Wariat wśród obłąkanych – Piąte piwo

Na terenie science fiction istnieją takie pomysły, a więc takie stany umysłu autorów, których nie da się osiągnąć bez sztucznego wspomagania. Twórczość literacka w dużej mierze polega na określeniu własnego autorskiego metabolizmu, tzn. czegoś w rodzaju parametrów technicznych własnego talentu: ile go jest, jaka jego specyfika, wydajność, w jakich warunkach korzysta się z niego maksymalnie itp. To ostatnie obejmuje także listę stymulatorów, które sprzyjają wywindo­waniu umysłu na wyższe obroty. Jednym przy pisaniu poma­ga picie gorzałki lub kawy, inni (Simenon) potrzebują do inspiracji gołych dup i cycków, użerania się z tym i tłoczenia w to własnych sekrecji. Jeszcze innym służy bardzo wszelka abnegacja, post i odcięcie się od czynników zewnętrznych. Gdyby opublikować pełną listę inspirantów tzw. twórczości literackiej, włos by się podniósł na głowie nie tylko dziatwie szkolnej, pochylonej ufnie nad wykazami lektur.

W najbardziej uprzywilejowanej sytuacji znajdują się ci pisarze, którzy adrenalinę literackiego typu mają od razu do­laną do organizmu. Kawę, dziwki czy podglądactwo można danemu twórcy odciąć; źródła takiej adrenaliny zatkać nie sposób, bo nie wiadomo, gdzie się ono znajduje.

Jedno jest pewne: gdy zabić takiego autora, niknie wraz z nim i jego podnieta. Tego typu czynnikiem dla Philipa Dicka były stany na wpół schizofreniczne, odjazdowe. Lech Jęczmyk, wielki zwolennik Dicka, twierdzi, że facet ten był waria­tem i co do tego nie może być najmniejszych wątpliwości. Co pewien czas coś o Dicku czyta. Czy wiesz, mówi mi ostatnio, że Dick uważał, że imperium rzymskie nigdy nie upadło, tylko trwa zamaskowane do dziś? Aż mi dech zaparło. Jakże więc — powiodłem ręką po otoczeniu — tłumaczy to wszystko? Ano, w tym problem — oznajmił pan Leszek. Jak widać, Dick nie bierze się za rzeczy błahe ani małe.

Przytaczam tę anegdotę dla zobrazowania, że na taki pomysł, niewątpliwie mocno fantastyczny, nikt by oprócz Di­cka nie wpadł. Niezależnie od tego, ile by wypił wódki albo zażył kobiet, nie byłby w stanie wygenerować czegoś tak brutalnego, tak porażającego. Jest to bez wątpienia fantasty­ka totalna i słysząc, że taki pomysł legł u podstaw jakiegoś utworu literackiego, nie mógłbym zasnąć, gdybym się z tym dziełem nie zapoznał.

Widzę, że przemawia przeze mnie niezdrowa egzaltacja; na starość staję się skłonny do wzruszeń. Tak czy owak, Philip Dick jest dla mnie nazwiskiem, na widok (lub dźwięk) którego rośnie temperatura mojej ciekawości. Powieść „Klany księżyca Alfy”, dość słaba literacko i zgodnie potępiona przez wszystkich, z którymi rozmawiałem, wzbudza przecież emo­cje innego rodzaju. Tu trzeba wyznać, że od dawna nie uwa­żam się za tzw. normalnego czytelnika. Jestem raczej zboczonym poszukiwaczem, cybernetycznym żółwiem, na­stawionym na określony rodzaj doznań. Już mnie nie interesuje tak bardzo, żeby ktoś z mniejszym lub większym wysił­kiem pieścił mi duszę — raczej to, jak się do tego zabiera. Jakich używa technologii, jakie maści przynosi ze sobą, jakie zna zaklęcia, sposoby i chwyty. Usiłuję przeniknąć tajemnicę Dickowego kamienia filozoficznego, więc i „Klany księżyca Alfy” czytam z najwyższą uwagą.

Niestety, jest to książka ze wszech miar frapująca. Można zarzucić jej pomieszanie z poplątaniem wątków, ale tylko przy pełnym lenistwie czytelnika. Można widzieć tam nihilizm i Dicka słabującego, ale tylko przy miernym rozeznaniu w specyfice jego pisania. Dwa poważne powody skłaniają mnie do takiej opinii.

Po pierwsze, jakeśmy to sobie powiedzieli, Dick był waria­tem. Akcja „Klanów księżyca Alfy” przedstawia zaś społecz­ność z tytułowego księżyca, złożoną z samych obłąkańców. Trafił swój na swego, chciałoby się rzec. Dick podchodzi do zagadnienia w sposób niezwykle systematyczny, co by wska­zywało, że takim skończonym wariatem jednak nie był. Owe „klany” to po prostu kategorie schizofreników, które wydzieliły się z całej społeczności obłąkanych (na księżycu Alfy był kiedyś terrański szpital psychiatryczny, który poszedł w ruinę jak Bastylia). Są one w powieści przedstawione nader precy­zyjnie, z uwzględnieniem najnowszych ustaleń z 1964 roku. Nazwy ich stanowią skróty poszczególnych form schizofrenii, zaś stolica każdego klanu bierze imię od postaci historycznej, zarazem przedstawiciela danej formy choroby. Można by po­myśleć, że Dick stroi sobie żarty, gdyby nie czynił tego ze śmiertelną powagą.

Klany księżyca Alfy:

* Hebowie — od hebefrenii, stolica Gandhitown;

* Poly — od schizofrenii polimorficznej, stolica Hamlet–Hamlet;

* Pare — od paranoi schizofrenicznej, stolica Adolf ville;

* Mansowie — od schizofrenii maniakalnej, stolica Da Vin­ci Heights:

* Depowie — od depresji wiadomego typu, stolica Cotton Mather Estates:

* Skitzowie — od katatonii (powinno być Katowie, być mo­że Dick ukuł nazwę od samej schizofrenii, gdyż katatonia jest jej najcięższym przypadkiem), stolica nieznana;

* Ob-Comowie — od „typ obsesyjno-kompulsywny”, czyli żywy arytmometr, stolica nieznana.

Dwie ostatnie kategorie odgrywają w powieści marginalne znaczenie, plątając się tylko po scenografii i uzupełniając ob­raz ogólny. Dla lepszego zrozumienia wspomnę, że hebefrenia to postać schizofrenii charakteryzująca się wesołkowatością i ogólnym głupactwem, prowadzi do głębokich przemian oso­bowości (nie na korzyść). Cotton Mather zaś to fanatyczny purytanizm amerykański z przełomu XVII i XVIII wieku. Po­dobno rozniecał atmosferę histerii religijnej, przyczyniając się w dużym stopniu do słynnego procesu czarownic z Salem. Nie jest jednak powiedziane, że dla swoich klanów Dick ma jeno drwiny: Hebowie widzą przyszłość, duchowo są bardzo mocni, podobnie jak „bliscy Boga” Depowie. „Święta Trójca”, która powstrzyma inwazję Tarran na księżyc, składać się będzie z dwóch Hebów i jednego Depa (albo odwrotnie).

W celu unaocznienia, jak dalece Dick przywiązywał wagę do określenia roli poszczególnych klanów, przytoczę ich od­powiedniki w hinduskim systemie kastowym. Hebowie to nie­tykalni (bo dotknięcie ich przynosi ujmę). Mansowie to szaleni wojownicy a la samuraje, Pare — władcy, Poly — artyści, kre­atorzy nowych idei. Kłopot ze Skitzami: katatonicy przebywa­ją z reguły w innym świecie. wśród własnych majaków i w transie, nadają się więc wyśmienicie na poetów lub religij­nych proroków (tu ich zakres kompetencji pokrywa się częś­ciowo z Hebarni). Dobre pytanie, które w tym miejscu zadaje jeden z bohaterów (notabene sztuczny człowiek prowadzony przez operatora), brzmi: czym w takim razie społeczność księżyca Alfy różni się od społeczności Terry? Projekt głów­nego bohatera, aby założyć klan Normów ze stolicą w Tho­mas Jeffersonburg, wydaje się w tej sytuacji mało przemyślany, zwłaszcza że coś takiego jak norma psychicz­na nie istnieje.

Drugi powód, dla którego warto się zająć tą książką, wyni­ka z obecności w niej stałej obsesji Dicka, czyli ucieczki przed kobietą prześladującą mężczyznę. A właściwie przed żoną prześladującą męża. Rozstali się właśnie i ta żona dą­ży do obdarcia go ze skóry, łagodnie mówiąc. Chce go po­zbawić forsy, potencji, spokoju, widoków na przyszłość. Chce go zamordować jego własnymi rękami, chce go wpędzić w obłęd, zaszczuć i wykończyć. Niewątpliwie wziął się ten motyw z osobistego życia samego autora, który umierając w wieku 54 lat, zdążył zaliczyć pięć żon, dziwiąc się z całej siły, że te radykalne posunięcia nie zdołały nic zmienić w sa­mej zasadzie. Tłumaczył to bodaj w „Now wait for last year” (Zaczekaj do zeszłego roku): po prostu ciągle trafiasz na taki sam ich rodzaj i musisz przegrać. W „Klanach księżyca Alfy” mamy kolejną taką gehennę, do tego stopnia, że bohater serio rozważa pozbawienie życia swej krwiożerczej małżonki, ale w końcu jej przebacza, bo nie jest drobiazgowy. Może nawet była to ta sama kobieta, której dedykowany został „Człowiek z Wysokiego Zamku” w 1961 roku: „Dla mojej żony Anne, bez której milczenia ta książka nigdy by nie została napisana”.

Są zatem „Klany księżyca Alfy” książką strasznie typową i nietypową dla Dicka. Typową, bo pełno w niej elementów znanych z jego twórczości: jasnowidze, czytacze w myślach, dziwne indywidua na usługach obcych, prorocy i mesjasze, symulakrony, czyli sterowane sztuczne osobniki, inwazje, rozgrywki, naznaczone fatalizmem stosunki męsko-damskie. Ale coś mi się zdaje, że Dick jeszcze nie jest tu tak zgorzkniały i tak szalony, jak w późniejszej swojej twórczości, która właściwie była jedną wielką obsesją sztuczności świata, po­szukiwaniem jego prawdziwej postaci pod maską nałożoną mu w wyniku jakiegoś parszywego zabiegu. Przez te wszyst­kie marsjańskie futrzaki i drukujące ameby, grające świersz­cze wenusjańskie, przez galaretniaki z Ganimeda, przez wizję kosmosu zaludnionego co się zowie, wypełnionego ru­chem, kombinacjami i wszelkiego typu podejrzanym działa­niem — przebija wielka tragedia tego goniącego w piętkę umysłu, nie potrafiącego wyzwolić się z pęt własnych lęków, fobii i zahamowań.

Marek Oramus

 

PS: Ktoś mi ostatnio wywodził, że „Klany księżyca Alfy” to powieść niezrównoważona. Chyba wtedy spałem; chciałbym te­raz dorwać tego rozkoszniaczka, którego rodzice, płodząc go, znajdowali się w stanie głębokiej nierównowagi, jeśli nie wzbu­rzenia. Powieść, w której 80 procent bohaterów, a właściwie wszyscy, jest pieprzniętych, ma być zrównoważona! To i „Lot nad kukułczym gniazdem” pewnie jest za mało zrównoważony? Ale jak tak solidnie się zastanowić, to cała literatura jest nie dość zrównoważona. Najwyższa pora coś z tym zrobić. Lecz jakże może być inaczej, skoro cały ten świat jest zupełnie niezrówno­ważony? Oj, coś mi się zdaje, że ktoś tu chce dostać w mordę!

PS 2: W wydawnictwie Phantom Press ktoś usiłuje spalić Dicka, tak jak Arax spalił Kuttnera. Zupełnie nie rozumiem polityki tłumaczenia najpierw gorszych, a potem żadnych powieści dane­go pisarza. Chyba że wydawca nie wie, które są które. W imieniu Lecha Jęczmyka zapraszam na konsultacje.

MO

 

Philip K. Dick: „Klany księżyca Alfy”. Tłum. Agata Dutkiewicz. Phantom Press, wyd. I. Fantasy i SF. Cena 26.000 zł

Tekst opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 2 (18) 1993

Marek Oramus

Marek Oramus

Marek Oramus – pisarz za dobry, by stać się „bestsellerowym” i krytyk – legenda. W „Fenixie” stworzył słynny cykl felietonów o książkach „Piąte piwo”, o którym pamięć przeszła z pokolenia na pokolenie. Cykl ten będzie kontynuowany w „Fenixie Antologii”.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *