W oparach luksusu – Tygrys Szablastodzioby

Złe czasy, oj, złe, nadeszły dla miłośników książki o przeciętnych dochodach (MKoPD). W księgarniach obfitość niespotykana, wszystko kusi, wabi, nęci, tylko oferty zachęcają raczej do namysłu niż zakupów. Jakoś się tak bowiem porobiło, że nastała moda na książkę luksusową. I nie mam tu bynajmniej na myśli ekskluzywnych albumów po parę milionów starych złotych (czyli kilkaset nowych, ale to już nie to brzmienie… i jeszcze długo nie będzie), bo w końcu te nigdy nie wyróżniały się szczególnie niskimi cenami, lecz rzeczy zupełnie niezbędne — poradniki, kompendia, najprzeróżniejsze encyklopedie — a wszystko śliczne, kolorowe, aż się serce rwie! W związku ze zbliżającą się setną rocznicą narodzin kina czeka nas zapewne prawdziwy wysyp przeróżnych zarysów historycznych, słowników aktorskich itp., itd. Na razie jednak parę miesięcy temu wydawnictwo Muza wypuściło na rynek elegancką „Historię Hollywood: filmy * gwiazdy * wydarzenia” (skądinąd pochodzenie tytułu polskiego pozostaje słodką tajemnicą tłumacza, bowiem „1930-1990 Hollywood: Sixty Great Years” jako żywo znaczy „Hollywood 1930-1990: Sześćdziesiąt wspaniałych lat”) dzieło o potężnych rozmiarach i cenie, nowym zwyczajem utajnionej. Ze względu na pojawiający się w niej natłok dat, tytułów i nazwisk, książka nie nadaje się raczej do lektury od dechy do dechy, więc bez dalszych wyrzutów sumienia rozpoczęłam poszukiwanie fragmentów wiążących się z fantastyką.

Miło byłoby dla odmiany pochwalić jakąś książkę — zresztą, jako osoba z natury optymistyczna, do większości dzieł drukowanych podchodzę z sympatią i ufnością. Niestety, w „Historii Hollywood” od razu natykamy się na niezbyt przyjemne kwiatki.

Przede wszystkim, już na pierwszy rzut oka można dostrzec błędy w tłumaczeniach tytułów. Przełożone są wszystkie, także te nie znane w Polsce. Co prawda, zazwyczaj w takich wypadkach podaje się też wersję oryginalną, ale ostatecznie można przecież zajrzeć do indeksów, bo są trzy. Wprawdzie logika podpowiada, że rozsądniej byłoby umieścić oba spisy tytułów obok siebie, ale cóż… Skąd jednak, poza własną inwencją, wytrzasnął autor przekładu taki na przykład film: „Brać ich!”? W oryginale tytuł brzmi „Them!”, obraz traktuje o mrówkach, a utrwalone w piśmiennictwie miano to „One!”. Podobnie ma się rzecz z „O człowieku, który malał”. („Człowiek, który nieprawdopodobnie się zmniejszał”), czy „Dniem, w którym zatrzymała się Ziemia” („Dzień, w którym Ziemia zamarła”). Mamy też „Dementię-13″ Coppoli, wyświetlaną dwukrotnie w polskiej TV pod tytułem „Obłęd”. Dodatkowo irytuje konsekwentny Connan (to już, co prawda, postęp od czasów Canona barbarzyńcy… A swoją drogą, co jest takiego trudnego w tym imieniu?).

Tytuły jednak to zaledwie drobiazg w porównaniu z błędami rzeczowymi, niedopuszczalnymi wszędzie, a już zwłaszcza w wydawnictwie o podobnym charakterze. Trudno ocenić, ile w tym winy autorów, a ile tłumacza — grunt, że błędy są, i to całkiem sporo. Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na Allana Edgara Poego, bo po prostu szkoda gadać, i spójrzmy na informacje filmowe. Czegóż oto dowiadujemy się z „Historii Hollywood”? Ano na przykład tego, że w „Mechanicznej pomarańczy” Malcolm McDowell zagrał Alexa, który w wyniku specjalnej terapii traci skłonność do zbrodni, słuchając „Deszczowej piosenki” (!); że w „Diabelskim nieboszczyku” pojawia się: „nastolatek z trójką kolegów” (ta trójka to trzy panienki i kumpel), a Ripley w „Obcych”… ma „podwładną Newt” (czyli dziecko). Odkrywamy też, że Jack Nicholson dostał Oscara za rolę Jokera w „Batmanie” i że Freddy Krueger był „synem słabych i zakłamanych rodziców” (ach, to zakłamanie zakonnicy i setki pensjonariuszy domu dla obłąkanych…). W informacji o „Egzorcyście” uśmiercono nie tego księdza, co trzeba, w „Inwazji porywaczy ciał” przybysze to „strąki — jarzyny pragnące zawładnąć ludzkim umysłem”, zaś Han Solo miał „futerkowego wspólnika Chewbaccę”.

Styl przekładu też dostarcza niezłej, acz zapewne nie-zamierzonej rozrywki. „Gwiezdne Wojny” to „sprytny cocktail wszystkich mitów i legend, który pobudził dziecięce apetyty” (w tym samym filmie występuje „ulizany i ufny C-3P0″; ciekawe, czym ulizany); „Elektroniczny morderca” (uwaga dla młodszych czytelników: taki tytuł nadano w naszych kinach pierwszemu „Terminatorowi”) natomiast — „Znakomity thriller, mający w roli tytułowej Arnolda Schwarzeneggera, matki przyszłego przywódcy buntu z cyborga T-800″ — czyżby pierwowzór Juniora? A swoją drogą, mieć dziecko z cyborgiem… biedny Amie. Nawet jednak takie perełki, jak „ludożerne monstrum” czy „krzyczące, kakające i rzygające dziecko” nikną przy wspaniale obrazowym streszczeniu „Odmiennych stanów świadomości”: „Przypadkowo zakłóciwszy swą strukturę genetyczną nasz bohater popada w kosmiczne bagno, z którego wychodzi najpierw jako istota człekokształtna, a następnie jako plazma szukająca swej tożsamości”.

Na koniec warto może wspomnieć, iż angielskie określenie „fantasy” oznacza trochę co innego niż nasz polski odpowiednik. Nazywanie „Pogromców duchów” czy „Powrotu do przyszłości” filmami fantasy to, delikatnie mówiąc, nieporozumienie.

Przypominam, iż przejrzałam (przyznaję od razu, dość pobieżnie) jedynie fragmenty odnoszące się do fantasty-ki. Niemniej takie nagromadzenie błędów, przeinaczeń i omyłek praktycznie dyskwalifikuje książkę jako poważny tekst źródłowy. Natomiast — i tu wracamy do początku —jak na filmową ciekawostkę „Historia Hollywood” jest stanowczo za droga. Czyżby wydawca uznał, że nie warto się starać, bo czytelnik i tak kupi wszystko?

 

Tekst opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 5 (41) 1995

Paulina Braiter

Tłumaczka z języka angielskiego, autorka felietonów i recenzji.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *