Prosty homo sapiens – Piąte piwo

Dajcie mi władzę, a pokażę, co potrafię — twierdzi wię­kszość kandydatów na prezydenta RP. W siedemnastce, spośród której będzie wyłaniana głowa państwa, na do­brą sprawę nie ma nikogo, kto by naprawdę zasługiwał na ten urząd. Jakieś Buble, Kuronie, Pietrzaki. Ci zaś, którzy już władzę mieli, a nie zrobili nic, twierdzą, że mieli jej za mało i dopiero — w domyśle — cała władza oddana w ręce tych przyjemniaczków wyzwoli w nich energię kie­rowniczą. To jakaś totalizacja myślenia i sowietyzacja, gdyż w Moskwie też widać zapędy typu „und zawtra die ganze Welt”. Wielkorus o kałmuckiej twarzy, generał Graczow, zdaje się genialnym uosobieniem tej postawy.

Prosty obywatel, który słabo orientuje się w grach zachodzących na górze, reaguje na to po swojemu: paniką albo zniechęceniem, zależnie od nastroju. Prości obywa­tele zawsze są tacy; tacy byli w starożytnej Grecji i tacy będą w imperiach przemysłowych XXI wieku. Philip Dick, artysta daleko odbiegający od konwencjonalności, zdaje się być tego pewien.

„Cudowna broń” nie jest jego najlepszą powieścią i wątpię, aby się zmieściła w dziesiątce jego czołowych dzieł. Ale gra na użytek szarego obywatela, nazwanego tu prosapem (skrót od „prosty homo sapiens”, a nie jak by można myśleć od „prostolinijny Sapkowski”), odchodzi tu obowiązkowo. Dick nie byłby sobą, gdyby nie po­dejrzewał rządzących o stosowanie wobec rządzonych rozmaitych pięter kamuflażu. W „Cudownej broni” rzecz sprowadza się do tego, że w wyniku układu zawartego w symetrycznym roku 2002 między Sowietami a Ameryką pozoruje się tylko wymyślanie nowych rodzajów broni. Innymi słowy, wyścig zbrojeń nadal trwa, przynajmniej w wersji dla maluczkich, w rzeczywistości zaś chodzi tylko o zawody, takie jakie urządzają między sobą np. projektanci mody. Oczywiście i blok wschodni, i zachodni mają swo­ich czołowych projektantów, a także ich następców.

Wytworzony w ten sposób stan zagrożenia ma utrzy­mywać tych wiodących konstruktorów w wysokiej formie. Sądzę, że sytuacja ta żywcem odpowiada autentykowi. Biura konstrukcyjne w wydaniu sowieckim stanowiły (sta­nowią?) oazy dobrobytu w morzu nędzy i wyspy normal­ności (względnej) na oceanie zwyrodnienia — gospodar­czego, politycznego, moralnego wreszcie.

W powieści pisanej w połowie lat 60. Dick opowiada się więc za wizją konfrontacji amerykańsko-sowieckiej, która nie ustanie, a jedynie zmieni formy. Zimna wojna tak łatwo nie da się wykopać do lamusa — i spójrzmy wokół: tak właśnie jest, mimo całego gawędziarstwa o współpracy w ramach NATO, do czego i Rosję delikat­nie się zachęca. Lecz to tylko przykrywka, brezent ma­skujący prawdziwe zmagania. Rosja traci mocarstwową pozycję, co dusza wielkoruska znosi z bólem, i już nawet na arenie dyplomatycznej przedstawiciele tego kraju nie potrafią się należycie maskować.

O wizjonerstwie Dicka niech zaświadczy prosty fakt: w filmie „Odyseja kosmiczna 2010” także jest przedsta­wiona wizja świata zdominowanego przez konflikt sowiec­ko-amerykański. Czasowo dzieje się to później niż akcja w powieści Dicka, lecz o ileż bardziej fałszywy, nietrafio­ny obraz świata prezentują fachowcy na czele z Arthurem C. Clarkiem, choć do budowania swej wersji przystąpili o dwie dekady później, mając pod dostatkiem nowych danych i widząc nowe tendencje jak na dłoni. A jednak odczytali z nich całkowicie mylny komunikat — bo w dzie­dzinie przewidywania przyszłości nie ma mądrych i cza­sem nadmiar danych powoduje zaćmę. Ja jednak wolę myśleć, że Dick miał w sobie ów nerw, którego brakuje Clarke’owi, mimo że temu ostatniemu udało się przepowiedzieć łącz­ność satelitarną.

Wróćmy do „Cudownej broni”: oboje projektanci są typami mediów, które wprowadzając się w trans, prze­dostają się do innej rzeczywistości, skąd wracają ze szki­cami projektów. Oboje używają do tego celu narkotyków. Tu Dick zdobywa się na żart: w końcu wyjaśnia się, że ani Lila Topczew, ani Lars Powderdry nie przebywają w ja­kiejś hiperprzestrzeni, gdzie wszystko jest w zasięgu ręki, tylko łączą się telepatycznie z pewnym dość zdemoralizo­wanym osobnikiem, rysującym komiksy, i od niego czerpią inspirację do swych szkiców. Oboje też są świadomi nę­dzy i umowności własnego zajęcia, które na dobrą spra­wę nikomu nie jest do niczego potrzebne, to tylko głupi splot przypadków wywindował ich znaczenie aż tak wyso­ko.

No, ale jak to bywa w bajkach, przychodzi wreszcie moment, gdy trzeba porzucić te szamaństwa i wykazać kompetencję, czyli zaprojektować prawdziwą broń, i to ta­ką, która by dała radę zaawansowanej technice kosmitów. Jak to bowiem u Dicka bywa, znienacka walą się na orbitę Obcy ze swymi satelitami, zaczyna się likwidowanie po jednym z dużych miast na Ziemi, a więc sprawa nie tylko staje się prestiżowa, ale i gardłowa. Dochodzi nawet do rozpaczliwej decyzji: siły Powderdry’a i Topczew mają być połączone, bo inaczej się nie poradzi.

Zdaje się, że owo stanowisko projektanta mody militar­nej, cudowny wynalazek Dicka z tej książki, ma być ale­gorią samego autora czy też zajęcia, jakiemu się z lubo­ścią oddaje. Między stawianiem liter a sporządzaniem szkiców istnieje wiele zbieżności: po jedne i po drugie trza się wyprawiać umysłem w jakieś przestrzenie Bana­cha czy Hilberta. Jest to niby potrzebne społeczeństwu, ale właściwie zbędne, i ostatnio prosapy łapią się na tym, że nie ma co wydawać konkretnych pieniędzy na cudze urojenia, bo każdego z nich stać na lepsze, o ile wcześ­niej solidnie popije piwa. Rola pisarza równa się roli Dickowego projektanta: niby niezbędny dzięki pewnej umowie czy zwyczajowi, zostaje w końcu odarty z nimbu nadzwyczajności i wszyscy mogą łacno się przekonać, że to jeno oszust, prosap taki jak inni. Zostaje zdemaskowany i zostaje zdemaskowana totalna zbędność towaru, który przynosi, usługi, którą świadczy. Ale — uwaga! — gdy trwo­ga ogarnia prosapów i kogów (od cogito — czyli tych niby myślących), do kogóż odwołają się z jękami o ratunek? Pewien więc jestem, że gdyby jakiś kataklizm nieuchron­ny zawisł dziś nad światem (a pono zbliża się kometa o monstrualnej średnicy 2,5 mln km w stanie zmrożonym, jest to sześć odległości Ziemia — Księżyc, więc potwór), poeci, powieściopisarze i układacze songów żałobnych mieliby się znacznie lepiej niż dziś.

Tytułowa cudowna broń jest dziełem wzgardzonego speca od zabawek, który produkuje odrzucane seryjnie pomysły i prototypy. Tu by lekko można zrugać Dicka za głupotę, bo w cywilizacji hedonistyczno-ludycznej, a taką jest nasza (chyba że zabawy rzuca się na krótko dla mordów wojennych, ale to też forma rozrywki), w cywiliza­cji ludycznej zatem tacy faceci grają pierwsze skrzypce i na ich produkty istnieje nieustannie zapotrzebowanie. Być może Dick postąpił tak z premedytacją, by według formuły chrześcijańskiej ostatni byli pierwszymi, a kamień odrzucony przez budowniczych stał się kamieniem wę­gielnym. Ów nieszczęsny producent i projektant zabawek okaże się bowiem mężem opatrznościowym, któren swą zabawką-labiryntem uratuje Ziemię przed wrażym cio­sem.

Zabawki są powtarzającym się motywem w twórczości Dicka i nawet w filmie „Blade Runner” znalazło to swoje odzwierciedlenie. Podobnie od czasu do czasu zjawia się w tej twórczości mesjasz, zazwyczaj stary, obdarty, zmę­czony wrak człowieka, który jednak jest w stanie tchnąć w obumierającą cywilizację nowego ducha. Tu jego rolę peł­ni sędziwy kombatant, który jakimś cudem przedostał się ze swojej epoki do naszej — po czym się okazuje, że to właśnie ów producent zabawek sporządził swego androi­da i wysłał z przyszłości jako kuriera. Wie on, co spowo­dowało klęskę najeźdźców z kosmosu i nic prostszego, niż to przeciw nim zastosować. Lecz wiadomości o cu­downej broni nie da się wyciągnąć wprost i tu z pomocą przychodzą wzgardzone media od militariów, tyle że przedostanie się do niej wymaga zażycia podwójnej dozy narkotyku.

Oto ta cudowna broń: zabawka-labirynt, z którego uwięzione stworzenie próbuje się wydostać, a grający w to obserwator do tego stopnia pogrąża się w empatii, że utożsamia się ze stworzeniem, odzywają się w nim jakieś pokłady słabości czy szlachetności — i już po nim. Ta wunderwaffe natychmiast po odpędzeniu najeźdźców zostaje jednak z ogromną skutecznością wykorzystana w politycznych rozgrywkach ziemskich. Och, cóż by to była za rozkosz, gdyby i nasi liczni kandydaci na prezy­dentów przerzedzili się na jakichś turniejach! Mogłyby to być testy na inteligencję albo stawanie w szranki na ubitej ziemi, albo można by zwrócić przeciw nim sprawdzian gramatyczny, który by ich straszliwie przetrzebił. Tak dobrze jednak nie ma i musimy męczyć się dookolnymi spo­sobami, i skóra na mnie cierpnie, bo spodziewam się, na kogo postawią prosapy.

Wizja Dicka, dość prostoduszna, wymaga sporej wyrozumiałości ze strony czytelnika. W powieści zieje mnóstwo dziur, na które tylko ze względu na osobę autora warto przymknąć oko. Najdziwniejsze wydaje mi się to, że owadopodobni Obcy doznają telepatyczno-em­patycznych wzruszeń nad labiryntem, dokładnie tak jak ludzie. Skądinąd wiadomo, że społeczeństwa owadów należą do najbardziej bezlitosnych zbiorowości w świecie fauny, zarówno dla swoich, jak i wrogów. Życie pojedyn­czej pszczoły czy mrówki jest niczym, liczy się dobro ula (mrowiska), a my temu przyglądajmy się szczególnie uważnie, bo takim ulem (mrowiskiem), tylko większym, robi się powoli nasza planeta Ziemia.

 

Philip K. Dick: Cudowna broń. Tłum. Małgorzata Fiałkowska, Cezary Frąc. Amber 1995, cena 9,40 zł

 

Tekst opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 11 (47) 1995

Marek Oramus

Marek Oramus

Marek Oramus – pisarz za dobry, by stać się „bestsellerowym” i krytyk – legenda. W „Fenixie” stworzył słynny cykl felietonów o książkach „Piąte piwo”, o którym pamięć przeszła z pokolenia na pokolenie. Cykl ten będzie kontynuowany w „Fenixie Antologii”.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *