Mary Shelley’s Frankensten, Wywiad z wampirem – Szklanym okiem

Wyznaję ze wstydem: nie czytałem jednej z fundamentalnych powieści literatury fantastycznej. Nie czytałem „Frankensteina” Mary Shelley. Częściowo usprawiedliwia mnie fakt, że mało kto ją czytał i że jest jedną z najbardziej znanych powieści o najmniejszej liczbie czytelników. Paradoks.

Naturalnie, historię nieszczęsnego pana Frankensteina i stworzonego przez niego monstrum znają absolutnie wszyscy, Znają ją dzięki niezliczonym adaptacjom filmowym. Nieszczęście w tym, że ta najsłynniejsza, z historyczną rolą Borysa Karloffa, kompletnie zagłuszyła wszystkie pozostałe do tego stopnia, że każdą kolejną próbę ekranizowania powieści, tradycyjnie odnoszono do owego klasycznego filmu, z klasyczną muzyką i obsadą.

Pan Kenneth Branagh, decydując się wyreżyserować nową wersję filmu o sztucznie ożywionym dżentelmenie, niechlujnie sfastrygowanym z kilku zwłok, zdawał sobie z tego sprawę i dal dowód nielichej odwagi. Postanowił jednak opracować ten jeden z najbardziej oklepanych tematów w sposób nowy i odkrywczy: pokazać wierną (podobno) adaptację powieści. Do tej pory tego nie robiono, odnosząc się do uproszczonej historii z pierwszych scenariuszy: Doktor Frankenstein prowadził w podziemiach rodowego zamku badania nad elektrycznością i zwłokami, stworzył sztucznego człowieka zszytego z trupich ciał , człowiek miał być istotą doskonałą, ale jakoś nie był, ostatecznie stwór uciekł, przypadkowo udusił dziewczynkę, po czym został zlinczowany przez tłum chłopów z pochodniami. Koniec.

Powieść tymczasem (najnowszy film również) rozpoczyna się w lodach Arktyki, gdzie załoga uwięzionego wśród kry statku spotyka samotnego, obdartego wędrowca, który opowiada kapitanowi historię swojego życia. Retrospekcja. Był to jeden ukochanych zabiegów literatury romantycznej, w której duchu I. historia została opowiedziana.

Ponadto jest to właściwie opowieść filozoficzna — o fascynacji techniką, tajemnicą powstania życia, a także o grzechu pychy, karze i ułomności ludzkich poczynań. Przesłanie to jest powszechnie znane, „Frankenstein” bowiem stał się kanonem sztuki popularnej, tym bardziej że morał na temat odpowiedzialności za efekty naukowych odkryć pasuje jak ulał do czasów głowic nuklearnych i kwaśnych deszczów.

Sam jestem niewolnikiem wizji Borysa Karloffa, oglądałem w dzieciństwie słynny czarno-biały film, więc nie umiem ich odpowiednio porównać z obecną kreacją. Warto obejrzeć „Frankensteina” Kennetha Branagha choćby po to, by poznać tę opowieść w wersji bliższej oryginałowi niż jakakolwiek inna próba.

Nie jest to film, który przejdzie do historii kina, a na pewno nie może nikim do głębi wstrząsnąć tak jak ten pierwszy. Nie może być wstrząsów ani zaskoczenia podczas obcowania z dziełem, będącym kolejną wariacją na znany temat.

Jesień jest najwyraźniej dobrym czasem dla adaptacji: oto bowiem kolejna powieść trafia pod strzechy w postaci kasety wideo: „Wywiad z wampirem” według Ann Rice. Powieść jest refleksyjna, nieco monotonna, spokojna — jakby zupełnie niefilmowa. Pewien dziennikarz przeprowadza wywiad z młodym, tajemniczym człowiekiem, który wyjawia spokojnie, że ma ze trzysta lat i jest wampirem. Krótki pokaz nieludzkich zdolności fizycznych gwałtownie studzi’ ironiczne protesty dziennikarza i opowieść zostaje rozpoczęta. W książce, napisanej nieco w konwencji wywiadu-rzeki, jest miejsce na niezliczone refleksje, wspomnienia i dygresje. Dowiadujemy się z pierwszej ręki, jak to jest być wampirem. Taka powieść to gratka i słusznie została bestsellerem.

W filmie jest jednak miejsce głównie na obraz i fabułę. Monotonne wyjaśnienia płynące z off-u ponurym głosem, co miało zapewnić filmowi głębię, zwyczajnie nużą. A rozterki głównego bohatera, który wprawdzie z własnej woli zostaje wampirem, ale potem buntuje się przeciwko konieczności picia ludzkiej krwi, stają się raptem irytujące niekonsekwentne i płaczliwe.

Ten obraz nie przeraża i nie fascynuje. Jest na to zbyt nudny, a wyobrażenia wampirów nieznośnie stereotypowe. Przypominają oni raczej bohemę artystyczną epoki dekadencji, są eleganccy i zblazowani.

Wszystko dlatego, że reżyser uległ pokusie modnego w USA nurtu obyczajowego, każącego gloryfikować outsiderów, a zwłaszcza tzw. mniejszości seksualne. (Jakby rodzaj zachowań seksualnych był kwestią głosowania). W zniewieściałych, dziwacznych wampirach „Wywiadu…” „połączonych osobliwą, na poły seksualną więzią, wyraźnie widać stereotypowych homoseksualistów, może narkomanów, w każdym razie ludzi odmiennych i zafascynowanych własną obcością. Jeżeli spojrzeć na film według takiego klucza, to wydaje się, że Lois, główny bohater, byłby homoseksualistą, borykającym się z jakimś straszliwym poczuciem winy, może katolikiem, a wówczas jego niekonsekwentne w akcji filmu i jakby histeryczne rozterki nabierają sensownego wymiaru: z postaci wampira Lestata, nauczyciela mentora głównego bohatera, wychodzi ktoś głęboko zdeprawowany, kto nachalną dekadencją przesłania wewnętrzną pustkę.

Nieszczęściem tego filmu jest jego dosyć proste w końcu przesłanie, które wyłazi spoza wątlutkiej akcji. Ci, którzy nie czują fascynacji alienacją homoseksualistów, a nastawili się na pogłębiony film grozy, przeżyją długie, nudne godziny przed ekranem, rozświetlone tylko rzadkimi rozbłyskami kilku malowniczych, wizualnych scen, jak choćby w Teatrze Wampirów. Zostaną też poirytowani kilkoma rażącymi błędami fabuły.

Niestety, reżyser gardził prawidłami własnej opowieści. Ważniejsze, by wykorzystać koniunkturę.

Jarek Grzędowicz

Jarek Grzędowicz

Pisarz, redaktor naczelny magazynu "Fenix".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *