyki po prostu nie istnieje”, bo dobrze ono zabieg preparacji uzasadnia.

Moim zdaniem, krytycy mainstreamu i piewcy fantastyki spreparowali sobie rzeczywistość dwustopniowo. Krytykując mainstream, „odcięli” od niego dziesięć procent tego, co wartościowe zarówno, jak mówią fachowcy, synchronicznie, jak i diachronicznie. Po pierwsze postępują tak, jakby literatura polskiego mainstreamu narodziła się wczoraj, grając asa: warunki rynkowe i zmiana czytelniczej świadomości spowodowały, że kiedyś dziewięćdziesiąt procent reprezentowane przez panie Kłodzińskie etc. nie rzucało się w oczy, tak jak teraz rzuca się pani Gretkowska (pod warunkiem że jest rzeczywiście aż tak zła, co bynajmniej nie zostało przesądzone, na wszelki wypadek więc przepraszam, nie czytałem jej książki ani żadnej kompetentnej krytyki tejże). Po drugie, nie zauważają tych dzisiejszych dziesięciu procent. To prawda, są one dobrze ukryte, ale są. Warto ich poszukać nawet pisząc felieton autorski. Chyba że pisze się felieton autorski z myślą o tych, którzy nigdy nie szukają niczego, bowiem pod ręką jest zawsze któryś z wielu sterowników pasujących do telewizora i nastawiających go od razu na kanał Cartoon Network. To też jest pomysł.

12. Co do samej fantastyki, krytycy ci dokonali podobnego zabiegu odcięcia ogona machającego psem. Z fantastyki przed przełomem odcięli dziewięćdziesiąt procent produkcji, umownie mówiąc, KAW-owskiej, przeciągając przez granicę tylko parę nazwisk. Następnie od fantastyki ukazującej się współcześnie odcięli całą ukazującą się u nas produkcję zachodnią. Co im pozostało? Policzmy, kto to ostatnio opublikował coś książkowego: Oramus, Ziemkiewicz, Sapkowski, Kres, Lewandowski, Kołodziejczak… kogo pominąłem? Jeśli tak się będzie cięło, większości fantastyki rzeczywiście nie będzie.

Sytuacja, kiedy coś jest, ale większości tego nie ma, wydaje mi się paradoksalna, ale, być może, się mylę. Nie twierdzę też, że dokonany przez autorów piszących w „Feniksie” zabieg preparowania rzeczywistości nie jest uprawniony. Każdy ją w końcu preparuje, kto o niej pisze, ja też. Jeśli chcemy tylko pokrzyczeć na mainstream, to oczywiście krzyczmy, znaleźliśmy powody. Dobre samopoczucie gwarantowane. Jeśli jednak chcemy, by mainstream ten zwrócił na nas uwagę, to już inna sprawa. Krytyk mainstreamowy, zwłaszcza ten niekompetentny, mylący się, nie znający tematu i demonstrujący zdecydowanie złą wolę, na nasze zabiegi nożyczkami nie przystanie. Nie, weźmie taki do ręki kilka pierwszych z brzegu pozycji w błyszczących okładkach… i co znajdzie? Na dziesięć wybranych pozycji dziewięć mu zapachnie jak nam, tylko że on biedaczek nie będzie przecież świadom, że myśmy te dziewięć odcięli, wyklęli i skazali na niepamięć. A gdyby nawet wiedział, nie uwierzy. Skoro ktoś je wydaje, ktoś je także kupuje, prawda? Nam nie dają dotacji.

13. Czy ktoś – Rafał, Paulina, Marek, inni, żaden z nich? – chce zmienić tę sytuację, czy też intencją felietonistów zajmujących się fantastyką w poświęconym fantastyce piśmie jest przekonać samych siebie, że są lepsi? Owszem, od niektórych są, a od innych nie, jak każdy. Jeśli rzeczywiście tego pragną, mogą próbować przekonać świat o swej wyższości. I to skutecznie, pióra mają dobre, umiejętności im starczy, argumentów też. Podejmują jednak ryzyko, że ktoś zszarga im świętości, bo przyzna wprawdzie, że Sapkowski ma niesłychaną łatwość pisania i doskonałe rzemiosło pisarskie, ale skrytykuje go jednak za nieznośne wręcz efekciarstwo, i wtedy będzie trzeba polemiki, nazywanie wskazującego wrogiem tego, co dobre i czyste, już nie wystarczy. Więc może nie warto podejmować takiego ryzyka?

Z drugiej strony… może się ono opłaci. Rafał Ziemkiewicz sam nazwał swego „Kataryniarza”: „Małą apokalipsą naszych czasów”. Zapewne chciałby usłyszeć to z ust innych niż własne lub kolegi ze skromnego liczbowo grona przyjaciół, z których każdy ma ksywkę znaną wszystkim zainteresowanym, łącznie z czytelnikami.

14. Moim zdaniem, ryzyko jest warte podjęcia, ale prawdę mówiąc, miałbym w jego podjęciu swój skromny egoistyczny interes. Do towarzystwa już się wprawdzie nie zaliczam, ale chciałbym, żeby recenzję z książki, która bardzo mi się podobała, zamawiano u mnie dlatego, że dobrze piszę recenzje, a nie dlatego, że redaktor tejże książki już ją zrecenzował w swoim piśmie i teraz nie chce recenzować jej jeszcze w innym piśmie, w którym prowadzi autorską rubrykę recenzji. Pula genów wydaje mi się za mała, a to nieuchronnie prowadzi do degeneracji, czego dowodem losy rodów królewskich słusznie uważających się niegdyś za coś wyjątkowego.

 

Tekst opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 7 (54) 1996

Krzysztof Sokołowski

Krzysztof Sokołowski

Tłumacz, krytyk literacki i filmowy, niegdyś działacz fandomu. Współtwórca magazynów "Feniks", "Fenix" i "Fenix Antologia".

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *