Tygrys szablastodzioby po raz pierwszy – Tygrys szablastodzioby

Tygrysy zawsze budziły we mnie miłe skojarzenia. Już to nie jadły irysów, już brykały nudziarzy do rzeki, a w chwilach krytycznych potra­fiły i zapłonąć w środku nocy.

Wszelako nasz tytułowy tygrys nie ma z wyżej wymienionymi nic wspólnego. Jest to bowiem TYGRYS SZA­BLASTODZIOBY.

Tygrys szablastodzioby narodził się niedawno, kilka miesięcy temu. Wtedy to właśnie pojawił się przelotnie w jednym z licznie zawalających nasz rynek horrorów. Dla mnie jest on (tygrys, nie horror — choć z drugiej strony…) symbolem tego, co przytrafiło się w ostatnich latach sztuce translatorskiej, edytorskiej i całemu w ogóle rynkowi książki. Czyli totalnej zapaści.

„Nastąpił straszliwy widok. Dym wypełnił korytarz, który wspiął się po schodach. Owinął się wokół zgiętego przedramienia, wydającego przykry zapach ludzkich wyziewów. Dalej dotarł do pary czarnych butów typu Wellington. Bohaterka mocno ścisnęła nasadę nosa i westchnęła z przygnębieniem”.

Poprzedni akapit nie zrodził się, niestety, w mym pono ekscentrycznym umyśle. Są to po prostu połączone cytaty z dwóch różnych powieści, typowych produktów masowych atakujących obecnie ze wszystkich stron. Pomijając zupełnie ich zazwyczaj dość, delikatnie mówiąc, kretyńską treść (jakże po zapoznaniu się z teorią zachodzących w ciele człowieka, a prowadzących do samospalenia delikwenta mikrowybuchów jądrowych podsycanych uranem 237 zawartym w kościach, rozczulić może tekst T. Kołodziejczaka, zarzucający jakiemuś autorowi, że nieco przesadził z siłą naciągu swych kusz), zastanówmy się przez chwilę nad samą formą. Bowiem „nieprawdą jest, jakoby” sama treść stanowiła o walorach lektury. Bynajmniej. Dlatego właśnie złe tłumaczenia są takie groźne. Człowiek niby czyta słynną powieść fantastyczną, kamień milowy w rozwoju światowej SF — i nic. Ot, kolejny tygrys szab.

Obywatel Tygrys Sz. grasuje jednak nie tylko wśród tłumaczy. Równię często pojawia się w siedzibach redaktorów i wydawnictw. Ci pierwsi uprawiają swą radosną twórczość w błogim przekonaniu, że oto ulepszają dane dzieło, drudzy natomiast lekce sobie ważą obowiązek (tak jest, obowiązek!) udostępnienia poprawionego już tekstu tłumaczowi, który wszak podpi­suje go własnym nazwiskiem. Efekty? Oto przykład pierwszy z brzegu, o tyle jednak bolesny, że przydarzył się niżej podpisanej. Oto nieznana mi i anonimowa pani redaktor uznała, że znane każdemu, kto kiedykolwiek zetknął się z komputerem „pliki” to nic Innego, jak zwykłe akta. I taką też wprowadziła do całego tekstu poprawkę. Ta sama pani stwierdziła też zapewne, że „choć” to błędnie napisane „chodź” i zgodnie z tym skorygowała odpowiednie fragmenty. Śmiać się czy płakać?

Nie myśl sobie, Drogi Czytelniku, że to tylko „pro­blemy techniczne”, które Ciebie osobiście nie dotyczą. Dotyczą, a jakże. Ile w końcu razy można z wściekłością rzucać książką o ścianę — jako typowa choleryczka nie mam pojęcia, jak reagują osoby o spokojniejszym charakterze, ale coś robić muszą — zanim zacznie się odczuwać nieprzepartą awersję do niektórych już nie autorów czy wydawnictw, lecz wręcz gatunków literac­kich? Bo powiedzmy sobie szczerze: fantastyka w ja­kości tłumaczeń i redakcji tekstów idzie łeb w łeb z horrorem i sensacją, nieco tylko wyprzedzając romanse. Kilka spotkań z podobnie wydanymi „dziełami” wy­starczy, aby zniechęcić się do końca życia.

 

Jakby tego było mało, na moment wypada zatrzymać się przy kwestii języka. Wszystkie te zmagania z gramatyką, interpunkcją, składnią i ortografią nie pozostają zapewne bez wpływu na, szczególnie młodszych, czytelników. Sama pamiętam, jak fakt pojawienia się czegoś w książce wystarczył, by traktować to jako wzorzec poprawności. Rzecz jasna, zjawisko to może w znaczący sposób przyczynić się do lepszej znajomości jeśli już nie języka, to chociaż składni angielskiej, nagminnie przez tłumaczy kopiowanej, lecz w momencie, gdy w owej książce znaleźć można kwiatki typu: chojny (nie chodzi tu o drzewa!), oprużniać, rozrza­rzony — nb. parę stron dalej w tej samej powieści pojawia się wdzięczne słówko rozżalony, jakby ktoś nie mógł się zdecydować, której formy użyć — czy choćby popularne „na codzień, sytuacja staje się groźna. Niemal słyszę te głosy domagające się uproszczenia pisowni…

Przepraszam, nieco mnie poniosło. Ale już galopem wracam do fantastyki. Niektórzy Czytelnicy pamiętają zapewne, Jak w dawnych dobrych czasach „wydawnictw klubowych” został kompletnie zarżnięty Wyndham, jak „Zakluczone królestwo” doprowadzało do szału wielbi­cieli Ziemiomorza, wywołując wysoce niepochlebne komentarze (cytuję z pamięci: królestwo to to może nie jest, ale ku… i owszem). Ale co było robić — łaknął człowiek* fantastyki, to i czytał. Teraz z łaknieniem jakby nieco gorzej i powinno to dać wydawcom trochę do myślenia. W końcu nie istnieje (jeszcze) ustawowy obowiązek czytania SF/fantasy, choć Lem trafił już do szkół. Jeśli rzeczy nadal będą szły dotychczasowym torem, niedługo przy fantastyce ostanie się drobna garstka fanatyków… I rzesza najmniej wymagających miłośników mocnej akcji. Już teraz zresztą na sam widok co poniektórych okładek nie wiadomo, czy lepiej uciec, czy może wybuchnąć śmiechem gromkim a pustym. Jako panience trudno mi co prawda ocenić walory portretowanych na obrazkach dam, ale sądząc po reakcjach znajomych, nie jest to najlepsza zachęta.

Co z tego wszystkiego wynika? Ano to, że skoro już tygrys szablastodzioby okazał się tak potężny, może też nada się na patrona rozważań różnych. Niekoniecznie zawsze o tłumaczeniach, choć temat to wdzięczny i daje szerokie pole do popisu. Oczywiście, może być i tak, że nagle wszystko się poprawi i problem zniknie. Ale specjalnie bym na to nie liczyła. W kraju, w którym słynny „Ran” Kurosawy został w katalogu wideo na­zwany „Bieg”, zawsze musi się zdarzyć coś ciekawego.

 

*Wbrew przekonaniom niektórych, słowo to odnosi się również do mnie, a także do innych kobiet.

Tekst opublikowany pierwotnie w magazynie „Fenix”, nr 3 (12) 1992

Paulina Braiter

Tłumaczka z języka angielskiego, autorka felietonów i recenzji.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *