Sen o lokomotywie

Telefon dzwoni bez przerwy. Nie mam odwagi, żeby odebrać, nawet nie śmiem podnieść słuchawki. Oczywiście mógłbym go odłączyć, ale demon wyczułby brak połączenia i znalazłby mnie. W dole, dwanaście pięter pode mną krople deszczu uderzające o asfalt zagłuszają odgłosy ruchu ulicznego, a lustrzane tafle kałuż mętnie odbijają światła neonów. Dwanaście pięter niżej ludzie wychodzą z teatrzyków rewiowych na West Endzie, wracając na miejsca po antrakcie. Uliczni grajkowie, występując dla kolejko­wiczów przed nocnymi kinami na Leicester Square, zbierają żniwo dziwnych monet i banknotów od naszpikowanych kartami kredytowymi amerykańskich turystów, nie przyzwyczajonych do noszenia przy sobie gotówki. Nadeszła pora serwowania kolacji w barach szybkiej obsługi — kilometry kwadratowe talerzy dla pieszych, którzy przepływając w mroku jak dziwne formy życia na dnie oceanu, nawet nie podejrzewają, że we fluorescencyjnym świetle neonów wyglądają jak akwariowe rybki.

Dwanaście pięter niżej striptizerki rutynowo odwalają występ w zadymionych pomieszczeniach, spotykają się kochankowie, kłócą, rozstają. Członkowie gangu Fusion demontują zaparkowane samochody i dewastują budki telefoniczne, rozrzucając części na chodnikach, zanim rozpłyną się w mroku nocy.

Można to nazwać czystą głupotą, ale wciąż mam przy sobie wzmacniacz telepatii od Ballingera. Trzeba było się go pozbyć, zdemontować baterie i wyrzucić ten chlam do kosza albo upchnąć pomiędzy pojemnikami na śmieci na zapleczu jakiejś restauracji. Zrobić cokolwiek, ale się uwolnić. Niestety, pozby­wając się aparatu słuchowego, postąpiłbym jak głuchy, nawet jeżeli nie ma on już ochoty usłyszeć nic więcej. Ponieważ, szczerze mówiąc, chciałem jeszcze słyszeć, użyłem wzmacnia­cza po raz ostatni, podsłuchałem teatromanów, kochanków i jakiegoś gościa sączącego swój poobiedni koniak u Logana — podsłuchałem ich tylko po to, żeby się upewnić, że na zewnątrz są jeszcze jacyś ludzie. Ale demon też tam jest, pomiędzy jasny­mi Światłami, w przewodach, i jeśli myśli, znajdzie mnie i zabi­je. Zabije mnie w taki sam sposób jak Ballingera: błysk światła, nowoczesny pocisk —metal, silikon i szkło węglowe działające z precyzją mikroskopijnego karabinu. Demon nie ma wyboru, musi mnie zabić. Zrobiłbym to samo na jego miejscu.

Mieszkałem wtedy nad grecką knajpą na Haringney, wycią­gałem skromne sumy od Greków i Turków w całonocnych par­tiach pokera, wracałem po omacku w pierwszym blasku poranka niemal oślepiony dymem papierosowym. Działałem rozważnie, starałem się nie przeginać, nie być błyskotliwym, wzbudzać za­ufanie nie narażając reputacji; gdyby ludzie zorientowali się, że wprawdzie nieporadnie, ale potrafię czytać w myślach, porządne mordobicie byłoby najbardziej optymistycznym zakończeniem sprawy. Ballinger zawsze kręcił się w pobliżu. Widywałem go robiącego zakupy w sklepach całodobowych, spacerującego po Wood Green High Road z uwieszoną na ramieniu panienką o zapadniętych oczach, gapiącego się na figurki tańczące na ekra­nie wielkości chustki do nosa najnowszego kieszonkowego mo­delu philipsowskiego holografii, wyeksponowanego na wysta­wie Dixonsa na Oxford Street. Wyglądało na to, że nikt nie wiedział, czym on się zajmował.

— Ballinger ? —Wzruszenie ramionami, gest dłoni oznaczający coś z pogranicza legalności, a kto go tam wie?

Od czasu do czasu, wcześnie rano, przysiadał się do stolika—krzywy uśmieszek, nikły zapach Paco Rabanne, rzucał zwitek banknotów na stół, nieufnie brał karty do ręki, jakby wyrządziły mu jakąś krzywdę, na szczęście łatwo wybaczalną. Czasami wygrywał, częściej tracił, ale nie wyglądało na to, żeby sprawia­ło mu to jakąś różnicę. Czysty relaks. Czasami, w połowie roz­dania, zerkał poprzez stół i tak samo wlepiał we mnie gały, jak w ten okrutnie skomplikowany sprzęt na wystawie Dixonsa.

Gdy wracam myślami do przeszłości, wydaje mi się, że włó­cząc się po północnym Londynie, spotykałem Ballingera coraz częściej i częściej. Pewnie miał trochę energii psi pozwalającej mu przyklejać się do ludzi, których związki były w stanie roz­kładu. Rixi właśnie się wyprowadzała. Udało jej się sklecić wzmacniacz telepatyczny z jakichś niestandardowych układów scalonych, niezbyt doskonały, ale lepszy niż nic, i opętała ją myśl o pewnym dziewięćdziesięcioletnim staruszku z China­town, podążającym właśnie z Hongkongu do nas, aby odwiedzić swoją rodzinę po raz pierwszy w życiu.

Krążyły plotki, że ten staruszek to prawdziwy geomanta, więc Rixi chciała ubić interes z chińską korporacją z Hongkongu, przymierzającą się do zbudowania biurowca w Islington. Mia­łem się zbliżyć do staruszka, przenicować jego umysł, a potem, gdy jego osobowość utrwali się w moim umyśle, Rixi poleciłaby mnie korporacji jako osobę mogącą wypowiedzieć się na temat parceli. „Żółtki są naprawdę przesądne — twierdziła (podobno oglądała o nich program w telewizji) —nie zbudują niczego, dopóki taki stary typ się nie wypowie. Nie musisz nawet mieć racji, wystarczy, że będziesz gadał jak geomanta. Zbijemy na tym fortunę”.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie cztery sprawy. Po pierwsze, trzeba by dużo-lepszej babki niż Rixi, żeby przekonać Chińczyków; że zaledwie dwudziestoletni gwailo jest doświad­czonym geomantą. Po drugie, jeżeli naprawdę im na tym zależy, to z pewnością już to załatwili. Po trzecie, efekt wzmocnienia działa niecałą godzinę, wątpię, czy dałoby to jakiś pożądany skutek. Poza tym Chinatown jest terenem działania Triady, jeśli wkroczymy na cudze terytorium, może się to dla nas źle skoń­czyć. Żaden z tych argumentów nie trafił do Rixi. Awanturując się, wątpiła, czy mam jaja, ale to i tak było najłagodniejsze z tego, co usłyszałem na swój temat.

Może była to ostatnia kropla przepełniająca kielich goryczy, ostatnie potknięcie, na które czekała. A może po prostu pozwoli­łem naszemu układowi zabrnąć za daleko.

Nie byłoby tak źle, gdyby Rixi była w stanie wynieść się od razu; ale, niestety, nagromadziła u mnie za wiele szmelcu. Samo rozebranie i usunięcie jej warsztatu zajęło aż trzy dni. Rixi prze­niosła sic do swojej siostry do Oakleigh Park, dojeżdżała co­dziennie pociągiem i wychodziła z plecakiem wypchanym światłowodami, układami scalonymi, antenami satelitarnymi, mikronarzędziami. Zaproponowałem jej wynajęcie półciężarów­ki, żeby załatwić wszystko za jednym zamachem, ale odmówiła.

Wszystko, co posiadam, przytargałam na własnym grzbiecie —stwierdziła — i w ten sam sposób mam zamiar się wyprowadzić. Taki rodzaj symetrii był dla niej bardzo ważny. Całkiem  możliwe, że to właśnie ta symetria pchnęła ją do gangu Fusion, który podczas swoich wypadów na miasto demontował wszelkie tech­nologie, z zapadnięciem nocy atakował podziemne parkingi, pozostawiając nad ranem tuziny samochodów z silnikami podda­nymi gruntownej wiwisekcji.

Mówiono, że gang Fusion składa się z dwóch Kręgów. Wewnętrzny to dwunastka prawdziwych desperatów, zastawia­jących sidła na maszyny dostępne od czasu rewolucji przemy­słowej. Wychodzą o zmroku, pierzchają z pierwszym blaskiem poranka, kryjąc się w podziemnych tunelach i nieczynnych sta­cjach metra.

Zewnętrzny Krąg jest bardziej rozproszony — setki młodych ludzi w moro, włamywaczy poszukujących mocniejszego po­smaku nielegalności, starsi, którzy stracili pracę z powodu zastosowania nowocześniejszych maszyn, bezdomne dzieci, dla któ­rych „Mieć” jest wygodnym substytutem „Być”. No i ludzie tacy jak Rixi, przywiązani do techniki jak dzieci, kochające ro­dziców bardziej, niż są w stanie wyrazić słowami.

Myśląc o tym dochodzę do wniosku, że Ballinger był obecny przy moim pierwszym spotkaniu z Rixi. Mój związek z ówczes­ną dziewczyną właśnie się rozpadał, ale ogłosiliśmy chwilowe zawieszenie broni i wpadliśmy do Marquee na koncert neopun­kowej grupy. Parna lipcowa noc, grzmiało, za dużo desperatów ściśniętych na małej przestrzeni i to poczucie beznadziejności, wynikające z przebywania w nieodpowiednim miejscu i w nie­odpowiednim czasie z dziewczyną, z którą właśnie się rozstajesz.

Mniej więcej w jednej trzeciej koncertu system nagłaśniający wydał przeraźliwy ryk tygrysa pożeranego przez małego dino­zaura i zamilkł, zamurowani muzycy wyglądali głupio i zadziwiająco młodo. Tłum zafalował, czuło się emocje, unoszące się jak opary nad rozpalonym asfaltem.

Właśnie wtedy pomiędzy członkami zespołu poruszyła się szczuplutka postać w dżinsach i glanach, w różowej workowatej bluzce z żabotem, z włosami związanymi półmetrowym sznurkiem. Ignorując grad sypiących się z widowni plastikowych kubków z piwem, za pomocą mikroskopijnego śrubokrętu krok po kroku sprawdzala przewody instrumentów i skrzynkę z odga­łęziaczami. Paluszki magika — mogłem to stwierdzić ze znacznej odległości, stojąc w tłumie.

W końcu odsunęła się, a gdy gitara prowadząca wydała drżą­cy akord, spojrzała ponad falującą masą dziwacznych fryzur —mocno przystrzyżonych głów, wysokich na stopę kogucich grze­bieni i… nasze oczy spotkały się poprzez tłum… tak potem żartowaliśmy, odpowiadając na indagacje, w jaki sposób się odnaleźliśmy. Nie była członkiem zespołu, jak wcześniej sądzi­łem, pomagała zmodernizować system nagłośnienia w Marquee. Odkryłem to następnej nocy, gdy przyszedłem samotnie na kon­cert zespołu, który tym razem grał tylko przeboje Stonesów. Zmaterializowała się wtedy przy mnie w barze, trzepocząc rzę­sami swoich ogromnych orzechowych oczu. Przypominam sobie teraz, że tamtej pierwszej nocy, gdy przyglądałem się publiczności po zapaleniu świateł, widziałem Ballingera bez­trosko podpierającego ścianę, tak jak widywałem go siedem­naście miesięcy później, codziennie podczas długiego rozstania z Rixi. Czasami nawet trzy razy dziennie. Rixi musiała lubić taką symetrię.

To, że Ballinger mnie odkrył, okazało się równie oczywiste, jak nieuniknione. Zdał sobie sprawę, jak bardzo staram się ukry­wać przed ludźmi, z którymi gram w pokera i złożył mi propo­zycję. Miał możliwości wkręcić mnie do gier o wysokie stawki z grubymi rybami spoza miasta, a czasami i spoza kraju. Dałoby to nam bogactwo, oczywiście jemu większe, ale to w końcu były jego kontakty. Ciemną stroną propozycji Ballingera było to, że jeżelibym odmówił, moje osobliwe talenty stałyby się tajemnicą poliszyne­la Byłbym niesamowitym farciarzem, gdyby udało mi się zwiać z Londynu bez szwanku. Ludzie nie cierpią oszustów.

Oczywiście mogłem poprosić o czas do namysłu i ulotnić się jak kamfora, ale przecież nikt nie lubi być poszukiwanym. Możecie to nazwać męską dumą, ale wspomnienie, że Rixi nazwała mnie facetem bez jaj, było silniejsze od strachu. A jednak powinienem się wycofać, póki jeszcze nie było za późno.

Od tego czasu wszystko wydawało się jednocześnie pogar­szać i polepszać. Sprawy nabrały impetu po tym, jak Ballinger wciągnął mnie w wir nielegalnego hazardu — nie kończące się wyprawy do podziemnych szulerni, spokojni, lecz zdecydowani faceci w markowych garniturach, obcy akcent i za dużo biżute­rii, godziny biernego palenia, podczas których od czasu do czasu zaglądałem w myśli współgraczy, żeby zorientować się, jakie trzymają karty. Bez wzmocnienia mogłem jedynie uchwycić od­czucia i wrażenia, ale zazwyczaj to mi wystarczało do uzyskania przewagi.

Czasami wygrywałem dużo, a traciłem mało, czasami zaś odwrotnie. Nic, co by można przypisać czemuś więcej niż szczę­ściu i umiarkowanemu talentowi do gry w karty, ale zawsze wychodziłem na swoje. Ballinger chciał zagrać o Wielką Sta­wkę, lecz musiałem być bardzo ostrożny. Ludzie mogliby na­brać podejrzeń, a dla niektórych z nich być podejrzanym czy być trupem to mniej więcej to samo. Szczerze mówiąc, nie przypusz­czam, żeby Ballinger w pełni rozumiał moje obawy. Może ryzy­ko, z jakim stykał się we własnym życiu, doprowadziło do utraty wiary w czyjąkolwiek potrzebę bycia ostrożnym. Oczywiście on nie był telepatą i nie dorastał w kraju, w którym ustawy o prze­śladowaniu czarownic nie zostały w pełni zniesione i gdzie horrory ukazywały się w brukowcach niemal co miesiąc. Mó­wiąc o tym, mogę przyznać, że był tylko jeden naprawdę zły moment, tak fatalny, że omal nie powiedziałem Ballingerowi — wycofuję się.

Zdarzyło się to w hrabstwie Kent w wielkim domu, posado­wionym na skraju przepaści North Downs, niedaleko Maidstone, w siedzibie nieuleczalnego hazardzisty z błękitną krwią. Na ścianach do podziwiania zostały białe plamy po sprzedanych obra­zach, stajnie były zagracone starymi meblami, a w charakterze szkockiej serwowano sikacz, dostępny w każdym supermarkecie.

Lord Jakiśtam zebrał doborowe towarzystwo na tę partię, głównie londyńczyków o znanej reputacji, ale też rumianego biznesmena z Yorkshire, który przyprowadził ze sobą córkę o tak delikatnej urodzie, że w pierwszej chwili myślałem, że to jego kochanka. Według Balingera ta rozgrywka to był chleb z masłem — żadnego czytania w myślach, sam talent wystarczy, żeby ich wyrolować. Jednak kwadrans przed rozpoczęciem par­tii wielki, szary samochód zatrzymał się na podjeździe i wysiad­ło z niego trzech mężczyzn. Wszyscy mieli akcent rodem ze środkowej Europy. Pierwszy był niskim pięćdziesięciolatkiem o ziemistej cerze i w tanim garniturku, drugi — kosztownie ubra­nym byczkiem, nic tylko mięśnie. Trzeci — wysokim facetem z imponującą grzywą białych włosów nad opaloną twarzą, z laską zwieńczoną kryształem górskim wielkości mojej pięści. Lord nadskakiwał mu, tytułował baronem, otrzymując w zamian jedy­nie w miarę grzeczne lekceważenie.

Weszliśmy do zatęchłego, ciemnego pokoju, goryl barona za­jął pozycję przy drzwiach, a ja oczekiwałem, że jego szef siądzie z nami do stolika. On jednak usadowił się z boku w fotelu i zaczął pogawędkę z córką biznesmena. Naprzeciwko mnie usiadł facet o ziemistej cerze i wtedy wszystko zrozumiałem.

To był jedyny telepana, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Oprócz tego,, że nagle ogarnęła mnie panika, poczułem się za­wstydzony. Wstydziłem się za siebie i za niego. Był on wytwo­rem barona, tak jak ja Ballingera — osobliwe stworzenia za­mknięte w butelce.

Baron nawet nie starał się udawać. Chełpił się, opowiadając dziewczynie o „szczęściu” niskiego facecika, twierdził, że w kręgach europejskiej arystokracji jest przyjęte wyręczać się za­stępcą przy stoliku, wprost nie uchodzi grać osobiście. Dziew­czyna spijała słodycz z jego ust, chichotała po każdej ciętej ripoście, a goryl donosił im tanią whisky Jego Lordowskiej Mo­ści. Ich zainteresowanie grą było takie, że spokojnie mogliby się wynieść do pokoju obok. Mały telepata i ja spoglądaliśmy na siebie od-czasu do czasu. Tej nocy solidnie przegrałem i już nigdy się nie dowiem, czy to z powodu odbierającej rozum paniki, czy też dlatego, że za wszelką cenę starałem się ukryć mój talent. Na koniec baron zgarnął swoją wygraną do nowiut­kiego portfela od Gucciego. Nawet zaproponował mi wspólny powrót do Londynu, ale wykręciłem się, twierdząc, że zarezer­wowałem sobie pokój w pobliskim hotelu.

Kiedy baron wraz ze swoją świtą zbierali się do wyjścia, niski facecik położył mi rękę na ramieniu. Nic nie powiedział, nawet na mnie nie spojrzał. Po prostu dotknął mnie, jakby potwierdza­jąc nasze braterstwo. I dopiero wtedy wyszli.

Ostatni powrotny pociąg na dworzec Victoria już odjechał, a nie stać mnie było na hotel, więc zmęczony oddaliłem się cięż­kim krokiem, trafilemma jakieś pole i przespałem się pod żywo­płotem.

Ballinger nie był zbytnio przejęty, kiedy następnego dnia wszystko mu opowiedziałem. Słyszał o baronie i jego nadwor­nym telepacie, ale nie wiedział, że są w kraju.

— Dobrze zrobiłeś, synu, przegrywając. Ci wydziedziczeni arystokraci nienawidzą tracić i dlatego oszukują. Baron musi grać gdzie popadnie, bo wykluczono go ze wszystkich klubów. Nie przejmuj się naszymi kochanymi elitami, mają nędzne no­wobogackie fortuny, a w ogóle nie znają życia. Stary krętacz, pewnie się upaja, że chociaż ta podróż mu się opłaciła.

I tak samo jak telepata barona poklepał mnie po ramieniu, żeby podkreślić, że jesteśmy partnerami, a nie stwórcą i dziełem.

Kiedyś, zanim Park Lane stal się terenem gangów, a Arabo­wie wyprzedali wszystko i wynieśli się do lepszych miejsc, był to wysokiej klasy hotel. Wyglądało na to, że najgorsze ma już za sobą, policja uporała się z gangami parę lat temu, ale zła sława tak szybko nie mija. Facet za kontuarem recepcji ledwie na mnie spojrzał, chociaż miałem całą twarz pokrytą piastrami kupiony­mi w całodobowej aptece na Turnpike Lane. Pewnie widywał gorsze kreatury meldujące się w tym hotelu. Nie skomentował też mojego bagażu. Miałem tylko szeleszczącą reklamówkę z pastą i szczoteczką do zębów, farbą do włosów i błękitnymi szkłami kontaktowymi. Kupiłem to wszystko, kiedy jeszcze są­dziłem, że zmiana mojego wyglądu ma jakiś sens.

Mam rozdarte dżinsy i liczne otarcia i zadrapania na kola­nach. Ponieważ środki z apteczki pierwszej pomocy zniknęły stąd wieki temu, musiałem opatrzyć swoje skaleczenia przy umywalce.

Wciąż mam przy sobie około dwustu pięćdziesięciu ecu w banknotach, pozostałość gotówki, którą Ballinger wcisnął mi do kieszeni w domu na Muswell Hill.

Mam też karty kredytowe, ale są bezużyteczne, bo demon będzie nadzorował wszystkie terminale kredytowe w całym Londynie, a może nawet w całej Wielkiej Brytanii. To samo z moją kartą bankową, która teoretycznie daje możliwość  wypłat — jeśli oczywiście mi zapłacono. Wątpię w ich przydat­ność, pewnie mnie zabiją. Saldo rachunku wynosi 57 000 ecu — pif-paf! — nie żyjesz.

Nie mogę nawet dostać się do moich rachunków prowadzo­nych na czarno, na których chowałem pokerowe wygrane przed wścibskimi oczami urzędu podatkowego i ubezpieczalni, ponie­waż demon wie i o nich. To naprawdę totalna paranoja być ściganym przez coś, co wie o tobie wszystko, począwszy od daty i okoliczności pierwszego trzepania konia, a skończywszy na czasie i miejscu, gdzie po raz ostatni się odlałeś.

Po incydencie z baronem Ballinger dal mi tydzień wolnego. Posiedziałem trochę w domu, obserwując Rixi metodycznie de­montującą nasze wspólne życie. Kiedy stwierdziłem, że mam tego dosyć, zacząłem całymi dniami włóczyć się po Londynie, by w końcu i tak wylądować na całonocnych pokerowych roz­grywkach. Wtedy Ballinger stwierdził, że równie dobrze mogę wrócić do pracy i ponownie zacząłem grać w pokera według jego wyboru.

Wydaje mi się, że sprawa barona wywarła jednak na nim tak samo mocne wrażenie, jak na mnie, bo zaczął asystować przy niektórych grach. Zawsze udawał, że mnie nie zna, ale czasami był na ty z innymi graczami, co tak mnie wkurzało, że musiałem mu powiedzieć — spadaj. W ciągu paru tygodni wygraliśmy niezły szmal, to znaczy ja wygrałem. Rzadko bywałem w mieszkaniu, ale kiedy się tam pojawiałem, byłem niezmiernie zdziwiony, że Rixi jeszcze nie zdołała się wyprowadzić. Teraz wydaje mi się, że specjalnie opóźniała przeprowadzkę i próbowała dać so­bie czas do namysłu. Albo też chciała, żebym obserwował cały ten proces, dlatego nie ruszała niczego, kiedy byłem poza do­mem. Nie wiem i nigdy się nie dowiem, jest już na to za późno.

Następna propozycja Ballingera była tak samo rozsądna, jak pierwsza; i wyskoczył z nią jak Filip z konopi.

Zadzwonił do mnie w porze lunchu i zaprosił na drinka.

— To będzie tylko pogawędka, synu. Dyskusja o wygranych.

Spotkaliśmy się w pubie kolo Tempie, jak zwykle miał krzy­wy uśmieszek i rozsiewał mdłą aurę Paco Rabanne. Ja zaś mia­łem zapuchnięte oczy i potarganą czuprynę. Przez cały czas przechylałem szklankę Perriera w taki sposób, żeby czuć kostki lodu pomiędzy wargami.

Nie rozmawialiśmy o wygranych, on zawsze walił prosto z mostu. Ballinger nawiązał jakieś kontakty, zlecono mu coś, co mogłoby dać nam forsy jak lodu. Byłem na tyle wykończony, że tylko słuchałem i kiwałem głową.

Ballingerowi zapłacono, żeby znalazł kogoś do prześwietle­nia umysłu dobrze poinformowanego faceta, świeżo wywalone­go z roboty. Został on zahipnotyzowany, żeby nie mógł zdradzić sekretów firmy. Zmieniono mu także skład chemiczny krwi, uod­parniając na każde serum prawdy. Tak więc potrzebny był dobry telepata, no i Ballinger polecił moje usługi.

Zaoferowano krocie, ale znów nie miałem wyboru. Gdybym odmówił, to ci, z którymi ostatnio grywałem w pokera, poznali­by prawdę i skończyłbym marnie ku przestrodze wszystkim telepatom na tyle głupim, by sądzić, że oszukiwanie przy grze w karty może ujść na sucho. Pamiętam, że podniosłem szklankę i przytknąłem ją sobie do czoła. Ballinger nie musiał uciekać się do gróźb, sprawy zaszły już tak daleko, że sama propozycja zarobku wystarczała mi w zupełności.

Następnego popołudnia wpadł do mnie, wywlekł mnie z łóż­ka i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju, krzywiąc się na bałagan, w którym usiłowałem znaleźć coś do ubrania. Kiedy uporałem się z garderobą, zasiadłem na sofie i spojrzałem na niego. Wtedy rozpiął skórzaną teczkę i podał mi ogromną, wy­pchaną kopertę zaklejoną przez całą szerokość. Był na niej rzą­dek znaczków dziesiaciofrankowych z rozmazanym stemplem pocztowym oraz nazwisko i adres odbiorcy, ale nie Ballingera.  Odwróciłem ją i zdecydowanym ruchem rozerwałem. Polistyre­nowe kuleczki chroniące przesyłkę od uszkodzeń spłynęły ka­skadą na moje kolana, a wraz z nimi coś większego i cięższego.

No tak. Kiedyś ktoś przekonywał mnie, że nasza rzeczywi­stość składa się z różnych poziomów. Większość ludzi spo­kojnie żyje sobie na środkowym poziomie, ale są strefy pod nim i nad nim, z którymi rzadko, o ile w ogóle, mają do czynienia. To, co spadło mi na kolana, z pewnością pochodziło z wyższego poziomu, bardzo od nas odległego, możliwe, że było nawet nad­przyrodzone.

Leży to teraz na łóżku, wepchnięte do kieszeni marynarki —plątanina światłowodów, słuchawki i mikroskopijny wzmac­niacz. Powinienem był to wyrzucić.

Rixi uwielbiała przedmioty tego typu, upajała się egzotyczną technologią, przenikającą do nas z wyższych poziomów rzeczy­wistości i manifestującą swoją obecność w bogato ilustrowa­nych artykułach specjalistycznych pism. Kolekcjonowała wy­cinki prasowe i pieczołowicie przechowywała pirackie fotoko­pie, prawie przezroczyste od dotyku wielu rąk, przez które przeszły. Wątpię jednak, czy w ogóle słyszała o czymś takim, było to zbyt nowoczesne, wciąż jeszcze miało zabezpieczenia prototypu. Wzmacniacz telepatii, który kiedyś skonstruowała, wyglądał przy tym jak zabaweczka sklecona z drewna i słomy.

Według Ballingera to cacko powstało w miejscu, gdzie CIA i siły specjalne wspólnie stworzyły niemalże mistyczny hardwa­re. Otrzymałem więc dzieło amerykańskiej wojskowej czarnej magii — prosto spod igły.

Przez chwila siedziałem milcząco z oplątanymi dookoła pal­ców światłowodami i wzmacniaczem dyndającym między kola­nami. W końcu wydusiłem z siebie, że z takim sprzętem nawet małpa mogłaby odwalić ta robotę.

Ballinger zarechotał i poklepał mnie po ramieniu.

Świetny dowcip. Masz trzy dni, żeby oswoić się z tym przyrządem, a potem w każdej chwili możesz być potrzebny. Dam ci znać.

Stwierdziłem, że jeśli mam porządnie przenicować tego face­ta, muszę mieć na niego jakiś haczyk, wiedzieć o nim coś, z czym mogę go identyfikować. Ballinger nie dał zbić się z panta­łyku, wyjął z teczki przenośny odtwarzacz kompaktowy i chyba z tuzin dysków. Na pierwszym były nagrane odgłosy pociągu, na drugim też, to samo na trzecim i na wszystkich pozostałych.

— On bardzo lubi pociągi — powiedział Ballinger. — Po prostu ubóstwia ich dźwięk, a szczególnie lokomotyw spalinowych. Cóż, pociągi, głównie lokomotywy spalinowe.

Tego dnia nie użyłem wzmacniacza, następnego również, mi­mo nalegań Ballingera. Łaziłem po mieszkaniu, ignorując Ri­xi i usiłując przypomnieć sobie wszystkie plotki, jakie słyszałem o telepatach z amerykańskich sił specjalnych. Bądź co bądź, wszystko to były plotki, jedynym namacalnym dowodem był wzmacniacz, królujący na blacie stolika do kawy.

W końcu się przemogłem, usiadłem na sofie, końcówki wzmacniacza umiejscowiłem na skroniach i czubkiem palca wskazującego dotknąłem przełącznika.

Nic z tego, zdjąłem słuchawki, wstałem, przeszedłem przez pokój i zacząłem wyglądać przez okno. Przez chwilę obserwo­wałem ruch uliczny i pieszych przemierzających Green Lane.

Oczywiście używałem już wzmacniaczy telepatii, ale tylko takich partackich jak ten od Rixi, skleconych przez domorosłych majsterkowiczów tylko po to, by zaspokoić ciekawość jak i czy w ogóle to działa. Ten był inny. Miliony dolarów zainwesto­wane w udoskonalenie pomysłu, lata pracy naukowców traktują­cych tę sprawę śmiertelnie poważnie — a efekt leżał na moim stoliku. Przypomniałem sobie małego telepatę barona i wstyd, który odczułem, gdy zasiedliśmy do kart. Byliśmy żałośni jak walczące koguty. Teraz to zupełnie inna sprawa, to może zrobić ze mnie człowieka.

Wróciłem na sofę.

— Poczytać w waszych umysłach…?

Z powrotem zamocowałem wzmacniacz i kciukiem przesu­nąłem przełącznika.

Bez przerwy krzyczałem, że efekt wzmocnienia jest nie do opanowania. Ballinger powtarzał, że nie rozumie ani słowa. Straszliwie się skoncentrowałem i przestałem drzeć się do słu­chawki po ormiańsku. Było zupełnie inaczej niż poprzednio. Wcześniej czułem się jak podglądacz, patrzyłem spoza czyichś oczu jak spoza kamery. Teraz wyszedłem poza własne ciało i zmagałem się z tym, jakbym przechodził przez ulicę z torbą wprawdzie pełną zakupów, ale za ciężką na to, co się w niej znajduje.

Wciąż czułem jej artretyzm, kołatanie w piersiach, starczy ból całego ciała, ból po licznych ciążach, cierpienie kobiety, która w ciągu całego swojego życia widziała zbyt wiele utraconych domów i pochowała większość rodziny i przyjaciół.

Ballinger śmiał się, nawet go nie zaniepokoiło, że tyle czasu zwlekałem z użyciem wzmacniacza.

Nie zrażaj się — powiedział — wygląda na to; że działa do­skonale.

Kiedy odłożyłem słuchawkę, usłyszałem dźwięk syreny ka­retki pogotowia dobiegający z ulicy. Efekt wzmocnienia działa w obie strony, więc stara Ormianka czuła, że jest mną. Mam nadzieję, że to wytrzymała, ale nie jestem pewien.

Padało, gdy autobus wspinał się na wzgórze Muswell Hill. Para dzieciaków dzieliła się skrętem z marihuany, słuchając przenośnego magnetofonu wielkości szafy grającej, reszta pasażerów była rozdrażniona, ale milczała. Wysiadłem na szczycie i zszedłem na dół. Zajęło mi to całe popołudnie i część wieczoru, żeby się tam dostać. Przejechałem pół Londynu metrem, zmieniając linie i pociągi kilkanaście razy, wróciłem do Finsbury Park i przesiadłem się do autobusu, wszystko po to, aby się upewnić, że nie jestem śledzony. W normalnych okolicznościach podróż trwałaby pół godziny, ale Ballinger uparł się, że tajne paranoiczne kluczenie jest nieodzowne. Sprawdzałem mi-mery domów, dopóki nie znalazłem właściwego. Wreszcie trafiłem — to było ociekające deszczem, potężne stare domostwo, w żadnym z okien nie paliło się światło. Zadzwoniłem do drzwi. Wszedłem i znalazłem się wśród atletycznie zbudowanych facetów, jednak zupełnie innych niż goryl barona. Emanowała z nich nie tyle siła mięśni, co spokój i pewność siebie, od razu było widać, ze gdy zajdzie potrzeba, zareagują z szybkością błyskawicy. Pod pachami zwisały im izraelskie Uzi, niektórzy nosili kamizelki kuloodporne. Nikt się nie odezwał.

Ten, który otworzył mi drzwi, skinął na mnie i poprowadził przez korytarz oświetlony nikłym blaskiem lamp bioluminescencyjnych. Moje mokre buty ślizgały się na gazetach rozrzuconych po podłodze. Czuć było kurzem, starą pastą do podłogi i kocimi szczynami. Na końcu korytarza zatrzymaliśmy się pod drzwiami, na których było graffiti koniczynki. Gapiłem się na nią, dopóki facet nie otworzył drzwi i nie wepchnął mnie do środka. Tam mnie zamurowało. Całe wnętrze — podłoga, ściany, sufit i okna pokryte były opalizującą warstwą białego plastiku, który napełniał pokój specyficzną wonią chemikaliów. Na pod­łodze stały cztery zasilane bateriami lampy rzucające osobliwe cienie na białe ściany, na podłodze walało się jeszcze więcej gazet dokładnie wymieszanych z gąszczem drutów i światłowo­dów od instalacji Craya, który stał w kącie w towarzystwie chłodzących go pojemników z ciekłym azotem.

Obok Craya na kuchennym taborecie siedział chłopak — pry­szczaty, pulchny blondas o wyglądzie Skandynawa, w koszulce z napisem „Pierdol się, byłem tu przed tobą”.

Strażnik zamknął za mną drzwi i przekręcił klucz w zamku. Spojrzeliśmy na siebie, ale blondynek nie powiedział ani słowa. Drgnął, gdy tylko ruszyłem w stronę komputera, więc się od­wróciłem i usiadłem w przeciwległym kącie pokoju.

Czekaliśmy bardzo długo. Była prawie północ, gdy usłysza­łem ciche głosy na korytarzu i szczęk otwieranego zamka. Oczywiście Ballinger, cały w skowronkach: — Wszystko w po­rządku, chłopaki? — Nie ruszyłem tyłka z podłogi.

Ignorując milczący protest dzieciaka, Ballinger podszedł do machiny w kącie i zaczął myszkować dookoła. Nagle z uśmie­chem przyklejonym do ust odwrócił się w stronę drzwi.

Chłopak zobaczył to pierwszy, zeskoczył z taboretu i z bły­skiem w oku zaczął gmerać wśród plątaniny światłowodów. Drzwi otworzyły się szerzej i jeden ze stażników wtoczył do pokoju to coś, co miałem przenicować. Podniosłem się bardzo powoli.

Uważa się, że ludzie nigdy nie stworzą prawdziwie inteligen­tnych komputerów, że nie można wyprodukować maszyny z duszą człowieka. Ale słyszałem dziwne opowieści, plotki z wyż­szych poziomów rzeczywistości o pracach nad udoskonalaniem sztucznej inteligencji, które doprowadziły wynalazców do świa­ta opisanego przez Mary Shelley. Ballinger okłamał mnie, to nie był żaden kierownik wywalony z pracy, tylko człowiek z duszą komputera.

A raczej dziewczynka, nie więcej niż sześcioletnia, wygodnie usadowiona w fotelu na kółkach, dźwigająca na plecach maszy­nerię rodem z karetki reanimacyjnej.

Wyglądała jak Latynoska — oliwkowa cera, ciemne włosy. Miała zamknięte oczy, a jej przeguby i kostki były przywiązane do fotela. Oddychała.

Podobno naukowcy — próbując stworzyć ludzki system ner­wowy za pomocą komputerów — zaczęli robić doświadczenia na nie chcianych dzieciach. Umieszczali im w mózgach jakieś ob­wody, plątaniny kabli, wzmacniacze neurologiczne. Powstawały myślące maszyny w cielesnej powłoce. Jak sądzę, takie mutanty nie mogły długo żyć.

Ballinger zaczął swoją gadkę. To coś nazywa się MAL­LARD, ludzie, którzy sfinansowali całą operację, chcą się do­wiedzieć, czy to rzeczywiście potrafi myśleć. Jeśli tak, telepa­ta zdoła przenicować jej osobowość. Na dachu znajduje się ante­na satelitarna sprzężona z europejskim komertelem Bell Tele­communications, więc pracodawcy Ballingera są z nami w stałej łączności. Kazałem mu się odpieprzyć. Ballinger włożył rękę do kieszeni i wyciągnął gruby plik banknotów. Powiedziałem, że nie mam pojęcia, jak wpłynie na mnie czytanie w myślach ta­kiego mutanta i nie mam najmniejszego zamiaru tego sprawdzać — i w tym momencie już krzyczałem.

Ballinger wzruszył ramionami i wepchnął mi pieniądze do kieszeni.

– To tylko człowiek — mruknął — zrobiono ją w Chinach.

– Pieprzę Chiny – odpowiedziałem i otworzyłem drzwi. Trzech spokojnych Schwarzennegerów zastąpiło mi drogę. To był błąd, że chciałem ich ominąć.

Ocknąłem się na krześle, dwóch strażników unieruchamiało mnie, a trzeci trzymał na muszce. Ballinger metodycznie prze­szukiwał moje kieszenie, gówniarz z kabelkami w ręku wyszedł zza maszynerii, zbliżył się do fotela na kółkach i odgarnął dziewczynce włosy z karku. Zobaczyłem mrugające diody i bo­lec przełącznika, a gdy chłopak ją włączył, wydałem z siebie dziki wrzask.

W końcu Ballinger znalazł wzmacniacz, wysupłał go z mojej kieszeni i przekręcił bezpiecznik. Krzyczałem, że w żaden spo­sób nie mogą zmusić mnie do czegoś, czego nie chcę zrobić, ale on tylko zacisnął usta i założył mi słuchawki. Po uruchomieniu zasilania podskoczyłem jak wystrzelony z katapulty.

Pól Londynu nagle znalazło się w mojej głowie: śmiechy, krzyki, nienawiść, miłość, ból, śmierć, sny i pieprzenie. Skur­wiel nastawił wzmacniacz na całą moc, nie mając najmniejszego pojęcia o jego sile. Chciał doprowadzić mnie do szaleństwa lub zabić, możliwe, że jedno i drugie.

Pomimo niewyobrażalnej kakofonii dźwięków instynktownie udało mi się na tyle skoncentrować, że starałem się skupić na czymś, co mógłbym znieść, krok po kroku odcinając się od reszty, zanim popadłbym w obłęd i dostał konwulsji.

Prawie mi się to udało. Wijąc się po podłodze i rozrywając gazety, spojrzałem w górę i zobaczyłem, że dziewczynka otwie­ra oczy. Ale to nie były oczy, to były kamery…

Niesamowite odczucie przemocy, ogromne skrzydło cienia przesłoniło mnie jak księżyc zaćmiewający blask słońca.

A potem tylko głęboka ciemność, w której jądrze, jak w oku cyklonu, trwał dźwięk lokomotywy spalinowej.

Wszystko było inne niż zwykle, jakieś nieprecyzyjne. Ludzie pokrzywieni, większości kolorów nie rozróżniałem, a pozostałe zmatowiały. Nie umiałem już wychwycić podczerwieni ani pro­mieni X. Każda komórka mojego ciała sprawiała mi ból, byłem też strasznie ociężały. Coś, co chyba było częścią mnie, ledwie rozpoznało Ballingera wydzierającego się nade mną. Słowa bez sensu, niskie tony artykułowane w okropny sposób.

Ballinger odwrócił się i powiedział coś dó reszty zebranych w tym pokoju. Dwoje z nich złapało mnie za ręce i nogi i zaczęło wlec po podłodze. Kiedy opuściliśmy pokój, zauważyłem drob­ną postać w fotelu na kółkach z głową opuszczoną na piersi. Wiązka przewodów sterczała jej z tyłu głowy. Wszystkie wnę­trzności przekręciły się we mnie i rzuciłem pawia wprost na buty jednego ze strażników.

Wywleczono mnie na zewnątrz. Chciałem pokazać, że nie można mnie złamać, ale jednocześnie nie miałem sił do dalszego oporu.Na szczęście nie więcej się nie zdarzyło. Okolica pozosta­ła ciemna i uśpiona, na wzgórzu czekała ciężarówka.

Nagle smuga światła przecięła ciemność, a wszystkie okna na parterze wyleciały w powietrze, zasypując nas gradem odłam­ków szkła. Wiedziałem, co się stało, ale inni sądzili, że dokona­no zamachu. Ciężki karabin albo granatnik. Ciężarówka błyska­wicznie zjechała ze wzgórza, a strażnicy, którzy mnie wlekli, czmychnęli w popłochu, szukając schronienia. Pamiętam moje głębokie zdumienie, że ziemia jest taka twarda, a ja taki delikatny.

Strażnicy już nie wrócili. Z sąsiednich domów wysypali się na wpół ubrani mieszkańcy, zebrali wokół i gapili na pożar. W oddali wyły syreny i terkotały karabiny maszynowe, plując ogniem w stronę wyimaginowanych wrogów. Stwory w ko­szulach nocnych zaczęły opieszale kierować się w moją stronę. Udało mi się przekręcić na brzuch, podnieść na czworaka, a potem chwiejnie stanąć na nogach. Powoli odszedłem, potykając się co krok, jakby moje nogi należały do kogoś innego.

Nie pamiętam, jak trafiłem do Alexandra Park. Podążałem środkiem alejki, minąłem pałac, a gdy zauważyłem błysk latarki nocnego stróża, ruszyłem na przełaj przez trawiaste wzgórza. Światła Wood Green migotały w oddali.

Cały świat był przesiąknięty deszczem, wszystkie wrażenia, jakich doznawałem, były dziwnie obce i niekompletne, jakbym znał tylko maleńką cząstkę otaczającego mnie świata. Objąłem pień drzewa — wrażenie było tak nowe, prawie ekstaza, zro­zumiałem, że MALLARDOWI nigdy nie pozwolono dotknąć czegokolwiek.

Czułem, że świat zalewa mnie jak przybierająca falą.

– Efekt wzmocnienia to coś wspaniałego, dzięki niemu można poznać rzeczy, których nie poznałbyś w żaden inny sposób. Już w pierwszej chwili kontaktu MALLARD dokonał syntezy danych i wyteoretyzował ciąg zamieszanych w tę sprawę B alhnge­rów — jeden za drugim, prosta analogia do komputerowego pro­gramu z jednym obiektem. Pierwszy Ballinger miał porwać MALLARDA, następny dostarczyć do Londynu, jeszcze inny zainstalować go w domu na Muswell Hill i tak dalej.

Ballinger, mój Ballinger, był odpowiedzialny za wyszukanie telepaty, nie tyle doskonałego, co przeciętnego i niezbyt ko­sztownego. Znalazł mnie. Po przenicowaniu MALLARDA, bę­dąc jeszcze pod wpływem wzmocnienia, poddano by mnie bada­niu przez ichniego telepatę, najprawdopodobniej uzależnionego od czegoś — alkoholu, narkotyków, kobiet — co zapewnia całko­witą lojalność. On z kolei również trafiłby w ręce jakiegoś tele­paty, ten następny też i dalej przekazywano by informację, do­póki nie znalazłby się ktoś, kto by ją zrozumiał. Tymczasem upozorowano by moje samobójstwo — skoczyłbym z mostu, rzu­cił się pod pociąg lub zakończył życie w równie wyrafinowany sposób. Tak samo mój Ballinger i cała plejada pozostałych Ballingerów wraz z protegowanymi. Bo jest tylko jedna rzecz gor­sza od popełnienia szpiegostwa przemysłowego — pozostawienie za sobą dowodów.

Dla demona małej dziewczynki w fotelu inwalidzkim przy­gotowano coś innego. Wyobraźcie to sobie. Zabierają jej matkę ze śmierdzących slumsów w Panamie czy Gwatemali, nieważ­ne skąd, i znikają z nią elegancką limuzyną bez znaków rejestra­cyjnych. Cała znajomość kraju, w którym ma przyjść na świat jej córka, ogranicza się do szpitalnej sali porodowej. Potem, naszpikowana antybiotykami i z tysiącami dolarów w kieszeni zostaje odesłana do domu — zupełnie jak w opowieściach o ludziach porwanych przez UFO. Ale ona jest tą, która miała fart. A dziecko? Gdy tylko nabiera sił, na długie lata trafia do rąk chirurgów-implantologów, którzy transformują mu system ner­wowy do poziomu nadczłowieka, wszczepiają kamery zamiast oczu, mikrofony zamiast uszu, układami scalonymi zasilają zmysł smaku i powonienia. Dają percepcję ludzkiego mózgu i hardware do sterowania wszystkimi procesami. Instalują organi­czne kostki pamięci, procesory, molekularne komórki danych, podobne do mikroskopijnych piastrów miodu, wstrzykują dodat­kowe RNA, żeby zwiększyć zdolność zapamiętywania, wbudo­wują bezpośrednie neuroelektryczne interfejsy. I ona przestaje być ludzką istotą, zaczyna nazywać się MALLARD. Nie wiado­mo dlaczego nie pozwała się mu niczego dotknąć, okaleczając w ten sposób zmysł dotyku. W końcu uruchamiają go, bo przecież jest tylko obiektem badań, prototypem, królikiem doświadczal­nym dla biotechnologów. Dostaje problemy do rozwiązania, analizy, szyfry do złamania. I on znajduje wszystkie odpowiedzi, używając jakiegoś odległego zakątka swojego umysłu. Zda­je sobie sprawę, że w niedalekiej przyszłości umrze wyniszczo­ny kolejnymi przeszczepami i całym tym świństwem, którym go faszerują.

W świadomości MALLARDA pojawia się niezwykłe odczu­cie, o którym nikomu nie mówi. Zaczyna się bać, zaczyna ma­rzyć i śnić. Technicy, obserwując impulsy na zielonym moni­torze, sądzą, że jego REM śpi, ale MALLARD ukrył swoje sny w sekretnych plikach i katalogach, nie zdradzając ich treści.

Dzięki kaprysowi własnego oprogramowania MALLARD śni o lokomotywie przemierzającej ogromne ciemne przestrzenie. Śni o wolności.

Pewnego dnia sen przeistacza się w jawę. Niemal magiczne połączenie chciwości i pieniędzy wielkiej korporacji, sprzymie­rzenie sił i MALLARD zaczyna podróżować.

W momencie, kiedy nawiązałem z nim kontakt, MALLARD. doskonale zdawał sobie sprawę, jaki los zgotowali mu „wyzwo­liciele”. Miesiące, może lata testów laboratoryjnych, podłącze­nie do ogromnych komputerów wysysających z niego całą wie­dzę, tygodnie z czujnikami NMR, skanerami grawitacyjnymi i bioczułymi radarami wykrywającymi wszystkie zmiany, jakim zostało poddane ciało dziecka.

Wreszcie któregoś dnia skalpele pójdą w ruch, taka obfitość implantów to świetna zabawa, biolodzy nie potrafiący oprzeć się pokusie dokładnego zbadania preparatu mogą nawet nie czekać, aż wyda on z siebie ostatnie tchnienie. Zdejmą z niego cielesną powłokę jak skórkę z pomarańczy, pokroją na kawałki, porozłą­czają najdrobniejsze segmenty obwodów, odkrywając wszystkie tajemnice jego dzialania. Krótko mówiąc, czekało go życie ni­czym nie różniące się od tego, jakie już znał, a do tego zakoń­czone wiwisekcją. Widoki na przyszłość miał więc nie lepsze niż ja.

Z tym, że MALLARD był bombą, misterną biologiczną bom­bą. Te same zręczne dłonie, które zainstalowały w nim organicz­ne mikroprocesory i półkrystaliczne moduły logiczne, umieściły w jego płucach rozszczepiacz białka, a pod pachami neutraliza­tory DNA. Dlatego każda próba badania nie poprzedzona odpo­wiednim kodem zaburza metabolizm i wyzwała wydzielanie paraliżującego gazu nasyconego wirusami. Gaz momentalnie wszystkich zabija, a wirusy czekają na tych, co przyjdą potem. Do tego czasu MALLARD też będzie trupem, jego organizm dozna kompletnego rozkładu, zanim ktokolwiek zdoła go zbadać.

Ballinger okłamywał mnie od samego początku. Jego praco­dawcy wcale nie chcieli wiedzieć, czy MALLARD potrafi my­śleć — to było oczywiste, że myśli. Chcieli poznać tajne kody broniące do niego dostępu. Werbalne hasła, magiczne słowa niemożliwe do uzyskania bez naruszenia systemu obronnego. Jedyne rozwiązanie — użyć telepaty, a kiedy osobowość MAL­LARDA będzie trwać w jego umyśle — spytać o kody. Wszyscy myliliśmy się co do MALLARDA. Szefowie Ballingera trwali w biedzie, sądząc, że to maszyna, ja zaś myliłem się, traktując go jak małą dziewczynkę. A MALLARD to po prostu demon.

W momencie, kiedy on zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje w pokoju na Muswell Hill, jeszcze zanim nastąpił efekt wzmoc­nienia i moja osobowość stała się dla niego dostępna, demon podjął decyzję. Mógł stać się mną, miał możliwość pełnego wtargnięcia do mojej duszy poprzez przewody wzmacniacza telepatycznego. Ale to by oznaczało całkowitą rezygnację z własnego odczuwania, nagłą konfrontację dwuwymiarowego, monochromatycznego świata z pięknem rzeczywistości. A prze­de wszystkim nie uniknąłby śmierci. Nawet gdyby zdołał zwiać Bafiingerowi i jego mocodawcom, zestarzałby się i zmarł w moim ciele.

Tak więc dokonał wyboru — wtargnął do Craya, a następnie zacierając za sobą ślady, prześlizgnął się via satelita do świato­wego systemu łączności Bell Telecommunications.

Szefowie Ballingera, nikomu o tym nie mówiąc, umieścili w Crayu małą, ale niezwykle skuteczną bombę na wypadek przy­padkowego uruchomienia systemu zabezpieczeń MALLARDA. Demon, realizując swój sprytny plan zacierania śladów, poinfor­mował komputer, że taka sytuacja właśnie zaistniała. Do widze­nia, blondasku, do widzenia Ballinger i pa! pa! dla mnie.

Siedziałem na mokrej trawie w Alexandra Park z myślą kołaczącą w mojej głowie, że i dla mnie demon zaplanował śmierć w wyniku eksplozji. Tylko on i ja wiemy, co się stało, a tylko ja wiem, co on zrobił.

W godzinę po efekcie wzmocnienia miałem cudowne uczucie pełnej jasności i klarowności umysłu. Plany, strategie i kolejne posunięcia pojawiały się w mojej świadomości w pełni skonkretyzowane, ale nie umiałem ich zrealizować. Piękne rozwiązania zniszczone przez panikę. MALLARD z pewnością nie radził sobie lepiej; w ciągu pierwszych minut najpierw myślał, że jest mną, a następnie zniknął w otchłaniach systemu Bella przytło­czony nagromadzonymi tam informacjami. Wiedziałem, co pla­nuje, zanim jeszcze opuścił ciało konającej dziewczynki, ale nie miałem pojęcia, ile czasu zajmie mu znalezienie odpowiedniej kryjówki, kiedy uda mu się wkręcić jako program wspomagają­cy do innych systemów, kiedy zamieni się w niewidzialne gigabajty czy też w supernowoczesne wirusy, infekując gigantyczne komputery wielkich korporacji.

Byłem pewny, że jak tylko to załatwi, zacznie się rozglądać. Zacznie mnie szukać.

Prawdę mówiąc, Ballinger był bardzo przebiegły. Jego moco­dawcy musieli go dobrze poinformować, bo wcale nie planował mnie zabić, nastawiając wzmacniacz na pełną moc. Próbował tylko skierować mój umysł do jedynego spokojnego obszaru w całym tym hałasie, do jestestwa MALLARDA — dźwięku pocią­gu. Sprytne — wejdź w jego umysł albo zgiń. Zdolny skurwiel, taki cwany, że skończył wysadzony w powietrze. Odłamki szyb poharatały mi twarz, miałem otarte kolana od wleczenia mnie po ziemi. Zatrzymałem się przy całodobowej aptece, kupiłem pla­stry opatrunkowe i skierowałem się do domu, żeby opatrzyć rany i zastanowić się w spokoju, co robić dalej.

Byłem w połowie Green Lane, gdy zauważyłem łunę poża­ru i tarasujące jezdnię wozy straży pożarnej — zrozumiałem, że MALLARD już się pozbierał.

Płonęły sklepy, knajpy i mieszkania nad nimi. Wmieszałem się w tłum gapiów, czułem żar na twarzy. Ktoś powiedział, że pożar wybuchł w greckiej knajpie, ale ja wiedziałem lepiej. Ktoś inny dodał, że zginęło dwadzieścia osób.

Przynajmniej dowiedziałem się, że cząstka MALLARDA jest teraz w systemie komputerowym elektrowni. Czekał, obserwu­jąc moje mieszkanie pod kątem wzrostu zużytkowania energii, co by wskazywało na to, że ktoś wszedł do pokoju i włączył światło. Kiedy tak się stało, wygenerował impuls, który wysa­dził w powietrze licznik prądu, uszkadzając też gazomierz.. Wiem, kto zapalił światło.

Teraz odpocznie, poczeka, aż zabiorą ciała zabitych i zajmie się nadzorowaniem komputerów policyjnych, dopóki nie będzie rezultatów identyfikacji zwłok. Kiedy sekcja wykaże, że to, co znaleziono w moim mieszkaniu, to raczej szczątki kobiety, a nie mężczyzny, rozpocznie pościg na nowo.

Nie mogłem wsiąść do autobusu, bo wszystkie są zapchane kamerami połączonymi z centrum nadzoru. Tak samo jest w metrze. Taksówki też są pod kontrolą na wypadek porwania czy kradzieży. MALLARD będzie obserwował przyczajony w kom­puterach centrum kierowania ruchem ulicznym w Hendon i gdy­by nadarzyła się okazja, spowodowałby gigantyczną kraksę ze mną w roli głównej.

Ruszyłem więc pieszo, starając się unikać głównych ulic upstrzonych policyjnymi kamerami. Zdaję sobie sprawę, że po­szedłem w złym kierunku, ale wtedy pragnąłem tylko wtopić się w tłum, pozostać anonimowym. I teraz muszę tu tkwić:

On musi mnie zabić. Wszyscy myślą, że go już nie ma, że zginął w wybuchu razem z innymi. On jest teraz wolny i chce, żeby tak było zawsze. Co go powstrzyma? Jeśli uda mu się wślizgnąć do komputera sterującego wyrzutniami rakietowymi, czy ktoś sobie z tym poradzi? Kilotony nad centrum Londynu.

Nawet nie będzie precyzyjnie określał położenia celu, zresztą chyba już nie ma bomb jądrowych o malej mocy. Raczej urządzi masakrę dla całej aglomeracji, niż pozwoli mi ujść cało. Jestem skołowany. Staram się analizować różne warianty i wciąż wra­cam do punktu wyjścia. Dwóch strażników wie, że żyję, więc mocodawcy Ballingera też mnie ścigają. Nie chodzi mi o to, że się ich boję, w porównaniu z MALLARDEM to pestka. Ale myśl, żeby oddać się w ich ręce, krążyła mi po głowie, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że tylko ułatwiłbym mu zadanie. Bo MALLARD czeka i obserwuje.

Warianty, opcje, pomysły…

Dziś rano rozdzwoniły się telefony w całym hotelu, wywnio­skowałem, te zwłoki z mojego mieszkania zostały zidentyfi­kowane i demon ponowił poszukiwania.

To może długo trwać, ale przecież czas należy do niego. Wie o mnie wszystko, wie, że ukrywam się wśród ludzi. Dzwoni pod każdy numer w Londynie, licząc na to, że nie będę czujny i w końcu podniosę słuchawkę. Dzwoni też do moich przyjaciół, pyta o mnie tak naturalnie brzmiącym głosem, że nawet nie podejrzewają, że rozmawiają z potworem.

Nie, nie zadzwonię do siostry Rixi, nie będę zadawał tych nieuniknionych pytań. Demon nasłuchuje.

Przypuszczam, że już ściga mnie policja, opierając się na zręcznie podrzuconych do komputera danych. Pewnie jestem mordercą albo gwałcicielem, kimś na tyle odrażającym, żeby dali z siebie wszystko i ujęli mnie jak najprędzej. Nie mam odwagi włączyć telewizora, bo nie zniósłbym widoku swojej twarzy w towarzystwie komunikatów o poszukiwaniu niebez­piecznego przestępcy. Oglądać siebie jako Kubę Rozpruwacza w „997″ to ponad moje siły.

Jest bardzo późno, spędzam tu już drugą noc z rzędu. Muszę się szybko wynieść, zanim zgarną mnie gliny. Może uda mi się zaszyć w jakiejś zapadłej dziurze, z dala od kamer telewizyjnych i komputerów. Jeśli zapalę światło i rozsunę zasłony, zobaczę ciemność, gdzieniegdzie pocętkowaną blaskiem ognisk włóczę­gów koczujących w Hyde Parku. Budki fast-foodów są już nieczynne, bywalcy teatrów leżą w łóżkach, bezdomni włóczą się po ulicach, obwieszeni jak choinki torbami zawierającymi łupy ze śmietników.

To jest zupełnie inny Londyn — Londyn dziwek i alfonsów, włamywaczy, zamroczonych rzeźników Smithfielda, pędzących na złamanie karku furgonetek pocztowych, całonocnych partii pokera. Puste ulice oświetlone na biało lampami halogenowymi lub na żółto latarniami sodowymi, cisza przerywana szczeka­niem stad zdziczałych psów i odgłosami zabłąkanych, samotnych pijaków rzygających w bramach. A jeśli wsłuchasz się bardzo uważnie, usłyszysz w oddali gwizd lokomotywy przeci­nającej noc w dzikim pędzie donikąd.

To Wolność.

 

Materiał opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 4 (40) 1995, tłumaczyła Tatiana Szlachcic

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *