Wspomnienia

Tego roku spadł czarny śnieg. Oczywistym tego powodem było zanieczyszczenie, z nieba sączyło się jakieś przemysłowe paskudztwo lub coś w tym rodzaju. Czysta czerń jak sadze. Fachowcy od pogody nazwali to żartem, wybrykiem natury. Było idealne dolepienia śniegowych piguł. Kiedy śnieg się jednak rozpuścił, czarne paskudztwo zostawiało na skórze plamy, których długo nie można było się pozbyć, natomiast z materiałów naturalnych włókien w ogóle nie dawało się ich usunąć. Owej zimy jakieś dwie trzecie populacji miało twarze w ciapki i tylko trzecia ich część była na tyle roztropna, żeby zainwestować w narciarskie maski i kombinezony…Kiedy padało, to miało się wrażenie, że całe miasto włożyło strój żałobny i opłakuje Le Patineur’a, który opuszczony przez dziewczynę skoczył z wieży Eiffla.

Wyczyn ten przysporzył mu rozgłosu. Łyżwiarz ów był bardzo lubiany i jeśli wierzyć opowieściom, wprost uwielbiany. Paryżanie doceniali fakt, że tylko naprawdę zdeterminowany samobójca zechciałby się przedostać przez labirynt posterunków bezpieczeństwa na wieży nie wzbudzając podejrzeń.

Ogrodzili miejsce jego upadku w długim, zimowym cieniu wieży i ustawili nadmuchiwaną kopułę, aby opady nie zmyły jego krwi z chodnika. Przez wiele dni miejsce to było otoczone przez rozpaczające kobiety, a każdy bar i kawiarnia serwowały ludziom, w ramach rozrywki, jego ulubione piosenki.

Raz czy dwa obrzuciliśmy płaczące kobiety pigułami, ale ponieważ wydało nam się to lekceważeniem ludzkiego cierpienia, zaczęliśmy się bawić w partyzanckie ataki na żandarmerię. Jednak kiedy aresztowano Craiga, przestało to być zabawne, nawiasem mówiąc, i tak nie mogli go trzymać dłużej niż przez wieczór. Harry Pine chciał nawet uprowadzić jednego gliniarza i trzymać go na wymianę za Craiga, ale powiedzieliśmy mu, że to głupie, ponieważ wszyscy w mieście wiedzieli, kim jesteśmy i gdzie przebywamy, więc dla zabicia czasu urządziliśmy prywatkę.

Następnego popołudnia ja i mój kac obudziliśmy się w ramionach drobnej amerykańskiej osóbki imieniem Maria, będącej odrzutem z Sorbony, która twierdziła, że poznała mnie w hotelowym barze i przykleiła się do mnie jak kompasowa igła do magnesu.

— Co robisz? — spytałem, skupiając wzrok na poskręcanych ciałach i walających się meblach oraz na walających się ciałach i poskręcanych meblach.

Spojrzała na mnie. Robiła to w taki sposób, że jej oczy pozostawały szeroko otwarte jak u dziecka, które widzi świat po raz pierwszy.

— Jestem poetką.

Powinienem był się domyślić.

— Utrzymujesz się z tego?

Zachichotała.

— Oczywiście, że nie.

— To jak zarabiasz na życie? — spytałem, spodziewając się litanii na temat godności głodującego artysty, usiłowań sprzedaży wierszy jakiemuś lewobrzeżnemu magazynowi, który ją wykorzystuje, i konieczności sypiania z wydawcą tylko po to, żeby wydrukowano jej prace.

— Mój tata jest właścicielem największego tartaku w Oregonie — odpowiedziała; patrząc na mnie, jakby to było jasne jak słońce.

— Aha — powiedziałem.

Policja trzymała Craiga trzydzieści godzin i dołączył do nas dopiero w barze na Orly, gdzie śpiewaliśmy i tłukliśmy szklanki, czekając na samolot do Monachium.

Powiedział, że siedział w celi przez pięć godzin, zanim ktokolwiek się do niego pofatygował. Najpierw im nawrzucał, po czym pokazał swoje tatuaże, w związku z czym musieli połączyć się ze Wzgórzem. Kiedy wrócili do jego celi, wyjaśnili nie obyło to się bez typowej galijskiej gestykulacji — że chociaż nie będzie o nic oskarżony, zostanie przetrzymany przez dalsze dwadzieścia cztery godziny.

— Ci ludzie… — powiedział – w ogóle nie mają poczucia humoru.

W Paryżu było nas dwanaścioro.

Sto siedem lat temu. Croft i Takamoto z uniwersytetu w Chicago odkryli równania, łącząc tym samym pewne luźne końce einsteinowskiego Wszechświata. Jednym z tych końców jest pojęcie „hiperprzestrzeni” istniejącej poza normalnym kosmosem, w której statek kosmiczny może, w bardzo krótkim czasie, pokonywać odległości między gwiazdami. Hiperprzestrzeń, jak powiadają Croft i Takamoto, to jedna wielka bzdura do kilku miejsc po przecinku.

Nie była to żadna nowość. Jedynymi ludźmi, którzy wykazali nie tylko przelotne zainteresowanie, byli matematycy i pisarze science fiction, dla których science ma o wiele większą wagę niż fiction.

W Monachium (jeszcze więcej czarnego śniegu i twarzy w ciapki) było nas dziesięcioro, Crystal i Isette zaopatrzyli się w plecaki i pionierki i udali się do Schwarzwaldu. Nigdy więcej nie widzieliśmy się już z Crystal, chociaż ucinamy sobie pogawędki, kiedy jesteśmy w domu w tym samym czasie.

Wynajęliśmy dwa górne piętra w hotelu i urządziliśmy kolejną prywatkę, w czasie której Henry spełnił marzenie swojego życia, wypijając na raz zawartość całego barku, co zmusiło nas do włamania się do taksówki w celu przewiezienia go do szpitala na natychmiastowe płukanie żołądka. Z bliżej nie znanych mi powodów Maria zaczęła histeryzować w taksówce, więc Paweł trzasnął ją na odlew, na co ona złamała mu nos, waląc go butem.

Zostawiliśmy Henry’ego w szpitalu wraz z informacją, że wyjechaliśmy do Berlina. Tam też zostaliśmy aresztowani za wymalowanie tekstu piosenki „The End” na Bramie Brandenburskiej, o czwartej w mroźny, noworoczny poranek. Policja chciała nas wsadzić do więzienia za zbezczeszczenie historycznego pomnika, jednak biorąc pod uwagę okoliczności, kiedy nasi stróże z samego serca Wzgórza Cheyenne kazali nas puścić wolno, zniosła to całkiem nieźle.

Sto dwa lata temu poczyniono wielkie postępy na polu sztucznej inteligencji, jednak ku zdziwieniu wszystkich pierwsza prawdziwa Sztuczna Inteligencja została stworzona przez małą anglo—niemiecką korporację, która ochrzciła swoje dziecko imieniem Alderman. Zaraz potem jej produkt stał się dużym hitem w dyskusjach telewizyjnych.

W Japonii naukowcy wynaleźli metodę zapisywania ludzkiej osobowości w pamięci komputerowej ROM. Początkowo zastosowanie tej techniki było mało popularne, proces bowiem, okazał się szkodliwy dla zdrowia i ci, którzy nie ginęli od razu, pozostawali przy życiu z nieodwracalnie uszkodzonym mózgiem.

W Pasadenie naukowiec o nazwisku James Corbus, pracujący w starym laboratorium Jet Propulsion, wynalazł, jak twierdził, prototyp napędu hiperprzestrzennego. Ze wszystkich najbardziej zaskoczone było NASA, dla którego Corbus miał prowadzić teoretyczne badania nad projektem Persefony 3, silnika jonowego. Mglistość wyjaśnień Corbusa ani trochę nie pomogła w rozwiązaniu zagadki jego wynalazku, który nazwał Translatorem, a z ciągnących się przesłuchań członków jego ekipy wynikało, że całość prac wykonał osobiście.

Społeczność naukowców z Croftem i Takamoto na czele była raczej sceptyczna. Corbus natomiast zamknął usta całej krytyce jednym posunięciem — wystrzeliwując kamerę do Epsilon Indi i z powrotem. Wyczyn ten pobił rekordy popularności w wiadomościach.

Kiedy wróciliśmy, zastaliśmy Siggiego śpiącego w hotelowym hallu. Podczas naszej ostatniej rozmowy mówił, że chciałby zobaczyć Istambuł. Okazało się, że podpadł komuś po którejś stronie mostu nad Bosforem jeszcze tej samej nocy. Powiedział, że już drugi raz tatuaż UNSA uratował go przed pobiciem na śmierć.

— Jestem chyba jedyną osobą na Ziemi, której udało się podpaść jednej nocy jednocześnie w Europie i Azji — rzekł, skubiąc warstwę ochronną, którą spryskali mu w szpitalu rany na twarzy. — Chciałem przez to powiedzieć, że było cholernie gorąco.

— Ja mogłabym się obejść i bez takich wrażeń — wyszeptała mi Maria do ucha.

Nieco później, kiedy impreza trochę przycichła, podniosła się na łokciu i zaczęła jechać palcem po mojej szyi aż do miejsca, gdzie wytatuowany był napis nie dotykać po angielsku, cyrylicą i po mandaryńsku. Rzuciła nań okiem, a następnie odczytała na głos we wszystkich trzech językach.

— Czego?

— Więc o to w tym wszystkim chodzi — rzekła. — Jesteście po prostu zarezerwowanym mięsem.

— Nie, nie o to — odparłem.

Delikatnie podrapała mnie w szyję, jakby chciała wyskrobać atrament spod skóry .

— Czyni cię to cudzą własnością. .

— Wcale nie. Po prostu powstrzymuje ludzi od robienia mi krzywdy. Tak jak Siggiemu w Istambule — zarechotałem. — Henry chciał, żeby mu napisali duński bekon.

Znieruchomiała.

— Że jak?

A kiedy nie przestawałem się śmiać., zaczęła z wściekłością okładać mnie poduszką.

Ostatniego dnia stycznia Bim Mitchell odkrył u siebie nieodpartą potrzebę udania się do Południowej Afryki i przemalowania pomnika Voortrekkera na czarno. Dwaj inni koledzy uznali to za dobry pomysł, co Georgowi znowu nasunęło myśl, że statuę Roberta Mugabe w Harare można by pomalować na biało. Tak więc cała czwórka wyjechała w południe do Johannesburga promem SAS— u. Oni oraz różnej profesji dziewczyny i chłopaki, artyści, poeci, mała grupa rockowa jak również reporterka „Time’a” i „Newsweek’a”, którą zgarnęliśmy po drodze, sprawili, że nasza grupka liczyła piętnaście osób.

Na początku lutego po raz szósty zdemolowaliśmy hotelowy bar i dyrekcja poprosiła nas, abyśmy opuścili ów przybytek. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy zostać, nie mogli nas zmusić do wyjazdu, jednak Berlin trochę się zeszmacił, ponieważ nadeszła właśnie pora roztopów i po śniegu zostawała na wszystkim obrzydliwa czarna skorupa. Oczywiście na wcześniejszej warstwie obrzydliwej czarnej skorupy. .

Wyciągnęliśmy mapę północnej Europy. Zamknąłem oczy i na chybił trafił wetknąłem w nią pinezkę, gdzieś w Morze Północne. Następny był Jean, który wybrał miejsce o nazwie Ravning Enge, we wschodniej Jutlandii. Henry zaczął się podniecać drewnianym mostem, który wikingowie wybudowali tam nad doliną w Ravning Enge, ale nikomu więcej nie chciało się jechać do wschodniej Jutlandii. Tak więc popijając zaczęliśmy się zastanawiać. Później zdemolowaliśmy bar po raz siódmy.

Dziewięćdziesiąt sześć lat temu. NASA stała się posiadaczem swojej własnej Sztucznej Inteligencji nazwanej CINTAC. S.I. została zainstalowana w starej bazie wojskowej NORAD, we wnętrzu Wzgórza Cheyenne, wynajętej dla NASA jako superbezpieczne laboratorium, od kiedy NORAD i jej radziecki — odpowiednik przeniosły się do swoich sektorów na Księżycu.

W ramach eksperymentu japońska technika przepisywania ludzkiego umysłu w ROM zastąpiła karę śmierci w kilku amerykańskich stanach. Człowiek zachowywał świadomość, ponieważ osobowość pozostawała w formie wielobitowej struktury, jednak ciało w większości wypadków żyło z ilorazem inteligencji odpowiadającym sprytnemu pięciolatkowi i mogło być już tylko wykorzystywane do wykonywania prostych powtarzalnych czynności na farmach bądź w fabrykach.

Popkultura nadała im miano „krakerów”, co było odniesieniem do metody krakingu ropy naftowej w jej bardziej wartościowe frakcje. Nowa kara śmierci stała się popularna pod nazwą „destylarni”. Eksperyment odniósł tak wielki sukces, że kraking wprowadzało coraz więcej krajów. Hiszpania wprowadziła go nawet za nie najcięższe zbrodnie.

Testy przeprowadzane na Translatorze Corbusa wykazały, że urządzenie, choć niewątpliwie będące napędem hiperprzestrzennym, ma pewne ograniczenia, z których podstawowe powoduje śmierć wszystkich kręgowców , próbujących za jego pomocą podróżować. W rezultacie najwyższą formą życia ziemskiego, zdolną ruszyć ku gwiazdom, jest ptakożerny pająk o nazwie Spencer.

Próbniki o napędzie translatorycznym przywoziły ze sobą filmy ze światów bliższego gwiazdozbioru Centauri, Procjona i Gwiazdy Bernarda oraz bogate w minerały próbki gruntu z młodego jeszcze układu słonecznego Vegi. Na orbicie gazowego giganta w układzie TauCeti odkryto osiem księżyców wielkości Ziemi, z których jeden miał tlenową atmosferę, jednak jedyne co ludzie mogli zrobić, to popatrzeć sobie na piękne zdjęcia i pomarzyć.

W pewnym momencie wparował Henry i z nieobecną miną na zapitej twarzy zdecydowanym tonem oświadczył, że on zostaje na wozie. Dwie godziny później był już nieczuły nawet na wdzięki Benedyktyny. Na chwilę obudził się Siggy i twierdził, że miał sen w jakimś heksadecymetrycznym kodzie maszynowym, po czym znów poszedł spać.

Niedługo potem pojawiła się dyrekcja, prowadząc ze sobą oddział policji. Nakazała nam opuszczenie hotelu, po czym stanęła przy wyjściu i czekała, aż się spakujemy i wyprowadzimy. Słyszałem całe mnóstwo niewybrednych obelg pod naszym adresem, kiedy wychodziliśmy przez hall. Henry otrzeźwiał dopiero w samolocie do Hamburga.

W Hamburgu Siggy przeleciał wszystkie domy wzdłuż ulicy czerwonych latami i wybrał jeden z burdeli na chybił trafił. Wzywając Madame, wyciągnął swoją kartę kredytową i obwieścił: „Madame, chcę kupić ten burdel”. Ponieważ za tę kartę można było wyżywić pół miasta, właścicielka nie zastanawiała się długo. Wprowadziliśmy się więc do burdelu, co dało skutek, że przez następne dwa i pół tygodnia nie oglądałem światła dziennego.

Do Europy powoli zaczęła się wtaczać wiosna, a wraz z jej nadejściem ludzie, w pojedynkę bądź dwójkami, odpływali w nieznane. Którejś nocy usiedliśmy i obejrzeliśmy wszystkie reportaże, które nakręciła nasza milusińska dziennikarka. Kiedy rano wychodziła, poprzysięgając nam zemstę, wciąż jeszcze nie mogliśmy się powstrzymać od śmiechu.

Siggy stwierdził, że ma już dosyć przeprowadzek i zapragnął spędzić resztę roku w swoim burdelu. Gdzieś na początku marca, w mglisty poranek, zmyliśmy się wraz z Marią, życząc mu wszystkiego najlepszego.

Podczas jazdy kolejką na lotnisko poprosiłem Marię o wybranie jakiejś liczby od jedynki do tysiąca. Wybrała dwieście osiemdziesiąt. Dwieście osiemdziesiąt był to lot JAL—u o dziesiątej rano do Waszyngtonu. Do samolotu wsiedliśmy tylko we dwójkę.

Osiemdziesiąt siedem lat temu. Kraking zastąpił starą, zdyskredytowaną technikę wprowadzania organizmu w stan snu kriogenicznego, nagminnie stosowaną w ostatnich latach poprzedniego wieku przez bogatych, zdemoralizowanych ludzi. Rozszerzanie się kryształków lodu w trakcie procesu mrożenia powodowało zbyt rozległe uszkodzenia w komórkach, a próby odmrożenia niektórych pacjentów okazały się raczej opłakane w skutkach. Setki tysięcy im podobnych leżało w temperaturze bliskiej absolutnego zera w kalifornijskich podziemiach, podczas gdy ich rodziny i spadkobiercy prześcigali się w wytaczaniu coraz to nowych procesów sądowych.

Obecnie bogaci, umierający ludzie mogą przepisać swoją osobowość w pamięć komputera. Oczywiście nie ma już potem możliwości odwrócenia procesu, ponieważ ciało i tak umiera, jednak krakerzy pozostają wśród żywych. Mogą rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi i rodzinami i doradzać im w sprawach inwestycji, czyli innymi słowy robić z siebie idiotów, oczywiście do czasu aż skończą się ich fundusze, a korporacje będące właścicielami ich bloków pamięci wyciągną wtyczkę, tudzież zrobią to ich spadkobiercy, znudzeni ciągłym prowadzeniem za rączkę.

W swojej kontrowersyjnej autobiografii James Corbus pisze, że słyszał głosy, mówiące mu jak ma zbudować Translator. Ponieważ jednak pisał to, będąc pacjentem przytułku dla obłąkanych w Bazylei, nikt nie brał tego na serio, chociaż reszta książki tchnęła zdrowiem. Rok później Corbus zmarł.

Zakwaterowaliśmy się w królewskim hotelu w Georgetown, gdzie przebywały szlachetne Jaja z górnych sfer i gdzie podejmowano historyczne decyzje. Urządziliśmy sobie małe zwiedzanie: Biały Dom, Kapitol, Instytut Smithsonian. Przez Wirginię niespodziewanie przetoczyła się fala chłodu, całkowicie paraliżując ruch. Dziwne to było uczucie — znów widzieć biały śnieg.

Pewnego ranka w wiadomościach ukazały się zdjęcia z Johannesburga, na których czołową postacią był Bim Mitchell, stojący przed pomnikiem Voortrekkera, obaj czarni jak noc, z tą tylko różnicą, że Bim szczerzył zęby. Oddał tradycyjny Czarny Salut i powiedział: „Cześć mamo”, kiedy reporter zadał mu pytanie.

Następne były wieści z Zimbabwe, gdzie pokazana była Statua Mugabe, zapaćkana białą akrylówką. Nie znaleziono winowajcy, ale wymięty szef lokalnej policji twierdził, że jego ludzie ścigali podopiecznego UNSA, który przebywał w mieście, kiedy nastąpił ten akt wandalizmu..

Następnym punktem wiadomości było wszystko o sztucznej inteligencji i krakingu. Machnąłem ręką i obraz na środku pokoju skurczył się do rozmiarów małej kropeczki i zniknął.

— Chciałam to obejrzeć — powiedziała Maria.

— A ja nie.

W stałem z łóżka i zacząłem się ubierać.

— Mnie to interesuje — głos z łóżka.

— Nie ma co.

— Nik!

Zamyśliłem się. Próbowałem szybko zdecydować — kocham ją czy nie i czy ma to jakiekolwiek znaczenie.

— Czego?

— Dlaczego nie chcesz o tym porozmawiać?

Usiadłem na brzegu łóżka i zacząłem zakładać buty.

— Bo to nie jest istotne.

— Inni rozmawiali o tym cały, czas.

Zapiąłem koszulę.

— Ale ja nie jestem „inni”.

Podniosła się, ugniatając pod sobą poduszkę.

— Wydaje ci się, że jestem tu tylko przelotnie, na doczepkę?

Westchnąłem i wziąłem ją za rękę.

— Nasz związek nie ma raczej przyszłości, kochanie. W stałem.

— Idę na spacer.

— Drań! — krzyknęła, rzucając we mnie poduszką. Nawet gdybym chciał, nie mógłbym się z nią kłócić. Poszedłem na spacer. Po drodze uległem pokusie i obrzuciłem śnieżnymi pigułami dwóch marines. Gonili mnie przez kilka bloków, potem jeden z nich się potknął, wywalił i dali sobie spokój. Wróciłem do hotelu, z trudem łapiąc oddech, a policzki aż piekły mnie od mrozu. Ku mojemu zdziwieniu — ona wciąż była w pokoju.

Siedemdziesiąt cztery lata temu. Kongres dał NASA czek in blanco i próbniki z napędem translatorycznym zaczęły wylatywać we wszystkie strony. Mimo mozolnych wysiłków utrzymania szczegółów budowy translatora w tajemnicy, Rosjanie jak twierdzili, niezależnie — zbudowali swoje własne urządzenie. Z sobie tylko znanych powodów nadali mu polską nazwę „Tłumacz”. Po pewnym czasie zarówno Translatory, jak i Tłumacze zaczęły na siebie wpadać w systemie Vegi. Pentagon naciskał, aby Translatory otrzymały uzbrojenie.

W celu rozładowania napięcia ONZ przegłosowało utworzenie połączonej agencji kosmicznej, w której wykorzystywano by wspólnie zdobyte doświadczenie i informacje. Pomysł ten został poparty zarówno przez CINTAC, jak i przez jego odpowiednik, BAIKAL.

Na uwagę społeczności naukowej zasługuje fakt, że główny projektant polskiego „Tłumacza” skończył w szpitalu dla psychicznie chorych.

Mimo nie budzącej zastrzeżeń ilości informacji, napływających z odległych systemów planetarnych, próbniki miały zbyt wiele ograniczeń. Komputery pokładowe były zaawansowane do granic możliwości, jednak brakowało ludzkiego wyczucia. Przebywały całe parseki od Ziemi, zdane wyłącznie na siebie i ograniczone przez narzucone im programy. Owszem, robiły zdjęcia. prowadziły zapisy, a w niektórych wypadkach nawet zbierały próbki, jednak naukowcom potrzeba było tam czegoś, co potrafi samodzielnie myśleć.

Nowa ONZ—owska Agencja Kosmiczna miała rewolucyjne plany.

Chociaż udowodniono, że Translator uniemożliwia życie jakichkolwiek kręgowców, okazało się, że w najmniejszym stopniu nie szkodzi zapłodnionej komórce jajowej tychże organizmów. UNSA roztoczyło ogromną wizję zasiedlenia odległych światów za pomocą zapłodnionych komórek jajowych, wysłanych wraz z całym sprzętem potrzebnym do opieki nad nimi aż do osiągnięcia wieku dojrzałego, statkami o napędzie translatorycznym. Jednak komputery na pokładach próbników nie były dostatecznie przygotowane do poczynienia odpowiednich przygotowań. Podstawowym problemem było to, że kolonizowane światy muszą być bezpieczne dla człowieka, a perspektywa zagubienia w atmosferze obcej planety komputerowo sterowanych robotów przyprawiłaby o bezsenność nawet najodważniejszych w UNSA.

Zasugerowano więc, żeby na potrzeby konstruowanych w przyszłości próbników i robotów organizować załogi złożone ze sztucznych inteligencji. UNSA dokonuje jednorazowej próby, wysyłając COPPERFIELD—a, S.I. stworzoną w Japonii. Próbnik wraca, przywożąc S.I. kompletnie rozstrojoną ha skutek nieprzewidzianych i nieznanych wydarzeń. Nikt więcej nie chciał już poświęcać swojego niewyobrażalnie drogiego urządzenia, jakim była sztuczna inteligencja, na ryzykowne badania.

CINTAC, pracujący już pełną parą na spółkę z BAIKAL—em, — roztrząsając problem kolonizacji, zasugerował kompromis. Czemu by nie spróbować umieszczenia na pokładzie zamiast komputera jednostki osobowej z pamięci ROM?

Mimo iż dowiedziono, że plan CINTAC—a może się udać, wydawał się on zwodniczo prosty. Chociaż z góry odrzucono pomysł wykorzystania kryminalistów z wyrokiem, dosyć siedziało jeszcze w przechowalniach zwykłych krakerów, odłączonych z najróżniejszych powodów. W porównaniu zaś z S.I. byli tani jak barszcz.

Pierwszym krakerem wystrzelonym w kosmos została bardzo stara i bogata dama o nazwisku Eklund. Jej kariera jako pilota statków kosmicznych nabierała coraz większego rozmachu do momentu, kiedy system napędu jonowego nawalił podczas badań w systemie Proxima Centauri. Spóźniony hołd oddano jej cztery lata później, kiedy kilka potężnych teleskopów wypatrzyło krótki błysk wybuchu. .

Dawno temu Londyn rozlał się wraz ze swoją zabudową na zaułki i kąty Kentu i Essex, zalewając po drodze Wschodnie Wybrzeże i pozostawiając w swoim kilwaterze prawie nienaruszony pas „dzikiej” zabudowy, nazywany przez miejscowych The Towns. Łatwo je można zobaczyć z okna promu lądującego na lotnisku Sheerness, o ile oczywiście wie się, przez które okno i w którym momencie patrzeć. Widać wtedy szarą krechę, jakby ktoś przejechał ołówkiem, w miejscu gdzie Weald i Downs pokryte są mrowiem budynków. Jednak o ile ktoś nie odrobił uprzednio pracy domowej, niemożliwością jest stwierdzenie, gdzie były stare centra i przedmieścia.

W dniu naszego przyjazdu jednotorowa kolej, łącząca Sheerness Z Londynem, została zepsuta przez wandali, w związku z czym wepchnęliśmy się do autobusu, który zabrał nas do Maidstone Metropolitan Area, skąd podmiejskim dotarliśmy wreszcie do Londynu.

Całe centrum znajdowało się pod parasolem odcinającym czubek budynku NatWest. W katedrze św. Pawła przeprowadzano właśnie remont generalny tak, że cała pokryta była płachtami plastiku, z których zalatywało chemikaliami, więc nawet nie wchodziliśmy. Podobnie zresztą było z Tower. I tak już tyle razy restaurowali londyńskie budynki, że wątpię, aby pozostał w nich choć jeden oryginalny kamień, dachówka, krata czy szyba. Przenocowaliśmy w Marble Arch Hilton, a następnie udaliśmy się w pogoń za zachodem słońca.

Londyn nie posunął się na zachód tak daleko, jak to uczynił w kierunku wschodnim. Szara masa zatrzymała się zaraz za Reading MA, pozostawiając w stanie nienaruszonym okalające ją pola, drzewa i kupy czarnego śniegu, kryjące się pod krzakami i przeczące nastaniu wiosny.

Ostatni odcinek alei prowadzącej wśród drzew przebyliśmy pieszo, targając plecaki i krzyżując palce z powodu kilku nieporozumień.

— Nik, to takie piękne! — westchnęła, patrząc na osadę mieszczącą się pośrodku otwartej przestrzeni. — W Oregonie nie mamy czegoś tak…

— Urodziłem się tutaj — powiedziałem. Rzuciła mi długie, chłodne spojrzenie i prawie słyszałem, jak mówi: „Już zdecydował”. Rozejrzała się jeszcze raz i dokończyła stłumionym głosem: „…pięknego”.

Gdyby ktoś się wysilił na tyle, by zignorować piętrzące się przy sklepach paki, półki zawalone różnokolorowymi czasopismami oraz jarzące się każdego wieczora projektory hologramowe nad najmniejszymi nawet zakładzikami, można by dać się oszukać, że osada nadal tkwi w dwudziestym wieku.

Kiedy byłem jeszcze chłopcem, przyjemnie było czasem udawać, że wciąż obijamy się po dziewiętnastym wieku. Wkrótce jednak przestało nas to bawić. Horyzont zaczął się cofać, świat się skurczył i człowiek znalazł się w punkcie wyjścia, wierząc, że pozostało już tylko jedno miejsce, do którego może się udać.

— Czy twoi rodzice wciąż tu mieszkają? — spytała.

— Nie żyją — powiedziałem, prowadząc ją w kierunku jednego z pensjonatów.

— 0oo… — powiedziała.

Sześćdziesiąt osiem lat temu próbnikom z krakerami na pokładzie zaczęły przydarzać się coraz częstsze wypadki. Jednemu z nich najwyraźniej nawalił system naprowadzania, w następstwie czego dał spektakularnego nurka w Słońce, nie przestając sumiennie transmitować danych.

CINTAC stwierdził, że UNSA podszedł do krakerów ze złej strony. Ludzie ci byli przekonani, że umierają, aż tu nagle znaleźli się na pokładzie małego statku kosmicznego jako część jego oprzyrządowania. Niektórzy już nigdy nie wracali po wykonaniu skoku. Najprawdopodobniej nadal ganiają gdzieś po galaktyce, zastanawiając się, czy już są w niebie, a jeśli tak, to dlaczego Bóg wykręca im takie świńskie numery.

Jak zwykle, CINTAC znalazł rozwiązanie. Zasugerował użycie ochotników, ludzi, którzy byliby przygotowani na to, co ich czeka. Musieliby być w pełni świadomi, w co się pakują. Kraking jest nieodwracalny.

Przy kolacji zapytała: — Zdecydowałeś już, prawda?

— Niezupełnie — powiedziałem.

Zakreśliła widelcem wokół małej, przytulnej jadalni.

— Na prawdę chciałbyś z tego wszystkiego zrezygnować?

To był dobry argument, woziliśmy go ze sobą przez wszystkie pięć miast.

— Nie liczy się to, co tracisz, lecz to, co zyskujesz. Zamrugała oczami.

— Zyskujesz? A co niby zyskujesz? Zamienią cię w jakiś tuzin terabajtów w ROM—ie i to ma być zysk? Puszkowany mózg z napisem Dominic Beckett?

— Ważka w pajęczej sieci.

— Co?

— Statki krakerów wyglądają jak ważki złapane w pajęczą sieć.

Jej usta wykrzywiły się w grymasie obrzydzenia.

— Pięknie, Nik. Chyba rzeczywiście wyprali ci już mózg.

— To jak w ulubionej piosence Le Patineur’ a, którą tak często grali w Paryżu.

Znieruchomiała.

— To my byliśmy w Paryżu?

Sześćdziesiąt cztery lata temu. Ciągle znikają statki z krakerami. Jeden z próbników zaobserwował małą flotę złożoną z ośmiu krakerów grzebiących w jakimś skalnym rumowisku wokół Beta Pictoris. Wszystkie naraz eksplodowały, co sugerowałoby atak obcych, bądź też zbiorowe samobójstwo.

CINTAC powiedział, że ochotnicy musieli nagle zmienić zdanie; najwyraźniej możliwe jest, by struktury ROM cierpiały na rodzaj psychozy, niegroźnej dopóki są w puszkach na Ziemi, przybierającej jednak rozmiary poważnego problemu, kiedy są w trakcie ujarzmiania jakiejś planety pod kolonizację. CINTAC zaproponował, by dano kandydatom ostatnią szansę. Coś w rodzaju dłuższego pożegnania.

Podopieczni wysyłani są na ostatnie, darmowe wakacje na koszt UNSA, które zapewniało im jednocześnie nietykalność w razie procesów, wyłączając oczywiście zbrodnie główne. Mogli udać się w dowolne miejsce i robić, co im się podoba. Mieli dzięki temu ostatnią szansę doświadczenia wszystkiego oraz prawo wycofania się przed końcem roku. Jeśli po tym wszystkim będą w stanie zrezygnować z normalnego życia, dowodzi CINTAC, jest mniej prawdopodobne, że stracą rozum po zakończeniu procesu krakingu.

Zasadniczo program ten przyciągał wielu spragnionych dobrej zabawy, jednak CINTAC— owi udało się większość z nich odsiać, natomiast właściwi ludzie wkraczali w świat nieustannej, dwuletniej zabawy, ruchomej uczty kroczącej po powierzchni Ziemi. Do przyjęcia nieustannie przyłączały się, odchodziły, to znów powracały różne „ogony”. Poeci, pisarze, obiboki, ludzie, którzy po prostu lubili się zabawić na cudzy rachunek, jak również różnej maści romantycy, poszukujący choćby namiastki blasku, rozsiewanego przez tych, którzy gotowi są poświęcić swoje życie. CINTAC mówi, że owa adoracja musi być wliczona w koszty, tak więc miliony dolarów z budżetu UNSA rozrzucane są po całej kuli ziemskiej.

Testy preselekcyjne dla kandydatów na krakerów stawały się coraz dokładniejsze. Do momentu, kiedy UNSA była gotowa skolonizować pierwszy, ledwo zamieszkiwalny świat Proximy Centauri, odpadało mniej kandydatów niż kiedykolwiek do tej pory, a statki sterowane przez krakerów przestawały ginąć.

Po kolacji okutaliśmy się w ciepłe ciuchy i wyszliśmy w chłodną księżycową poświatę. Skały rzucały na nas dziwne, ostre cienie, kiedy szliśmy po miękkiej, sprężystej ściółce w kierunku kanałku, w którym kąpałem się za młodu.

— Wiesz co zrobią z tym, co z ciebie zostanie? — spytała wreszcie.

— Oczywiście — odrzekłem. — „Skorupy” po krakerach są w cenie. W Nowym Jorku było wielką nobilitacją posiadanie skorupy jako służącego, w szczególności zaś skorupy kogoś, kto poleciał w kosmos. CINTAC nie lubi marnować odpadów.

— Kocham cię, Nik — powiedziała.

Uśmiechnąłem się,

— Za rok znajdziesz sobie kogoś innego.

Odwróciła się do mnie, krzyżując ręce na piersi i wydychając w powietrze kłąb pary.

— Już dawno pewnie zdecydowałeś, prawda? Pewnie jeszcze zanim cię spotkałam?

Wzruszyłem ramionami.

— Nawet nie będziesz tego pamiętał — powiedziała. — Będziesz pamiętał tylko to, na co oni ci pozwolą. Za kilka lat wszystko sobie przypomnisz, o ile oczywiście oni ci pozwolą i nawet nie będziesz wiedział, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło. Nawet nie będziesz wiedział, czy rzeczywiście byłeś istotą ludzką czy tylko maszyną, której wmówili, że jest człowiekiem.

— Na pewno będę wiedział — odparłem.

— Ja jestem odrzutem — powiedziała.

Ze wszystkich rzeczy, które mogła powiedzieć, tego się najmniej spodziewałem.

— Kłamiesz — powiedziałem.

Zbliżyła się tak, że prawie zetknęliśmy się nosami. Prawie czułem jej tchnący czosnkiem oddech, ciepło jej życia.

— Jak myślisz, co się dzieje z ludźmi, którzy pod koniec roku siadają i po prostu nie mogą przez to przejść? Mówili ci o tym w Colorado Springs?

Potrząsnąłem głową.

— Myślisz, że CINTAC ich tak po prostu puszcza? Wszystkich, którzy nie umieją zrezygnować z życia? Wydaje ci się, że pozwala im powrócić do normalnej egzystencji? Do swoich rodzin? Do swojej nudnej, głupiej pracy? Pomyśl trochę, Nik. Może i zmienili zdanie, jednak w głębi ducha już się pożegnali.

— No dobrze — przytaknąłem. — Co się z nimi dzieje?

Zaśmiała się gorzkim śmiechem, tak jak śmieją się ludzie, powstrzymujący się od płaczu.

— Pracują dla CINTAC—a. Po prostu, żeby nie tracić kontaktu z tym, czego się obawiali. Szukają wśród kandydatów oznak słabości, czasem dodatkowo wystawiają na pokusę, starając się przekonać ich do wycofania się z całej sprawy. Znamy wszystkie powody, dla których ludzie się na to decydują, jak również wszystkie, dla których rezygnują. CINTAC potrzebuje tylko pewniaków, my natomiast jesteśmy ekspertami od niezdecydowanych…

Była w tym jakaś znajoma, przewrotna logika UNSA. CINTAC nie lubił marnować odpadów, w tym miejscu miała rację. Potencjalni kandydaci byli wyjątkowymi ludźmi, zbyt wyjątkowymi, żeby ich tak po prostu wypuścić. Czyżby CINTAC robił z nich dziwki?

Chciałem pocałować ją w czoło, ale mi się wymknęła.

— Jesteś, kurwa, taki głupi — powiedziała. Odsunęła się i podeszła do krawędzi kanału.

— A co się dzieje, kiedy chcesz, żeby ktoś odpadł? — spytałem.

Nie odpowiedziała. Zamiast tego rzekła: — Japończycy udoskonalili proces strukturyzacji w zeszłym roku. Już nie jest szkodliwy dla zdrowia. Mogą zrobić setki kopii twojej osobowości nawet byś tego nie poczuł.

— CINTAC mówi, że to niemożliwe.

Znów zaśmiała się na swój zdesperowany sposób.

— Wyciszyli to — powiedziała. — To taki mały dowcip CINTAC—a. Eksperyment. Sądzę, że oni chcą po prostu zobaczyć, jak głupia potrafi być ludzkość.

Przemyślałem to.

— I jak nam idzie?

W świetle księżyca widziałem jej wznoszące się przy westchnieniu ramiona.

— Nie najlepiej, Nik.

Pięćdziesiąt lat temu. Leżę sobie z zamkniętymi oczami i czekam aż zacznie chrapać, potem delikatnie wstaję z łóżka, chwytam moje ubranie i wychodzę. Ubieram się w biegu, aby jej nie obudzić. Zabieram jedynie moje karty kredytowe i ubranie, które miałem na sobie. Reszta jest zbyteczna. Nie zostawiam żadnej kartki.

Idę kawałek do postoju, łapię taksówkę na najbliższy przystanek linii podmiejskich i odjeżdżam na wschód. Na lotnisku Sheerness, korzystając ze swej autoryzacji, wyrzucam kogoś z miejsca w porannym promie linii PanAm do Chicago, połączonym suborbitalnym skokiem z Colorado Springs.

Godzinę później na promie, zawieszonym nad Atlantykiem jak łuk niewidzialnego wschodu słońca, zapadam w sen i śnię, że jestem człowiekiem, który śni, że jest ważką złapaną w pajęczą sieć, śniącą, że jest człowiekiem.

 

Materiał opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 8 (35) 1994, tłumaczył Artur J. Nowak

You may also like...

1 Response

  1. Adam napisał(a):

    Wciąż piękne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *