Wieszczy

I

Uroknica Siubiela czuła niepokój.

Co noc budziło ją przeczucie niebezpieczeństwa. Wprawdzie nic się nie wydarzało przecie czarownica zrobiła się czujna.

Wreszcie zrozumiała, że chodzi o kocioł. Wysoki na trzy łokcie, spiżowy, grawerowany w dziwaczne wzory dawno zapomnianego pisma, pełen magicznej wody.

Siubiela miała go od wielu lat. Sama nie pamiętała od ilu. Rachubę straciła gdzieś przy ośmiu tuzinach. Wykopała go na bagnach. Nie zawiódł jej oczekiwań – pomagał w wielu rzeczach. Na zawołanie pokazywał wszystkie miejsca i przeszłe zdarzenia. Woda z niego leczyła wiele chorób i przepędzała demony. Wiedźma wiedziała, że nigdy nie zdoła odkryć wszystkich tajemnic kotła. Przecie znała tą najważniejszą – kiedyś był własnością Welesa, boga zaświatów, mrocznej Nawii, do której szli zmarli. Tylko wojowie polegli w walce mieli prawo zatrzymać się przy boku jasnych bogów; Swętowita, Swaroga czy Dadżboga; inni spadali do Nawii.

Weles próbował dawno temu zdobyć panowanie nad światem. I już był blisko sukcesu gdy przegrał decydujący pojedynek z Matką Bogów, wszechmocną Ziemią. To ona odebrała mu kocioł i ukryła. Odtąd Weles na wszystkie sposoby usiłował go odnaleźć, jednako nigdy nie dopiął celu.

Siubiela czuła, że kiedyś przyjdzie jej bronić kotła przed wysłannikami Welesa. Gotowała się na walkę, choć wiedziała, że bez pomocy jasnych bogów jej nie wygra.

Właściwie zawsze była młoda – jak wszystkie leśne panny. To tylko ludzie widzieli jej starzejące się ciało.

Naprawdę ono nie starzało się, włosy nie siwiały, skóra nie marszczyła. Gdyby nie użyła czarów i wieśniacy widzieli ją wiecznie młodą, unikaliby jej, a służenie ludziom jest przecie przeznaczone leśnym pannom.

Skończył się wszak czas spokoju. Kocioł dawał znaki, że Weles zbliża się. Stary magiczny przedmiot nie chciał powrócić we władanie Welesa. Musiałby wtedy wykonywać znów polecenia, które doprowadziłyby ludzi do zguby.

Siubiela dłużej nie czekała.

Chwilę stała bez ruchu, przesuwając dłońmi nad wodą w kotle. Wtem w ciasnej, zasmrodzonej od ziół chatce pojaśniało. Powierzchnia wody wzburzyła się, zakipiała.

– Panie mój, Swętowicie, wspomóż mnie, Weles wraca!

II

Kulawy starzec obejrzał się. Nikt za nim nie szedł. Zachichotał. Głupcy! On im pokaże. Starosty rodu nie szanują! Najstarszego człeka we wsi nie słuchają! Trza im odpłacić. Zasłużyli na karę. On, który lata całe służył w chramie Rujewita w bogatym Gardźcu, nie jest poważany przez syna, wnuki, krewnych i innych ludzi. Odkaszlnął charkotliwie. Psie syny! Doczekali się!

Kuśtykał prędko leśną steczką. Niósł mały worek, w którym szamotało się coś żywego. Dorosła kura nie stanowiła wielkiego ciężaru, mimo to starzec ledwo ją niósł. Musiał stawać co chwila dla złapania oddechu. Ale przyjdzie jeszcze czas, że bez wysiłku będzie łamał ludzkie karki. Jak przed laty.

Znów nasłuchiwał. Nic nie doszło jego uszu. Gdyby szli za nim, musiałby coś usłyszeć – jak na bagna ta noc była wyjątkowo cicha i spokojna.

Wreszcie doszedł. Stał przy niewysokim głazie, spod którego brał początek maleńki strumyczek. Źródełko niespokojnie wybijało wodę, jakby bojąc się, że ktoś je zaraz przydusi.

Starzec wyjął wierzgającą kurę.

– Na czar Nagrody! Na źródło wody! Na kocioł twój! Przyzywam cię, Welesie! Przyjdź!

Trzęsące się dłonie szybko ukręciły kurzy łeb. Z rozerwanej szyi pociekła krew wprost do wody. Czerwona struga popłynęła z leniwym strumykiem.

Załomotały racice.

Starzec odwrócił się zaniepokojony.

Stanął przed nim ogromny dzik. W świetle miesiąca połyskiwały niezwyczajnej wielkości szable. Starzec poznał – miał przed sobą wysłannika Welesa.

Upadł na kolana. Czoło przycisnął do zimnego mchu.

– Czego chciałeś? – gdy podniósł oczy za dzikiem majaczyła niewyraźna postać długowłosego męża. Starzec nie śmiał znów spojrzeć na boga, który przybył na jedyne zdolne go wezwać przywołanie. – Rzekłeś coś o kotle?

– Tak, panie – wyszeptał stary – wiem jak go zdobyć. Ja to potrafię…

– Czego chcesz w zamian?

– Nagrody Bogów!

– Żądasz wiele, człowieku. – starca zmroził zimny ton głosu boga – Jednak dla mnie to nic nie znaczy. Dostaniesz wieczne życie i młodość po wsze czasy. Ciekawym czy zawsze będziesz zadowolony z daru tego…

– Będę, panie!

– Dobrze, głupcze. Wiesz więc zatem, że kocioł może ukraść jedynie ten, kto zabił gołymi rękoma trzech ludzi i zna odpowiednie czary?

– Wiem, panie. Wiele lat służyłem w chramach na Ranie. Nauczyłem się wiele. Przedtem jednak byłem pomocnikiem kata u księcia Kołobrzego.

– Kogoś takiego szukałem – odparł bóg – Lecz musisz spełnić jeszcze jeden warunek. Niewielu ludzi może mu podołać, przeto dotąd nie udało mi się znaleźć odpowiedniego sługi do wykradzenia kotła.

– Co to takiego, panie?

– Masz zabić własnego syna!

– Zrobię to! – Starzec uśmiechnął się pod siwym wąsem.

III

Ciężkie, szare chmury odchodziły na północ gnane wiatrem. Morze uspokajało się. Bałwany stawały się mniejsze i mniejsze, fale coraz ciszej chlupotały o burty korabia. Znów zaświeciło słońce. Już nie tak ostro jak rankiem, mimo to zdołało wrócić spokój płynącym na „Złotym Orle” wojownikom.

Zbrojny młodzieniec stojący przy złamanym maszcie, ruchem głowy odrzucił do tyłu ciężkie od wody, jasne włosy. Tak, jak wszyscy, i on przemarzł na lodowatym wietrze, lecz starał się o tym nie myśleć.

Musieli teraz szybko dotrzeć do jakiejś osady. „Złoty Orzeł” miał złamany maszt, a do tego zaczął przeciekać. Celebrink ze złością uderzył pięścią w burtę.

Walący się maszt przygniótł dwóch ludzi. Przeklęta burza! Musiała nadejść akurat teraz. Jeśli chcieli dokonać w tym roku zamierzonej rajzy, powinni prędko doprowadzić korab do porządku.

Celebrink podszedł do sternika, znacznie od niego starszego Dębisa. Rzucił po drodze kilka słów uznania pochylonym nad wiosłami wojownikom. To w znacznej mierze dzięki ich doświadczeniu i poświęceniu przetrwali sztorm. Barczysty Mokosz uśmiechnął się do przechodzącego, ukazując popsute zęby.

– Znóweś pokazał Dębisie, żeś najlepszym wolińskim sternikiem – rzekł Celebrink wesoło.

– Przesada – mruknął wąsaty jomswiking, ale widać było, że jest zadowolony z pochwały wodza – Przecie znam te wody…

– Zali które wody na Bałtyku są ci obce? – roześmiał się Celebrink – nawet gdyśmy płynęli do dalekiego Niflmel, znałeś prawie połowę trasy, a i potem żeś wyczuwał niebezpieczne wody.

Chwilę patrzał na stwardniałe od ciężkiej pracy dłonie sternika.

– Przeglądałem statek – mruknął wreszcie – poluzowały się klepki na prawej burcie. Trza nam znaleźć dogodną przystań…

– Rybcowa – bez chwili zastanowienia odparł Dębis.

– Dopłyniemy przed zmrokiem?

– Powinniśmy.

Celebrink odszedł od sternika. Zbliżył się do burty na rufie, Ustawił się tyłem do wiatru żeby jaki powietrzny duszek za szybko nie dostrzegł, że ma zamiar złożyć ofiarę. Z woreczka zawieszonego na szyi wyjął sporej wielkości grudkę jantaru i małą, też bursztynową, figurkę czterotwarzego Swętowita z rogiem w jednej ręce i mieczem przy boku. Przymknął, oczy, recytując:

– Swętowicie, opiekunie wojowników, przysparzający bogactw i łupów. Obrońco mój i panie, dzięki ci za ocalenie sług swych. Spraw abyśmy lata tego nie strawili na siedzeniu przy ognisku. Jeśli nie poskąpisz nam łupów, połowę z nich złożymy ci w ofierze. Teraz mogę ci ofiarować tylko tę nic nie znaczącą łzę drzewa. Przyjmij ją i okaż łaskę swym sługom. Wspomagaj nas w walce, a poglądaj na nas w czas spoczynku.

Rzucił ofiarę w morze, a figurkę skrył w woreczku. Już miał wracać do Dębisa gdy pomyślał o czymś jeszcze. Wyjął już znacznie mniejszy bursztyn i rzekł dużo ciszej, żeby Swętowit nie usłyszał:

– I wam, rodzanice, wijące los ludzki, dziękuję.

Teraz poczuł się znacznie lepiej. Swętowit bóg wielki i potężny, wszak nie zaszkodzi zjednać demony losu. I one potrafią pomóc… albo zaszkodzić.

– Świątobliwemu Boromarowi nie spodobałoby się to – rzekł Dębis, choć Celebrink nie poczuł w jego głosie gniewu ani zganienia.

– Arkona daleko – odparł Celebrink – A pono Swętowit też kiedyś nie był najpierwszym z bogów…

IV

Było upalne południe. Ludzie, uciekając przed żarem, siedzieli w domach. W dość dużej osadzie przybrzeżnej, zwykle pełnej gwaru, teraz nie szczekał nawet pies. Wszystkie zwierzęta skryły się w cień i z wywieszonymi jęzorami czekały na zmrok.

Ciszę zmąciły pospieszne kroki. To dziesięcioletni Ziobek, syn rybaka Sulika, biegł główną drogą sadyby. Długa koszulina przeszkadzała mu, ale żwawo przebierał nogami.

Zaciekawione głowy wychylały się z chałup. Wreszcie ktoś zagadnął dzieciaka:

– A gdzie cię licho niesie, Ziobek?

– Ojciec przykazali bym biegał po uroknicę – chłopak stanął, rad z krótkiego odpoczynku.

– Zachorzał kto u was? – dopytywała się gruba baba, żona sołtysa.

– Dziad.

– Dziad? Przecie on już nieboszczyk?

– Ino dajcie mi skończyć. Jakeśmy go z komory wyjęli, co by przysposobić do zgorzelin, jakoś tak nabrał kolorów, a potem to i oczy począł otwierać.

– Na gniew Swaroga! Wieszczy! – z przerażeniem wykrzyknęła sołtysowa. A bać się było czego. Od pokoleń ludzie z Rybcowej znali przepowiednię, według której wieszczy, znaczy to upiór, wstanie z mar i sam podpali swój stos pogrzebowy. Wtedy każdy, kto poczuje dym z tego paleniska, zemrze i przemieni się w wąpierza!

Wszystko to w jednej chwili przeleciało przez myśl grubej Sańce. Z krzykiem zerwała się z miejsca. Wieszczy we wsi! Trza natychmiast wiadomić starego i innych.

Chłopiec, widząc, że już się nim nie interesują, pobiegł dalej. Musiał jeszcze przebyć całą wieś i las na wzgórzach. W nim to mieszkała stara uroknica. Ludzie powiadali, że umiała wszelkie choroby zamawiać i wróżyć z sita. Raz nawet zdołała przestraszyć i odpędzić od brzegu bornholmskich wikingów. Ale czy poradzi sobie z wieszczym?

W domu rybaka Sulika panował niemały rozgardiasz. Żona i dwie córki, pochlipując ze strachu, wynosiły z chałupy wszystkie co cenniejsze sprzęty i zapasy. Właściwie to nie wiedziały po co to czynią, bo przecie wieszczy nie łakom takich rzeczy. Mimo to latały jak opętane, starając się nie patrzeć w stronę ławy, na której leżał dziad. Sulik skrępował mu ręce i nogi mocnym rzemieniem, mimo to każdy zdawał sobie sprawę, że gdy nadejdzie czas, upiór jednym ruchem zerwie więzy.

Rybak tymczasem siedział przed chatą i z udanym spokojem obserwował wieś.

Zupełnie nie przypominał siebie sprzed zaledwie kilku chwil. Przestraszeni ludzie zbierali się kupami i radzili. Co uradzą, to Sulika nie obchodziło. Wiedział, że żaden z nich nie znajdzie sposobu na wieszczego.

Pomocna tu mogła być jedynie uroknica Siubiela. Nosiła to imię po pierwszej opiekunce. Przed wieloma laty przyniosła ją do wsi boginka, a te leśne panny niektórzy nazywali siubielami. Dobrzy ludzie wychowali dziewczynę, a ona w podzięce leczyła ich i trzodę.

Z zamyślenia wyrwał Sulika odgłos starczych, powłóczystych kroków. To ona. Znał owe kroki jak daleko mógł sięgnąć pamięcią. Nikt właściwie nie wiedział ile Siubiela miała lat.

Ruchem ramienia zaprosił starowinę do chaty. Czarownica była tak niska, że nie musiała się schylać przy przekraczaniu progu.

Chwilę stała nim oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Podeszła do leżącego mężczyzny.

– W sam ostatek żem przyszła – mruknęła bezzębnymi wargami – O, rękami już rusza, a i kulasami rychło by zaczął przebierać. W sam czas! Dajcie no gospodarzu, sporego kamienia i sieć. Przynieście też gar złocistego piasku znad morza.

Sulik nie czekał na powtórzenie dziwnego polecenia. Uroknica wie, co czyni. Sam natychmiast przyniósł sieć i kamień, a syna posłał po piasek.

– Okryjcie go siecią, a kamień dajcie pod głowę – rzekła Siubiela, spokojnie siorbiąc mleko z dużego kubka – Gdy będzie miał twardo, odechce mu się wstawania. A rozplątywanie oczek sieci zajmie wiela czasu.

Zrobił, co kazała. Spojrzał mimowolnie na ojca. Dostrzegł wykrzywione wargi i ściekającą z ust ślinę. Wzdrygnął się ze strachu. Wiedźma zaśmiała się cicho, widząc to.

– Teraz trza mi dużo czasu. Nikt z was nie może być w wiosce. Zbierz ludzi i powiedź ich w las, na Zielone Moczydłowiska.

– Tak daleko – przestraszył się Sulik – Przecie to nawiedzone miejsce!

– Nie możecie zostać blisko wioski, bo jeśli mi się nie uda, wieszczy zabije was wszystkich. A lasu się nie bójcie. Ja was ochronię przed borowym i utopcami. Pospieszajcie!

Marocha, żona Sulika, kazała córkom pakować placki, ryby i słoninę w tobołki, a sama poszła do spichrza.

Do małej miseczki nasypała ziarna pszennego, włożyła kawałek mięsa i polała odrobiną mleka. Strzegąc by nikt tego nie zobaczył, postawiła miskę w rogu izby, za piecem.

– Domowiku, duszku zawsze nam życzliwy, oto zostawiam dom pod twoją opieką. Pamiętaj, że zawsze dawałam ci jeść. Pilnuj izby, a przykaż ubożom by się zajmowały trzodką… – szeptała, pochylając twarz do polepy.

Gdy tylko podniosła się, malutkie ubożę wciągnęło miskę głębiej za piec. Marocha uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Niedługo cała wieś ruszyła na moczary.

Tylko mały Ziobek został. Drżąc z napięcia, chował się za węgłami domów, obserwując rodzinną chałupę. Uciekł rodzicom, a oni nawet nie dostrzegli, że w ciżbie brakuje syna. Ogromnie ciekawiło go jak też uroknica rozprawi się z wieszczym…

V

Malec zebrał się wreszcie na odwagę i zbliżył do domu. Zajrzał przez niedomknięte drzwi. W pierwszej chwili dojrzał tylko zawieszony u belki sznur z suszonymi owocami. Opuścił wzrok.

Złoty piasek widniał rozsypany na środku izby. Uroknica miarowymi ruchami rozprowadziła go gładko po polepie. Wyrównała brzegi, tworząc piaskowe koło. Było szerokie na jakieś trzy łokcie.

Czarownica podniosła się. Malec musiał zatkać sobie usta aby nie krzyknąć. Wiedźma to czy nie? Te same ruchy, a przecie młodsza o dziesiątki lat. Przez moment widział jej profil – piękny i kształtny. Czary! Uroknica zmieniła postać! Zobaczył jak pochyliła się nad wieszczym. Zacisnęła usta.

– Obym tylko zdążyła – mruczała do siebie – Obym zdążyła…

Z wielokrotnie łatanego worka wyjęła drewniane puzderka. Ziobek aż przełknął ślinę. Nigdy tak pięknie zdobionych szkatuł nie widział.

W środku były różne kolory piasku. I czerwonym, i zielony, i niebieski, i czarny – malcowi niemal zakręciło się w głowie od takich różności.

Ziobek dostrzegł, że wieszczy porusza się coraz gwałtowniej. Trzask. Pękła lina, którą został związany. Zręczne palce zabrały się do rozplątywania oczek sieci. Czarownica rzuciła tylko jedno spojrzenie na upiora.

Zaczerpnęła garść czerwonego piasku. Wolno przesypywała go z ręki do ręki. Przy każdym ruchu odrobina proszku spadała na złote koło, układając się we wzór.

Zmieniła kolor. Wieszczy coraz szybciej rozwiązywał sznurek.

Ruchy uroknicy stały się bardziej nerwowe. Co chwila nowe linie i figury wykwitały spod jej rąk.

Malec stanął na palcach aby dokładniej przyjrzeć się rysunkowi. Przedstawiał trzy domy, mężczyznę z długimi zębami i stos pogrzebowy. Teraz nadpływała chmura. Deszcz spada na stos, który gaśnie. Mężczyzna przemienia się w dzika. Ucieka przed deszczem. Chmura go dogania…

Ziobek jakby przebudził się ze snu. Zdawało mu się, że wszystko to dzieje się na jawie… Tylko rysunek. Coś jednak się poruszyło. Wieszczy wyprostował się. Stanął nad uroknicą, która jeszcze nie zdołała ukończyć piaskowej historii.

– Siubiela! Uważaj! – piskliwy krzyk wyrwał się z zeschniętego ze strachu gardła Ziobka.

Uroknica nawet nie spojrzała ku ławie. Przeskoczyła dziwnie długim skokiem, rysunek i przyczaiła się, patrząc spokojnie na upiora.

Ten próbował wkroczyć w koło lecz cofnął nogę z gniewnym pomrukiem. Czarownica wypowiedziała niezrozumiałe dla Ziobka zaklęcie i odwróciła się ku chłopcu.

– Uciekaj stąd! Szybko! Biegnij ku morzu! Stamtąd przyjdzie pomoc! Ostrzeż wszystkich przed dzikiem! Uciekaj!

Malec dłużej nie wytrzymał. Zerwał się jak przestraszona mysz. Popędził jak mógł najszybciej.

Nie widział dokąd biegnie, czuł tylko jakby jakaś pomocna dłoń prowadziła go w bezpieczne miejsce, jak najdalej od wieszczego. Łzy przerażenia zalewały oczy, a jednak miał wrażenie, że widzi przecudną, zwiewną postać, zdającą się wskazywać drogę. Ale gdzie go wiodła? Tym się nie martwił. Był pewien, choć nie wiedział skąd miał tę, pewność, że nic mu nie grozi, a dziwny opiekun prowadzi go do przyjaciół, może do matki.

Poczuł na bosych stopach liźnięcia fal morskich. Teraz dopiero oprzytomniał. Rozejrzał się.

Nikogo przy nim nie było! Nadepnął na coś okrągłego. Schylił się. Trzymał spory bursztyn. Zapewne został wyrzucony na brzeg przez dzisiejszą burzę, która ominęła Rybcową. W innych okolicznościach Ziobek ucieszyłby się niezmiernie, ale teraz…?

Najważniejsze, że dobiegł do morza. Uroknica krzyczała przecie, że tu znajdzie pomoc. Spojrzał na wodę. Aż drgnął.

Blisko brzegu płynął korab ze złamanym masztem. Chąśnicy morscy! Łowcy niewolników!

Już chciał czmychnąć w zarośla gdy pomyślał o uroknicy i opiekunie, który go tu przywiódł. Oni na pewno źle nie radzili. Czym prędzej skoczył do wody. Zaufał kapryśnym rodzanicom, które czuwają nad losem ludzkim.

VI

Sulik szedł ostrożnie, omijając topiele i ruchome piaski. Nie zwracał uwagi na żale swej kobiety, która cały czas mówiła o zniknięciu syna. Rybak nie martwił się tym dłuższy czas. Znał spryt malca. Jednak gdy syn wciąż się nie pojawiał, postanowił wrócić po niego do wioski. Może tam jest.

Zostawił żonie tobołki i począł się cofać.

Wieśniacy poszli dalej. Wierzyli uroknicy, jej mądrości. Teraz błądzili po bagnach, szukając suchszych miejsc, na których mogliby spocząć. Wreszcie natrafili na sporą wysepkę, porośniętą gęsto zaroślami. Rozłożyli się na jej obrzeżu, poza zasięgiem krzaków.

Bagno i las cichły gdy przechodzili ludzie. Zwierzaki kryły się, trwożliwie nasłuchując. Gdy oddalali się, setki oczu śledziło ich ruchy. Potem znów las nabierał życia.

Rybacy nie narzekali. We wszystkim widzieli zrządzenie bogów, którzy przecież nie pozwoliliby im marnie zginąć. Nigdy nie wątpili w ich istnienie, a szczególnie teraz, gdy przeklęci Sasi – chrześcijanie, mieczem nawracali na nową wiarę. Kto kiedy słyszał żeby jeden Bóg zajmował się wszystkimi sprawami? I wojaczką, i orką, i morzem…

Marocha trwożnie wezwała imię Swaroga – Radogosta gdy niedaleko, gdzieś w zielonej mazi, chlupnęło. Rozległo się skrzeczenie składanego w ofierze kozła, któremu kapłan właśnie podrzyna gardło. Utopiec!

Zamarli w bezruchu, niczym czatujące żbiki. Nie śmieli rzec słowa. Bagno wzburzyło się. Wynurzył się, ociekając szlamem, wielki łeb suma. W śmiertelników wpatrzyły się czerwone oczy. Wąsy ruszyły się zupełnie po ludzku. Pan bagna musiał zobaczyć wśród rybaków zwiewną rodzanicę – zapowiedź przyszłych zdarzeń, gdyż zachichotał i odpłynął. Odór oddalił się wraz z nim.

Rybacy dłuższy czas nie ruszali się, jakby w obawie, że spowoduje to powrót utopca. Wreszcie któreś z dzieci, nie rozumiejące jeszcze co się wokół dzieje, wyrwało się matce i wbiegło w zarośla. Matka ruszyła za nim. Nie minęła chwila gdy wszystkich poderwał jej krzyk.

Mężczyźni rzucili się na pomoc. Nie musieli daleko biec. Znaleźli ją, wraz z dzieckiem, stojącą kilka kroków przed kamiennym stołem.

Wieśniacy zamilkli. Zrozumieli, że są na terenie, gdzie wstęp mieli od wieków tylko kapłani i czarownicy. Chodziły słuchy, że na Moczydłowiskach jest gdzieś ołtarz Welesa, lecz od wielu zim nikt go nie zdołał odnaleźć. Im się to udało…

– Spójrzcie – wykrzyknął jeden z rybaków, wskazując na stół. Leżały na nim dwie głowy. Jedna, dziewczęca, do złudzenia przypominała twarz uroknicy, druga… Marocha i córki nie mogąc uwierzyć, podeszły do ołtarza. Matka zaszlochała.

* * *

Sulik szybkim krokiem wracał ku wsi. Patrzył pod nogi, przeto dopiero w ostatniej chwili dostrzegł stojącego człowieka.

– Hej, kim jesteś? – spytał niepewnie. Zapadła ciemność – nie mógł dostrzec twarzy nieznajomego.

Tamten nie odpowiedział. Sulik trochę się przestraszył lecz zbliżył do mężczyzny. Tamten też postąpił naprzód.

Znajomy, prężny krok, wiele razy widziane odstające uszy. Jednak ta młodzieńcza sylwetka…

– Nie!!! – krzyknął Sulik, przypominając sobie, skąd zna tego człowieka. To jego ojciec! Odmłodzony – ale on.

Rybak odwrócił się. Skoczył na powrót do wieśniaków. Rwał jak mógł najszybciej. Nie na wiele się to zdało. Już po chwili poczuł ucisk niedźwiedzich ramion. Trzask łamanych kości. Cios w kark. Wieszczy ukręcił mu głowę jak kurczakowi i oderwał ją od ciała. Nie zwrócił uwagi na bryzgającą krew.

Uniósł głowę w rękach. Zniknęła gdy powiał leciutki wietrzyk. Drzewa zadrżały, upuszczając wiele liści. Pan zabrał ofiarę do swego chramu.

* * *

– Na Trygława! – krzyknął ktoś – Uchodźmy stąd!

Wszyscy odwrócili się ku ścieżce i nie wykonali żadnego ruchu. Na jej środku stał wielki dzik, święte zwierzę Welesa, posłaniec śmierci. Demon ruszył ku nim, wysoko unosząc długie szable.

VII

Wciągnęli kompletnie wyczerpanego chłopca na pokład. Zbliżył się do niego Celebrink, kończąc żucie kawałka suszonego mięsa. Zauważył, że jeden z wojowników wyjmuje coś z zaciśniętej dłoni malca.

– Pokaż – rozkazał.

Dostał do ręki dobrze mu znany bursztyn, który niedawno ofiarował Swętowitowi. Odetchnął głęboko. Zrobiło mu się najpierw gorąco, potem zimno. To znak boga. Ten chłopiec nieprzypadkowo znalazł się na ich statku. Musi nieść jakąś ważną wieść.

– Ocućcie go i przyprowadźcie do mnie – mruknął w zamyśleniu Celebrink i wrócił do Dębisa. Opowiedział mu co myśli o dziecku. Sternik wydawał się przejęty. Bogowie rzadko wtrącali się w ludzkie sprawy. Czemu więc teraz to uczynili? W każdym razie znamionowało to wielkie wydarzenia.

Kiedy przystań Rybcowej była już o kilkaset kroków, przyprowadzono chłopca. Padł na kolana przed Celebrinkiem i wybuchnął lawiną słów, przerywanych spazmami płaczu.

– Panie! Zlituj się! Ratuj ośca i mać! Uroknica! Wieszczy! Wielkie czary… Zielone Moczydłowiska…

Dębis oddał ster swojemu pomocnikowi, a sam podszedł do malca. Podniósł go z klęczek i przycisnął do piersi. Po chwili chłopak uspokoił się.

– Jak się zwiesz? – spytał sternik.

– Ziobek, panie.

– Teraz spokojnie rzeknij nam, co się stało.

Wikingowie usłyszeli historię wieszczego i uroknicy. Celebrink porozumiał się wzrokiem z Dębisem. Więc bóg chce aby rozprawili się z upiorem. Zadanie nie wydawało się trudne – ich załoga, Miecze Wolina, słynęła z tego, że nie cofała się przed nadprzyrodzonymi siłami. Zastanawiało ich tylko dlaczego wielki bóg Swętowit wtrącił się w tak mało znaczącą rozgrywkę?

Przybili do drewnianego pomostu i wysypali na brzeg gotowi do walki.

W milczeniu przypatrywali się osadzie.

Nikogo. Wszędzie pusto. Zaparte drzwi i okna. Tylko kurz, wzbijany podmuchami wiatru, witał wiciędzów.

Celebrink skinął głową Sędzisynowi, który obstawił wybrzeże wojami. Wódz z Dębisem i trzema wikingami ruszyli za Ziobkiem. Mały skradał się, jakby podchodził dzikiego zwierza. Wreszcie wskazał dość bogatą chatę i zaraz skrył się za plecami wojowników.

Wódz piratów wyjął bursztynowego Swętowita. Uspokoił drżenie rąk. Zawsze przychodziło gdy miało dojść do walki.

Z dobytymi mieczami zbliżyli się do chałupy. Wpadli do środka, wyważając drzwi. Wieszczego nie było. Przy ławie leżała rozplatana, porwana sieć i rzucony obok kamień.

– Spójrz – wyszeptał Dębis. Wskazał na piaskowe koło. Na rozmytym od krwi rysunku leżała głowa. Głowa młodej dziewczyny. Wikingowie usłyszeli za sobą ciężki oddech malca. Musiał zobaczyć co się stało z uroknicą. Sternik zaraz wyprowadził chłopca na dwór. Naraz powiał wiatr. Krwawe trofeum zniknęło.

– Gdzie poszedł, jak myślisz? – Celebrink spytał Sędzisyna, spoglądając z lekką niechęcią na płaczącego Ziobka. On, będąc w wieku tego malca, już nie płakał. Nawet gdy stracił rodzinę.

– Może za ludźmi – odparł Sędzisyn, drapiąc się po brodzie.

– Ziobek – Celebrink podszedł do chłopca – Gdzie czarownica wysłała ludzi?

– Na Zielone Moczydłowiska, za wzgórzami. Mogę zaprowadzić. – Malec pochlipywał jeszcze ale czując wokół siebie przyjaciół, uspokajał się szybko.

– A gdzie mieszkała uroknica? – wtrącił Dębis.

– Na wzgórzach przed bagnami, panie.

– Co chcesz zrobić? – spytał wódz.

– Nie wiem – sternik wzruszył ramionami – Coś mi mówi, że powinniśmy kogoś wysłać do jej domu.

Celebrink zgodził się bez protestu. Od lat wiedział, że przeczucia Dębisa sprawdzają się.

– Trza nam iść tedy z częścią ludzi na moczary, a kilkunastu posłać z Sędzisynem do domku czarownicy – rozkazał młody.

Nie minęło wiele czasu, a mknęli leśną drogą. Zmrok już zaległ nad ziemią gdy Ziobek wskazał Sędzisynowi dróżkę wiodącą do serca wzgórz. Sam poprowadził oddział Celebrinka.

VIII

Wieszczy wszedł do chaty czarownicy, od razu dostrzegł kocioł. Oblizał spieczone z podniecenia wargi. Teraz wszystko się uda, Weles zdobędzie świat, a on, jego wierny sługa, dostanie Nagrodę.

Wielu już próbowało zawładnąć Nagrodą lecz nikomu się to nie udało. Żadnemu nie przyszło do głowy, żeby zrobić to przy pomocy Welesa. Wszak bogowie skłonni są pomóc ludziom gdy przyrzeknie im się coś w zamian. Wieszczy wiedział, że czymś takim jest kocioł. Dzięki temu wygrał. Nagroda jest tuż, tuż…

Jednym uderzeniem rozbił ścianę chaty aby bez kłopotu wynieść spiżowy kocioł. Objął go rękami i uniósł. Szedł ostrożnie. Nie mógł uronić ani kropli wody. Jego chwyt okazał się tak pewny, że płyn w naczyniu nawet się nie poruszył.

– Jest! – krzyknął Sędzisyn.

Wieszczy dostrzegł zbliżających się zbrojnych. Kim są? Skąd się tu wzięli? Przecie to prawdziwi wojownicy! Zawarczał zupełnie jak dziki zwierz. Przez moment sam był przestraszony własnym rykiem. Czyżby aż tak się zmienił?!

Odstawił magiczny przedmiot i ruszył do ataku.

Wojownicy mocniej ścisnęli w dłoniach długie, żelazne gwoździe. Na rozkaz Celebrinka rozdał je im cieśla okrętowy. Wiedzieli, że do rozprawy z wieszczymi półłokciowy gwóźdź jest tak samo niezbędny jak osinowy kołek przy sprawie z wąpierzem.

Sędzisyn nerwowym ruchem przygładził wąsy. W poprzek wąskiej ścieżki, od zarośli do dwóch drzew, wyrył gwoździem linię w piachu. Na jej końcach wbił sztylety. Przeskoczył ją i ruszył ku Upiorowi. Wojownicy podążyli za nim.

Wieszczy dwoma ciosami odrzucił na boki zdumionych jego siłą chąśników. Nie mogli zbliżyć się do niego. Nie mogli zadać rany. Nie mogli zrobić prawie nic!

Uderzenia o mocy tura już kilku z nich pozbawiły przytomności albo i życia. Roześmiał się chrapliwie. Nikt mu nie dorówna!

Któryś z rozwścieczonych wojów chwycił miecz i runął na demona. Wieszczy gołą ręką schwycił ostrze, nie czuł bólu rozcinanego ciała. Zrastało się momentalnie. Wygiął metal bez wysiłku. Skrzywionym żeleźcem zmiażdżył głowę woja.

Sędzisyn, widząc, co się dzieje, rozkazał ludziom umykać za wyrysowaną linię. Marzył tylko o jednym – aby zasadzka się udała.

Upiór jęknął, uderzywszy w coś niewidocznego, unoszącego się nad magiczną linią. Nie cierpiałby gorzej, wyrżnąwszy w skalną ścianę – tu coś na kształt bezlitosnych ostrzy zdawało się przebijać jego ciało. Mimo tych męczarni miał jeszcze tyle przytomności, aby odpełznąć spoza zasięgu dziwnego nieprzyjaciela.

Wtedy nadbiegł ogromny pirat, trzymający w mocnych ramionach tęgi konar. Nie brał udziału w walce, na rozkaz Sędzisyna pospiesznie ociosując badyl. Teraz nadeszła jego kolej. Stanął nad oszołomionym wieszczym. Grzmotnął go z całej siły w pierś. Demon zachwiał się od ciosu, który zabiłby normalnego człowieka. Upadł na kolana. Na to tylko czekali woje. Podbiegli z gwoździami. Przebili na wylot jego głowę i pierś.

Wieszczy słyszał głosy. Mówiły do niego?

Nie rozumiał ich. Rodzina. Po co wezwali uroknicę? I tak zginą. Nagroda… Utracona?! Nie, to niemożliwe! Dlaczego, przecież… Głos Welesa: Straciłeś kocioł! Głupcze! Miałeś go i straciłeś! Teraz tańcz! Nagroda nie dla ciebie. Tańcz!

Porwał go wiatr. Obracał w koło, zmuszając do tańczenia. W przerażeniu dostrzegł, że jest pośród gromady podobnych mu ludzi, który powtarzają tylko: Nagroda nie dla mnie…

W środku kręgu stała róża. To ona grała. A wszyscy tańczyli.

Nagroda nie dla mnie…

Chwilę trwała pełna zmęczenia cisza. Jomswikingowie oddychali głęboko. To dopiero był bój.

Z uznaniem spozierali na Sędzisyna, którego pomysłowość uratowała im skórę. Woliński wojownik czuł te spojrzenia i radował się w sercu. Kochał sławę tak, jak każdy wiking. Wolał ją nawet od złota. Nie dał jednak poznać po sobie jak bardzo jest dumny. Swobodnie zbliżył się do kotła.

– Trza mi się napić wody. Zaschło w gardle – rzekł jakby nigdy nic.

IX

Już z daleka pomiędzy ciemnymi zaroślami wojownicy Celebrinka widzieli pulsującą jasność. Czuli, że to właśnie tam znajduje się cel ich wędrówki. Nie tracili jej z oczu co chwila przyspieszając kroku.

Ziobek prowadził ich niewidocznymi na pozór ścieżkami pośród topieli. Zachowywał się nadzwyczaj dzielnie. Przylgnął do opiekuńczego Dębisa i czuł się przy nim bezpiecznie.

– Nigdy tu nie byłem – odparł na pytające spojrzenie sternika.

– Jak więc wynajdujesz ścieżki? – zdziwił się wiking.

– Czuję je – wzruszył ramionami malec.

Ktoś znów zaklął, wszedłszy na zielone, cuchnące błoto. Celebrink uciszył go sykiem. Byli na miejscu. To z tego ostrowu rozchodziła się jasność, wbijając się coraz dalej w mrok wieczoru.

Wkroczyli na twardy grunt wyspy. Z obnażonymi mieczami ruszyli ku jej środkowi. Coraz wyraźniej słyszeli zawodzący śpiew kilkudziesięciu głosów, wznoszący się i nagle opadający.

Doszli do polany.

Potężny jak maczuga olbrzyma dzik siedział spokojnie obok kamiennego ołtarza-stołu, patrząc na wieśniaków. To oni śpiewali. Z półprzymkniętymi oczami kołysali się z boku na bok, wykrzykując pieśń w dziwnym języku.

Celebrink zatrząsł się od dreszczu grozy. Ci ludzie wyglądali jakby opili się wywaru z szaleju albo byli w mocy demona.

Dzik głośnym rykiem dał znak.

Stojąca najbliżej kobieta zbliżyła się do kamienia. Szaleńczym ruchem uderzyła głową o stół. I drugi raz. Trzecie uderzenie nie było już potrzebne. Zostawiając na głazie krwawą smugę, osunęła się na ziemię. Ruszył chudy starzec…

Po nim kilkunastoletni chłopak.

– Obudźcie się – zaszeptał gniewnie Celebrink – śpicie?!

Jomswikingowie otrząsnęli się z zamroczenia. Widok tak dziwnej żertwy przeraził ich i niemal zauroczył. Gdyby nie hovding, najchętniej sami poszliby teraz ku polanie i rozbiliby własne głowy o ołtarz.

Celebrink zacisnął drżące palce na rękojeści miecza. Uspokoił się. Podniósł broń.

Wpadli na polanę. Wieśniacy odwrócili się ku nim. Rzucili się bez namysłu do walki. Wojownicy opędzali się od nich – przecież przybyli tu aby ich ratować! Dopiero gdy rybacy rozszarpali jednego wiciędza, reszta ostro wzięła się do walki. A trzeba było się natrudzić żeby zabić każdego z nawiedzonych. Jeden cios nie wystarczał – trzeba było odciąć głowę.

Hovdingowi coś nie pasowało w tej walce. Po chwili zorientował się – wieśniacy nic nie mówili, nie krzyczeli. Bez słowa zabijali i umierali. Niemi słudzy.

Ziobek, wciąż trzymający się Dębisa, zemdlał.

Dzik powstał. Wydawało się, że rośnie. Teraz już przewyższał dwukrotnie ołtarz. Żółte oczy wściekle spojrzały na wojowników.

Zaledwie Celebrink zdołał wyjąć z zanadrza figurkę Swętowita, ze ślepi demona popłynęła obezwładniająca siła. Omraczała i zabijała bezbronne ofiary. Ginęli niczym drewno objęte zachłannym tchnieniem ogniska. Ogień wysysał z nich całe życie i rzucał, zwęglonych u stóp ołtarza.

Jedynie piraci stojący wokół Celebrinka uniknęli tego losu. Ocalił ich Swętowit. Przyszedł z pomocą w najodpowiedniejszej chwili.

Rozpoczął się pojedynek. Teraz już młody wódz wiedział po co jego opiekun kazał im tu przybyć – wieszczy wcale nie był najważniejszy. Chodziło o rozprawę z Welesem i jego Dzikiem.

Wolinianin czuł jak figurka boga rośnie w jego dłoniach, rusza się, potrząsa mieczem. Wznosi róg pełen magicznego miodu. Bursztynowy blask rozdziera mrok nocy. Celebrink ma wrażenie, że zaraz załamie się pod ciężarem swego pana, czy to musi trwać tak długo?!

Dzik dostrzegł obraz: gdzieś na wzgórzach, nieznany woj pochyla się nad kotłem! Nie może go dotknąć! Wykrzyczał długie zaklęcie!

Woda z kotła wytrysnęła wysokim słupem. Jej siła odrzuciła Sędzisyna. Inni wojownicy roześmieli się. Ale szybko przestało im być do śmiechu. Kocioł zdawał się nie mieć dna. Wodospad wody począł zalewać ścieżkę i las. Sędzisyn pojął, że to czary. Ktoś chciał zatopić całą dolinkę razem z nimi.

W potokach spadającej wody wyjął miecz i zbliżył się z trudem do kotła. Wziął powolny, obszerny zamach. Zatopił kute żelazo w brązie. Naczynie pękło na dwie połowy, wydając ludzki wrzask. Wydawało się, że głos rozsadzi głowy wojom – na szczęście zaraz umilkł.

Dzik widział co się stało z kotłem. Zawył strachliwie. Weles nigdy mu nie wybaczy, że dopuścił do tego.

Tymczasem Celebrink stał sztywno, zaciskając powieki. Modlił się aby wystarczyło mu sił do końca wałki.

Złota poświata zbliżała się wciąż w stronę ołtarza i dzika. Demon robił co mógł by ją powstrzymać lecz jego moc wyczerpywała się. Dostrzegł, że przegrał i nie czekając na to, co uczyni Swętowit, umknął w bagna. Jeszcze kilka chwil słychać było chlupot racic na podmokłych łąkach.

Swętowit cisnął róg z miodem wprost w kamienny chram. Wybuchły dziesiątki jasnych błyskawic. Przez moment cała polana skąpana była w świetle, słonecznego dnia. Uniosła się grzybiasta chmura dymu i kurzu.

Naraz woliński kapitan poczuł, że już po wszystkim. Znów ściskał tylko bursztynową figurkę. Nogi pod nim drżały, język wysechł jak kołek. Zmęczone oczy ujrzały wielkiego kruka, który resztką sił ciągnął poparzone ciało do upragnionej wody.

Równie źle przedstawiał się kamienny ołtarz. Rozerwany na okruchy, nie wyglądał już groźnie. Odłamki te zmieniały kolor, aż przeistoczyły się w bursztynowe głazy.

Celebrink rozejrzał się po przyjaciołach. Z całej drużyny Mieczy Wolina pozostało siedmiu ludzi… no i dwunastu, którzy poszli z Sędzisynem. Odetchnął, ujrzawszy wstającego z klęczek sternika, który trzymał w objęciach omdlałego chłopca.

Bez słowa rozeszli się po polanie, sprawdzając kto przeżył. Śmierć miała tej nocy obfite łowy. Nikt z wieśniaków jej nie uszedł. Celebrink z żalem pomyślał o Ziobku. Chłopak doświadczy tego, czego on przed laty…

X

Odpływali. Wracali na Wolin aby skompletować załogę i wyruszyć na wiking – to dopiero się zaczynało. Lekka bryza wypełniła kwadratowy żagiel drakkara. Głowy wszystkich zwracały się ku wysokiemu płomieniowi, trawiącemu ciała wczorajszej walki.

Gdy ląd zniknął z pola widzenia, prawie wszyscy wrócili na swoje stanowiska. Tylko mały Ziobek stał przy burcie, nie mogąc do końca pojąć tragedii. Cicho połykał słone łzy.

Poczuł ciężką dłoń na ramieniu. Usłyszał chrapliwy głos Dębisa.

– Nie płacz. Zrobię z ciebie wielkiego wikinga. Może nawet dorównasz kiedyś Celebrinkowi Rarogowi, synowi Bezmira.

Tymczasem Celebrink starannie zawiązywał worki pełne porąbanych bursztynów. Rozbity ołtarz Welesa przyda się by nająć nowych wojów i do końca wyrychtować „Złotego Orła”.

grudzień 1988 Warszawa

Artur Szrejter

Artur Szrejter

Autor książek popularnonaukowych, pisarz fantasy, publicysta, redaktor, tłumacz.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *