Jestem lamia

Zwykły człowiek nie zatrzymałby się w tym miejscu. Nic było tu na pierwszy rzut oka nic ciekawego. Po prostu stary wykrot zasłonięty niemal całkowicie przez wybujałe wachlarze paproci. Mag przykucnął, wpatrując się w gąszcz nie poruszany najmniejszym nawet drgnięciem. Jego wyczulone nozdrza wyło­wiły spośród leśnych zapachów prawie niezauważalną woń piż­ma. Mag, nie zmieniając pozycji, rozejrzał się, szukając wzro­kiem odpowiedniego drąga. W wykrocie mógł czaić się wielki biały wąż, ogromna rzadkość i cenny surowiec w jego rzemio­śle. Ranek był chłodny, więc istniała szansa, że zwierzę da się łatwo schwytać.

W dziurze był wąż albo inny przedstawiciel gadziej rodziny. Mag nie był akolitą ani smarkaczem, który dopiero co otrzymał Znak. Od wielu już lat jego skórę nad lewą piersią zdobił ta­tuaż Kręgu i Płomienia – znak Stworzyciela, najwyższej kasty czarnoksiężników. Mroczny Buron, Buron Twórca – tak na­zywali go znajomi. Przyjaciół nie miał, a wrogowie nie zdążali go nazwać.

Buron wysłał sondę myślową, szukając umysłu owego stworzenia. Nie chciał ryzykować spotkania z bazyliszkiem. Zwykle potem bolała go głowa.

Drgnął, zaskoczony. Stwór w wykrocie śnił!

– Ach… – szepnął Buron do siebie, a jego twarz skrzywiła si w nieładnym uśmiechu. – Cóż my tu mamy? Rozgarnął ostroż­nie kępę paproci. Pierwszą rzeczą, którą zobaczył, była ręka, odznaczająca się od ciemnej zieleni wyraźną, jasną plamą. Nic musiał zaglądać dalej. Dłoń była niewielka, o krótkich, lecz zgrabnych palcach, opatrzonych dłutkowatymi paznokciami, po­łączona z ramieniem delikatnym nadgarstkiem. Przy bliższym przyjrzeniu okazało się, że skórę pokrywa drobniutka przezro­czysta łuska. – Lamia.

Mag skupił się, odszukał wrażliwy punkt lamiej jaźni i posłał ogłuszający ładunek myślowej energii. Sen stwora, od kilku już chwil mącony obecnością czarnoksiężnika, rozsypał się jak rzu­cona w mrok mozaika, Zabrzmiał zduszony, gardłowy krzyk, łuskowate palce wbiły się głęboko w mech, by po chwili zmięk­nąć i znów lec nieruchomo. Buron wyciągnął zdobycz na światło dzienne. Była to samica. Dotykał chłodnego ciała beznamiętnie, z surowością.

– Piękny okaz – mruknął, obmacując kości policzkowe i pod­nosząc bezceremonialnie powieki, pod którymi kryły się jaskra­wobłękitne tęczówki.

– Piękna – powtórzył, i to była prawda. Lamia była piękna. Kobieta obdarzona jej urodą doprowadzałaby mężczyzn do sza­leństwa. Bujne, jasne, zachodzące trójkącikiem na wysokie czo­ło włosy, wydatne wargi, jakby zapraszające do całowania, smukłe ramiona, piersi o kształcie aż zbyt doskonałym. Buron wiedział, że wszystkie te wdzięki miały bardzo prozaiczne prze­znaczenie. Wabiły nieostrożnych pasterzy lub myśliwych, by stali się jeszcze jednym posiłkiem. Na wysokości bioder ciało lamii przechodziło w długi, prawie trzymetrowy ogon, na któ­rym łuski układały się w przepiękny, barwny deseń, do złudze­nia przypominający wnętrze agatu. Mag zastanawiał się, co począć z niespodziewanym darem losu. Wypchać? Nie był pewien, czy wyglądałaby dobrze na ścianie jego wieży. Za bardzo jednak przypominała kobietę. Kobietę…? W tym momencie twarz Bu­rona rozjaśniła się. Tak! To było to!! Coś naprawdę wielkiego! Zrobi to i na pewno mu się uda!

Mag zarzucił sobie na ramiona bezwładne ciało nieprzyto­mnej lamii i poniósł je w stronę domu. Jego domem od prawie dziesięciu lat była niewielka wieża, wznosząca się na jednej z polan, gęsto rozmieszczonych na skraju Puszczy Oczu. W środ­ku było tylko jedno pomieszczenie, z prostymi meblami, ugina­jącymi się pod najdziwniejszą w świecie kolekcją rozmaitych przedmiotów. Ozdobne wyroby sztuki złotniczej, garście złotych i srebrnych monet, porozrzucane niedbale między częściami garderoby i resztkami jedzenia oraz czarnoksięskim wyposażeniem. Częściowo były to graty, których Buton nie dotykał od lat. Przedmioty przeznaczone do oszołomienia potcncjalnego klienta. Wszystkie te ludzkie czaszki, wypchane żmije, sowy i nietoperze, malowane pentagramy, tyle samo warte, co dziecięc rysunki na piasku. Właściwe narzędzia pracy maga mieściły si­w szklanych słoiczkach i flaszeczkach – trucizny, narkotyki lekarstwa. Grube, oprawne w skórę księgi nie zawierały magicznych zaklęć, lecz ogromny zasób wiedzy z chemii, medycyny, anatomii i fizyki. Zestaw błyszczących ostrzy nigdy nie służył do składania ofiar mrocznym bóstwom, lecz do sekcji i wiwisekcji. Z najważniejszym jednak instrumentem Buron nie rozstawał się nigdy. Był nim jego talent. Talent Stworzyciela, zdoln rozerwać więzy cząsteczek materii, rozkazujący atomom zmieniać swe właściwości. Dar, który już w dzieciństwie określił przyszłość Burona i sprawił, że stał się legendą.

Mag chciał dokonać transformacji lamii w ludzką istotę. Z łatwością przychodziły mu przemiany „martwego w martwe”‚ „żywego w martwe”, a nawet „żywego w żywe” na prostych organizmach. Teraz miał stawić czoło największemu wyzwani swego życia.

Buron położył łamię na wolnym kawałku podłogi przed pale niskiem. Była wciąż pogrążona w głębokim omdleniu. Pozamykał okiennice i wnętrze wieży pogrążyło się w mroku. Po chwil na kamiennym obramowaniu paleniska stanęło kilka zapalonych świec. Ich niepewne, migotliwe światło pełgało po ścianach i powodowało, że przedmioty rzucały upiorne cienie. Czarno­księżnik ustawił na podłodze kubek, wypełniony długimi, stalo­wymi igłami, i kilka naczynek, zawierających mętne płyny.

Gotowe – szepnął Buron do siebie, ostatni raz przebiegając wzrokiem po ampułkach. Niektóre zawierały silne środki pobu­dzające, inne – hamujące pracę określonych organów, a w naj­mniejszej blado połyskiwał cenny jad białego węża – śmiertelna trucizna, a jednocześnie substancja wybiórczo zawężająca per­cepcję, jeśli przyjmowało się ją doustnie. Czarnoksiężnik zdjął ubranie, zaczerpnął kryształowym pucharkiem wody z cebrzyka i usiadł przed lamią, skrzyżowawszy nogi. Uważnie odmierzane krople kapały z nawoskowanych pałeczek do wody w pucharku. Buron przełknął ostro pachnącą mieszankę i sięgnął po igły. Brał je kolejno, przesuwał przez płomień świecy i wbijał w skórę w miejscach odszukiwanych ze sprawnością, jaką daje wieloletnia rutyna. Narkotyk zaczął działać. Buron znieruchomiał w pozie medytacyjnej. Pobladła skóra i błyszczące ostrza sterczące z twarzy, brzucha i kończyn nadawały mu demoniczny wygląd. Spod do połowy uchylonych powiek patrzył na kolisty wzór lamich łusek. Mikroskopijne dawki trucizny, rozlewające się w jego żyłach, sprawiły, że ogłuchł, lecz teraz pełniej odczuwał oddech i tętno. Własne, a także stworzenia przed sobą. Kontury łuskowatego wzoru wyostrzyły się, jakby ktoś zakreślił je czarną farbą. Zapach gadziego piżma atakował wyczulone nozdrza z nieznośną intensywnością. Mag zamknął oczy. Już nie musiał patrzeć. Stapiał się z jaźnią lamii, wyczuwał jej organizm. Leni­we krążenie krwi, pracę mięśni tłoczących powietrze do płuc. Czuł jej chłodną skórę jak swoją własną.

„Jasność w jasność, ciemność w ciemność, martwe w martwe, żywe w żywe, krew w krew…” – intonował Buron w myśli. Słowa nie były ważne. Jako mały chłopczyk myślał jeszcze, że istnieją magiczne zaklęcia. Nie było zaklęć. Były tylko zlepki słów, których rytm pozwalał łatwiej opanować umysł. Umysł maga, przed którym pochylały się koronowane głowy. Każdy z władców zamieniłby się bez wahania nawet z najmniej cenio­nym Obserwatorem, wyławiającym myśli zwyczajnych śmier­telników. Lecz przysłowie mówiło: „Mag może zostać królem, ale król nigdy nie zostanie magiem”. Magowie, czarnoksiężnicy – postacie, których prestiż stawiał je niemal na równi z bogami. Jakże rozczarowani byliby prości ludzie, gdyby wiedzieli, że w kamiennych wieżach nie odbywają się nigdy szatańskie orgie, krew nie plami pokrytych kabalistycznymi znakami ołtarzy, a budzące grozę czaszki służą jako prozaiczne przyciski do pergaminów.

„Żywe w żywe, krew w krew, ciało w ciało, ciemność w ciemność…” Buron był bogiem. Przestawiał gwiazdy i żonglo­wał planetami. Rozkazywał im, a one słuchały go z cudowną uległością. Był rzeźbiarzem, tworzącym w natchnieniu najwspa­nialsze dzieło wszechczasów. Dzieckiem budującym twierdzę z piasku… Tkaczem, pochylonym nad krosnami wszechświata… Mistrzem… Niczym… Wszystkim… Czymkolwiek… światło w światło… Ile czasu to trwało? Buron uchylił powieki. świece wypaliły się prawie całkowicie. Zmętniały wzrok maga rejestro­wał lamię jako nieostrą, jasną plamę. Zakaszlał i zaczął po omacku wyciągać igły z ciała. Ruchy Burona były niepewne. Trans wyczerpał jego siły do tego stopnia, że nawet nie chciał sprawdzić od razu, czy przemiana się powiodła. Gdzieś zza okna dobiegał ostry głos sójki. W porządku, słuch wrócił. Zamrugał, wzrok wyostrzył się. Ociężałym ruchem dotknął spoczywające­go przed nim ciała. Skóra była chłodna, lecz zniknęła gdzieś jej szorstkość. W półmroku Buron dostrzegł, że lamia jest znacznie krótsza. Lecz czy rzeczywiście ma nogi? Wtem dłoń maga prze­szył ból. To lamia, leżąca do tej chwili zupełnie nieruchomo, wbiła zęby w jego rękę.

– Au!

Uderzona w twarz, zatoczyła się w kąt i tam przyczaiła, dy­sząc ciężko. Buron wstał i podszedł do okna, by otworzyć okien­nicę. Na zewnątrz królowało południe. Promienie słońca wpadły do wnętrza i oświetliły skuloną w kącie jasnowłosą dziewczynę. Zaszokowana, wpatrywała się w maga. Rozumiał jej zdumienie. Powinien już wić się w konwulsjach pod wpływem jadu, a tym­czasem stał i przypatrywał się jej z chłodnym uznaniem. Próbo­wała uciec od tego przenikliwego spojrzenia, odczołgać się i wtedy ujrzała, co się z nią stało. Przenikliwy, histeryczny wrzask wypełnił izbę. Dziewczyna, krzycząc bez przerwy, pełzła, wlo­kąc za sobą bezwładne nogi, jakby chciała uciec od nich. Buron słuchał tego z rosnącą irytacją. Był zmęczony, a tymczasem jego „wielki sukces” zachowywał się tak, jakby miał udusić się włas­nym krzykiem. Dziewczyna szlochała, zachłystując się, potrąca­ła sprzęty w ucieczce przed magiem i własnym, odmienionym ciałem. Buron obezwładnił ją z łatwością. Zakneblował jakąś chustą i związał. Ofiara obserwowała jego czynności wzrokiem ogłupiałego, przerażonego ptaka. Mag narzucił na nią pled.

– Do zobaczenia wieczorem – powiedział. – I nie próbuj żad­nych sztuczek, bo powędrujesz do słoja! – wymownym ruchem wskazał naczynie z zakonserwowanym w alkoholu waranem. Oczy dziewczyny omal nie wyszły z orbit. Zatrzęsła się, a zza knebla wydobył się głuchy jęk.

Buron przespał kilka godzin i obudził się pełen energii. Na­rzucił byle jak ubranie i natychmiast zajął się dziewczyną. Tech­niką stosowaną przez Mówców z uporem wtłaczał wprost w jej oporny umysł dziesiątki znaczeń i pojęć. Wreszcie przekonał się, że go rozumie. Rozwiązał ją. Bez oporu pozwoliła włożyć na siebie jedną z koszul maga, zbyt dużą, odsłaniającą delikatne barki. Wypiła wodę z podanego czerpaka.

– Kim jesteś? – spytał mag na próbę.

– Jestem lamia – odrzekła spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie jesteś już żadną łamią! – odparł z naciskiem. – Jesteś człowiekiem, kobietą. Zrozumiałaś?

– Jestem lamia – powtórzyła uparcie i błyskawicznym ru chem wysunęła język, oblizując górną wargę. Buron sapnął z irytacją. Nie tak to sobie wyobrażał.

– Wstań! – rozkazał.

Podniosła się z klęczek.

– Wyżej!

Pozostała w tej samej pozycji, patrząc na niego nierozumiejącym spojrzeniem. Czoło czarnoksiężnika zmarszczyło się. Może coś przeoczył? Może dziewczyna ma za słabe mięśnie? Niewykształcone zakończenia nerwów? Obmacał dokładnie jej no­gi. Były zupełnie normalne. Ukłuł igłą czułe miejsce na stopie -podkurczyła palce.

– Możesz chodzić! – burknął szorstko, trącając smukłą łydkę. – No, idź, mówię!

Ku jego wściekłości nie podniosła się, lecz poczołgała. Bar­dzo dziwacznie, wlokąc za sobą nogi, kolebiąc się z biodra na biodro i podpierając się rękami. Uświadomił sobie, że usiłuje się poruszać tak, jakby wciąż miała ogon. Chwycił dziewczynę i postawił siłą.

– Nie jesteś już zwierzakiem! Masz chodzić jak człowiek! Po to masz nogi!

Przez chwilę stała prosto, ale nie podtrzymywana osunęła się znowu na podłogę. Buron ze złością kopnął stołek i zaczął prze­chadzać się nerwowym krokiem w tę i z powrotem. Zrobił kilka głębokich wdechów. Uspokoił się. Nie należało płoszyć jej na samym początku. To tylko szok. Za parę dni będzie jak nowo narodzona, co zresztą było prawdą w dużym stopniu.

– Jesteś ślicznym stworzeniem – powiedział Buron. ‚Jakby stworzonym, by mieć cię w łóżku” – dodał w myśli. – Nazwę cię Elijon – Leśna. To pasuje do ciebie.

– Jestem lamia – powiedziała znowu. W jej głosie pojawiła się twardsza nuta. – Lamia. Nie kobieta. Nie Elijon. Lamia.

– Lamia? Naprawdę? – spytał Buron z drwiną. – Bez ogona? A wiesz, co ja robię z lamiami? – ciągnął. Obdzieram ze skóry i zjadam. Więc jak? Jesteś lamia czy kobieta?

Oczy dziewczyny powędrowały w stronę słoja z waranem. Potem popatrzyła na swoje stopy.

– Kobieta Lamia – powiedziała niechętnie, wymawiając dru­gie słowo z akcentem imienia.

– Dobrze. Lamia – Buron odczuł ulgę, choć nie dał tego po sobie poznać. Lamia – imię. Na tyle mógł jej pozwolić.

Dni, które nadeszły potem, były koszmarne. Lamia, mimo pozornej kapitulacji, stawiała opór. Buron osiągnął tyle, że poru­szała się w postawie pionowej, powłócząc niezgrabnie nogami, ale kiedy tylko mogła, zwijała się w niewygodny kłębek w chłodnych, zacienionych kątach wieży. Buron doskonale zdawał sobie sprawę, że jej pozy i milczenie są biernym protestem prze­ciwko temu, co z nią zrobił. Kilkakrotnie usiłował wpisać do kroniki szczegółowy opis eksperymentu i za każdym razem ci­skał w ogień pokreślone karty. Błękitne oczy Lamii śledziły każdy jego ruch i burzyły spokój. Oto miał w domu żywy dowód swej potęgi. Coś, na co nie zdobył się żaden z jego poprzedni­ków. Ukoronowanie kariery najwybitniejszego maga od stuleci i jednocześnie największą klęskę. Chciał mieć piękną kobietę, to­warzyszkę i kochankę. Otrzymał ją, owszem. Kochankę o umy­śle lamii! Trucizna w pięknym owocu, jedwab nasączony jadem.

– Spalone zwierzę! – powiedziała Lamia ze zgrozą, patrząc na talerz Burona. Porcja przed nią była surowa. Powyższe słowa powtarzała przy każdym posiłku, z denerwującą regularnością. Próby nakłonienia jej do zjedzenia czegoś innego niż krwisty ochłap, spełzły na niczym. Buron z obrzydzeniem popatrzył, jak odrywa paznokciami strzęp mięsa i połyka w całości.

– Dlaczego nie gryziesz? Masz przecież normalne zęby -rzekł rozdrażniony, choć dobrze wiedział, jaka część przeszłości Lamii była tu odpowiedzialna. Lamie miały tylko kły jadowe i przednie siekacze. Pokarm rozcierany był w żołądku. Dziew­czyna uśmiechnęła się prowokacyjnie i błyskawicznie wrzuciła do ust ukrywany w dłoni kamyczek. Napięte nerwy Burona nie wytrzymały. Zaślepiony złością mag chwycił swój talerz i rzucił Lamii w twarz.

– Zwierzę! Zwierzę!! Głupia, ślepa dziwka! Za czym tak tęsk­nisz? Za wyrywaniem bebechów innym bestiom? Za błotem… brudem…? Taka byłaś piękna przedtem! Kto by się obejrzał za taką ogoniastą kurwą? No, kto?

– Wernhahee’ – głos Lamii był ostry jak chlaśnięcie bata. Talerz trafił ją w czoło i spod fali jasnych włosów spływała w dół cieniutka smużka krwi.

– Wemhahee’ – powtórzyła – …i ty.

Wykrzywiła się, naśladując jego brzydki uśmiech. Wytarła krew palcami i oblizała je. Buron wstał od stołu i zaczął przesta­wiać flaszki z chemikaliami po to tylko, by zająć czymś ręce. Wernhahee’ – słowo z języka lamii, wymawiane na wydechu, znaczyło „srebrny”, a na wdechu „samiec”. Widział ich, dużych, o spłaszczonych czaszkach, przechodzących na barkach w ro­dzaj skórzastego kaptura. Zakutych w chitynowe pancerze, zie­lonkawe, z kontrastową srebrzystoszarą plamą na piersiach.

– Cóż takiego mają ci twoi wernhahee’? – zapytał od nie­chcenia.

– Ogon – odparła lakonicznie.

Buron prychnął pogardliwie.

– Nadchodzą wiosenne tańce – ciągnęła Lamia. – Ty też chciałbyś ze mną tańczyć, ale nie możesz. Nie jesteś wern­hahee’.

Trafiła w samo sedno. Mag zastukał kłykciami w blat. Ner­wowo. – Mógłbym, gdybym chciał – powiedział, wiedząc doskonale, że brzmi to idiotycznie.

Lamia szeleściła czymś przez chwilę.

– Patrz! – usłyszał. Odwrócił się. Sukienka, w którą zmienił swoją koszulę, leżała na podłodze. Lamia stała na niej w wyzy­wającej pozie. Usta i policzek usmarowane miała krwią.

– Chcesz ze mną tańczyć? No, zrób to. Po to dałeś mi te dwa słupy i to śmieszne futerko.

Buron pożerał wzrokiem śmiałe piękno Lamii, ale nie mógł zdobyć się na to, by jej dotknąć. Mimo że przez całe dni mówił o niej „kobieta”, w głębi duszy przyznawał się do porażki. To nic była istota ludzka. To było coś obcego, zbyt obcego, lamia. Męskość pulsowała mu boleśnie… i nie mógł, nie potrafił zmusić Się do wzięcia tej drwiącej samicy.

Rozdrażniony, upokorzony i wściekły skierował się do drzwi. Już na progu dogoniło go prychnięcie Lamii:

Wernhahee’!

Czarnoksiężnik wracał do swej wieży, całkowicie zdecydo­wany pozbyć się Lamii. Była nieudaną próbą. Rzeczą, która przysporzyłaby mu więcej kłopotów niż popularności. Oczywi­ście nigdy nie złoży sprawozdania w Kręgu. Możliwe, że trans­formacja „żywego w żywe” i „rozumnego w rozumne” opromie­niłaby go niewyobrażalną chwałą, lecz wyszłyby na jaw te nie­szczęsne niedociągnięcia. Buron nawet przed sobą nie chciał się przyznać, że głównym powodem takiej decyzji były kpiny Lamii z braku jego męskości.

„Cicha, mało bolesna śmierć” – myślał Buron. – „Żadnego cyjanku. I żadnych ostrzy. Za dużo sprzątania. Biały wąż, to właśnie! Gad dla gada”. Przez szpary w okiennicach przesączało się jasne światło. Buron pchnął drzwi, które poddały się z ci­chym skrzypnięciem. Wnętrze zalane było powodzią światła. Wszędzie stały płonące świece i lampy olejowe. Światło wydo­bywało fantastyczne błyski z pozawieszanych na ścianach klej­notów i metalowych instrumentów. Na stole siedziała Lamia, obejmując ramionami kolana. Oparła na nich policzek. Jej włosy spływały w dół niby wodospad roztopionego złota. Naga skóra, nieskazitelna jak biały marmur, przyciągała wzrok. Nie mówiąc ani słowa, wstała i zaczęła tańczyć. Buron patrzył z zapartym tchem. W takt niesłyszalnej muzyki ciało Lamii gięło się z nie­opisaną gracją. Gdzie podziała się szorstkość jej ruchów, powłó­czenie nogami, garbienie ramion? Niespodziewanie rozkwitła jak olśniewający kwiat. Piękno dla samego piękna. Nie żądające nic w zamian, bezinteresowne, wspaniałe.

Ciałem mężczyzny wstrząsnął dreszcz. Ruch kobiecych bio­der, kołysanie piersi wabiło go swym odwiecznym zewem. Ko­biecość Mówiąca „chodź i weź”. Obiecująca niewysłowione roz­kosze. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by posiąść skarb godny króla królów. Poszedł za tym wołaniem, a Lamia przyjęła go tak, jak pustynny nomad przyjmuje łyk wody – zachłannie i nie roniąc nawet cząstki. Zagarnęła go całego, bez reszty. Dał się wciągnąć w wieczysty taniec życia i płodności. Kochali się na twardym blacie, wśród płomyków świec i rozbłysków perło­wych główek igieł powbijanych w brzeg stołu. Co jakiś czas odpoczywali, a potem zaczynali na nowo i tak przez całą noc. Świece gasły jedna po drugiej i tak samo wyczerpywała się ich namiętność.

Buron legł na wznak, z pustką w głowie, wyczerpany. Omdla­łe mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Lamia wyjęła z drewna jedną z igieł i oglądała ją w zamyśleniu.

– Do czego ci potrzebne? – spytała.

– Do pracy. Do eksperymentów.

– Do przemian?

– Mhm…

– Co się z tym robi?

– Wkłuwa w ciało, w specjalne miejsca.

Dłoń Lamii zawisła nad jego piersią.

– Gdzieś tutaj?

– Mhm… – przymknął oczy i w tym momencie poczuł lekki ukłucie.

– Co…?

Nagle z przerażeniem spostrzegł, że język mu drętwieje Gardło zacisnęło się w gwałtownym spazmie, ciało wygięld palce drapały konwulsyjnie drewno. Nieruchoma twarz Lami oddalała się, w błyskawicznym tempie niknąc na końcu ciemnego tunelu. Jeszcze przez chwilę, wkładając w to całą siłę woli Buron stał na progu Bramy Istnienia, a potem przekroczył go.

Świtało.

Lamia stała pośrodku wieży, którą w krótkim czasie zmieniła w krematorium. Buron leżał wciąż na stole, na którym umarł. Przykryła go kocami i zgromadziła wokół wszystkie przedmio­ty, które wyglądały na łatwo palne. Dodatkowo oblała zaimpro­wizowany stos wszystkimi płynami, które choć trochę pachniały alkoholem.

Nie zabierała z sobą prawie nic. Nie chciała złota ani pamią­tek. Miała na sobie sukienkę, którą podarował jej mag, spiętą broszą w kształcie jaszczurki. Zwinięte w węzeł włosy przytrzy­mywały jej igły o główkach z perci. Przy pasku wisiał woreczek, w którym schowała buteleczkę z jadem białego węża.

Podpaliła od lampy zwisający róg koca i stos zapłonął. Błękit­ne i zielone płomienie otoczyły martwe ciało.

– Doceniam to, co mi dałeś, Buron – powiedziała Lamia ci­cho. – Zrozumiałam cię i może gdybyś ty chciał choć trochę, zrozumieć mnie…

Odwróciła się i wyszła, nie dokończywszy. Ogień za jej ple­cami z trzaskiem brał w posiadanie czarnoksięską pracownię.

Lamia szła przez polanę, z przyjemnością nurzając bose stopy w zroszonej, trawie. Mały biały wąż wysunął się z zieleni i owinął wokół jej kostki jak drogocenna bransoleta z kości sło­niowej. Przed nią otwierał się wspaniały, ogromny świat gotów do wzięcia. Pełen wernhahee’ i ciepłego, żywego jedzenia.

 

luty 1993

Ewa Białołecka

Ewa Białołecka

Tłumaczka, redaktorka, pisarka; laureatka Śląkfy i Zajdla.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *