Sequele i prequele – Piąte piwo

Od pewnego czasu boję się zacząć czytać cokolwiek, boję się książkę wziąć do ręki, bo a nuż się okaże, że to jakiś sequel albo, nie daj Boże, prequel. Wszystko już było, nie opłaca się nawet trudzić mózgowia nad koncypowaniem nowych afer, bo nawet jak się uda, to czytelnik nie doceni, a i tak po miesiącu okaże się, że i to już zostało zgrane doszczętnie. Tak to świątynie, jakie bezustannie powołujemy do życia mocą naszego ducha, również nagminnie są bezczeszczone i unicestwiane. Zaiste, godzien pożałowania to zawód, gdzie jeno takie profity czekają na nieszczęśnika, oddanemu w służbę tzw. dwudziestu czterem literom.

Te sequele — niby takie dalsze ciągi, oraz prequele — niby ciągi poprzednie, są objawem ostatecznej tandety i zwyrodnienia współczesnej fantastyki. (Jakoś ich bowiem nie widuję w innych odmianach literackich). Wynikają ze względów pozaartystycznych, jako to chciwość na grosz, z potrzeby utrzymania się na fali (no, to niech tacy autorzy uprawiają surfing), demaskowania dojmującej pustki wewnętrznej, tym tylko różnej od kosmicznej, że często wypełnionej rozpaczliwym wysiłkiem. Nadto sequele, a zwłaszcza prequele wynikają z fatalizmu, że niczego się już nie, a jak trafiło się ślepej kurze ziarno w postaci pomysłu czy utworu, co obrodził zainteresowaniem mas, to trzeba żyłować to do ostatniego atomu. Jest tak, jakby komuś wydało się, że znalazł żyłę złota, a okazało się, że to tylko coś żółtawego. Eksploatował to niedługo, bo też nie było tej substancji za wiele, lecz dla pewności eksploatował przez jakiś czas również koryto, w którym mościła się owa żyła. Nic, że ze skały: zawsze miało kontakt z ową żółtawą substancją.

Truizm rzeknę, gdy rzeknę, że tymi prequelo-sequelami literatura pracuje z wytężeniem na własną inflację. Co to inflacja, z grubsza wiadomo: dobrotliwe państwo obiecuje więcej, niż dać jest w stanie, więc aby się wywiązać, wypłaca różnym emerytom masy pieniężne bez pokrycia, lubo z pokryciem częściowym. Szczęśliwi obdarowani mkną z tym do sklepu, a tam czasem nie staje towaru za kartki, zwane banknotami, a jak staje, to z miesiąca na miesiąc przysługuje mniej.

Per analogiam w literaturze. Nie staje treści na pokrycie bogato emitowanej masy papierowej, przybierającej formę ksiąg, książek i broszur. Za dużo papieru przypada na zbyt mało myśli, jak w tym kawałku, nie wytykając palcem. Rozwiera się dysproporcja. Państwu opiekuńczemu, tfu, tfu, na interesującym nas terytorium papierzanym odpowiada literatura opiekuńcza, to jest taka, która by chciała nieba czytelnikowi przychylić, ubezwłasnowolnić go tak dalece, żeby wszystko za niego zrobić, powiedzieć, a nawet pomyśleć. Ta literatura siebie by mu chciała podać na tacy. Stąd się bierze ów pęd do różnych, daleko idących ułatwień.

Jest jeszcze drugi czynnik, działający w tym samym kierunku — nie bardzo jest co kamuflować, więc rzadziznę prozy rekompensuje się jej długością. Ta szkoła wyznaje zasadę, że gdy się czytelnik przyzwyczai do bohaterów, gdy się już spoufali z autorem, wtedy trudno mu wyrzec się ich towarzystwa. W krańcowych wypadkach, taki pierdołowaty czytelnik nie będzie mógł dalej żyć bez tego autora i bez jego bohaterów. Ha! — zakrzyknie autor, który przeniknął ten mechanizm uzależnienia (a przeniknął, bo przeczytał niniejszy kawałek). — To my na tym zażerujemy! Miłosiernym czynem jest trzymanie takiego czytelnika jak najdłużej przy życiu, więc oto dla niego serwować będziemy sequele, na przemian z prequelami. I ten nieborak się ocali, dzięki takiej akcji humanitarnej, i autor się wyżywi, gdyż niebiosa, doceniając jego altruizm, zawsze mu zrzucą trochę manny.

Nie do wiary, że rozpisałem się o tych głupotach na wieść o śmierci Rogera Zelaznego, który w wieku 58 lat skonał na niewydolność nerek, spowodowaną rakiem. Przecież autor ten, oprócz gigantycznego sequela, który wolę nazwać cyklem powieściowym, czyli Amberu, więcej tego typu incydentów nie ma na koncie, jeżeli nie liczyć dwutomowych powieści połączonych tym samym bohaterem (np. Dilvishem Przeklętym). Dlaczego zatem telepię Zelaznego i zakłócam mu wieczny odpoczynek, skoro nie on zawinił najbardziej, skoro są tacy, co go w omawianej, sequelowo-prequelowej dziedzinie prześcignęli o wiele długości? Może to wpływ owego Amberu; kiedy na początku lat 70. Zelazny go rozpoczął, cykle powieściowe nie były bynajmniej taką nagminnością, jak dziś. Dziś, kto nie ma cyklu na koncie, ten nie pisarz, i nawet Andrzej Sapkowski roztropnie zainicjował swój sequel.

A, sequel, wasza chrancowata tęgo dyszlem chrzczona, chciałoby się sparafrazować Lemową odzywkę z „Inwazji z Aldebarana”, ponad wszelką wątpliwość nie będącej prequelem.

Ten Zelazny, patrząc z nieba, wie, żem nie miłośnik fantasy. Sam pisał rzeczy różne i dość nierówne czasami, ale i fantasy chyba mu wychodziła najlepiej. Miał coś, co trafia się dziś coraz rzadziej: gdy się go czytało, człowiek co kawałek widział wysiłek autora, który chciał czymś zaskoczyć, zasunąć jakąś ciekawostkę, wykręcić jakąś niespodziankę. Zgaduję, że czynił tak, aby samego siebie nie zanudzić, i pod tym względem każdy autor winien być krańcowym egoistą. Jak pisze o czymś, co go nie frapuje, co rozwiera mu paszczękę do ziewania (pół biedy, jak do kufla z piwem), to nie ma żadnego powodu przypuszczać, że na zasadzie przeciwności czytelnik będzie się tym zachłystywał.

Więc odprawiając małe egzekwie prywatne nad Zelaznym, sięgnąłem po jego Amber i pochłonąłem dwa tomy. Pochłonąłem to może za duże słowo: przyswoiłem bez wypieków i bez drżenia rąk, jako że takiego Zelaznego znałem od dawna. I przypomniały mi się książki, które swego czasu zrobiły na mnie największe wrażenie — „Dilvish Przeklęty”, jego druga część „Kraina Przemian”, a nade wszystko „Widmowy Jack”. Ten ostatni chronologicznie bliski jest pierwszym tomom Amberu, ale i w pozostałych wymienionych pokrewieństwo jest duże. I nie polega to na tym wyłącznie, iż rzeczy te wyskoczyły spod ręki tego samego autora. Zelazny miał specyficzne podejście do roboty literackiej, nękały go pewne obsesje — np. u niego nie ma bezludnych ciemności, zawsze tam się kłębi mniej albo bardziej określone plugastwo. Jak chwycił pomysł, który go zafascynował, to nim żył nosił go w głowie, rozważał, a potem nie wiedzieć jak i kiedy po­mysły te czy idee przedostawały się do tego… co pisał.

Amber jest jakby kondensatem podejścia Zelaznego do fantasy. Jego bohater jest zwykle samotny, wiatr go popycha poprzez świat, spotyka jakichś ludzi, przyjaznych sobie ceni, wrogów unika, albo tępi — ot, dość prostoduszne maniery. Jak się trafi chętna panienka, to ją przeleci, acz bez zobowiązań. I oto okazuje się, że nawet tak skromna ingerencja w porządek świata totalnie narusza jego strukturę, powoduje w nim przemożne kataklizmy. Jak ich uniknąć — bo uniknąć trzeba — człek się musi porządnie napracować, by to wszystko odwinąć.

Kto więc czytał np. o Dilvishu, temu krajobraz Amberu z miejsca wyda się znajomy: Kraina Przemian czymże jest, jak nie okolicą, przez którą podróżuje Lord Corwin? Czymże różni się korzystanie z cienia, raz rozumianego dosłownie, a raz jako repliki światów, ich odbicia jakby —przez Widmowego Jacka i przez lorda Corwina znowu? Jack wchodząc w cień, staje się niewidzialny i może tam wędrować bez zmęczenia — podobnie Corwin wędruje Cieniami, ukrywając się w nich przed wszechobecnym zagrożeniem. Pełno u Zelaznego różnych pomysłowych gadgetów fantasy, jak owe elfie zielone buty, trzymające się każdej powierzchni, na którą obuty w nie stąpnie. Krótko mówiąc, na wszystkim, co wychodziło spod jego ręki, Zelazny odciskał wyraźnie swój znak firmowy. Jak przerabiał mitologie, to je przerabiał po swojemu, jak pisał z Dickiem „Dies Irae”, to i tam widać jego charakterystyczny sznyt. A przecież pozostaną po nim także dzieła SF, jak słynna „Aleja Potępienia” albo teksty typu „Róża dla Eklezjasty”, z czasów kiedy był czołowym przedstawicielem nowej fali w fantastyce i z kosmosu zewnętrznego zwracał się ku inner space, a zamiast korzystać z „twardych” nauk, sięgał po lingwistykę, socjologię i psychologię, głównie Jungowską. Nikt tak wyraźnie jak on nie pozostawił w opozycji magii i nauki: gdzie działa jedna, druga jest w zaniku. I natychmiast to zakwestionował, budując świat, w którym obie ulegają wymieszaniu („Widmowy Jack”)

„Często wprawdzie mówiłem, że chciałbym umrzeć w łóżku, lecz oznaczało to tyle, że pragnąłbym, aby w późnej starości nadepnął mnie słoń w chwili, gdy będę się kochał”, duma o sobie Corwin w „Karabinach Avalonu”. Nie jest to dość zgrabne zdanie ani dość zgrabne marzenie. Czy można przypisać je autorowi? Czy Corwin, jak to czasami bywa z bohaterami, przemawia w imieniu tego, który go powołał do życia, formułuje jego ukryte fobie i pragnienia? Cóż, bardzo możliwe. Literatura jest przecież jakimś odbiciem życia, także autorskiego. Literatura naśladuje i deformuje życie, próbuje być od niego mądrzejsza oraz głupsza. Gdy w grę wchodzą wysokie względy kompozycyjne, tak odważnie kwestionowane przez sequele i prequele, rezygnujące siłą rzeczy z puent, z ładnego zamknięcia historii, którą się opowiada — drogi życia i literatury nagle się rozchodzą. Literatura zniesie, choć z trudem, sztuczne ciągnięcie intrygi, ale życie jest bezlitosne.

Tak więc nie da się wykonać sequelu z życia (a co z prequelem?). W pewnym momencie trzeba zakończyć tę najbardziej osobistą z historii literackich i ta nieodwracalna puenta jest jakby gwarancją, że życie to jednak poważna sprawa.

W przeciwieństwie do literatury.

 

Roger Zelazny: „Dziewięciu książąt Amberu”, tłum. Blanka Kluczborska. „Karabiny Avalonu”, tłum. Piotr W. Cholewa, „Iskry” 1995, wyd. II.

Materiał opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 9 (45) 1995

Marek Oramus

Marek Oramus

Marek Oramus – pisarz za dobry, by stać się „bestsellerowym” i krytyk – legenda. W „Fenixie” stworzył słynny cykl felietonów o książkach „Piąte piwo”, o którym pamięć przeszła z pokolenia na pokolenie. Cykl ten będzie kontynuowany w „Fenixie Antologii”.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *