Ludzie i żaby

„Dwanaście lat pomiędzy rokiem 1938 i 1950 były latami »Astounding«. W tym czasie pierwszy wielki redaktor science fiction zaczął tworzyć pierwszy współczesny magazyn science fiction, pierwszych współczesnych pisarzy science fiction i – w rzeczywistości – samą współczesną science fiction”1.

Ktoś, kto próbuje pisać o anglojęzycznej SF, tłumaczyć anglojęzyczną SF lub publikować anglojęzyczną SF w jakikolwiek koherentny sposób, stosując jakieś spójne kryteria (a my mamy taki właśnie zamiar) bezustannie natyka się na „opór materii”, wynikający z niezawinionej wprawdzie przez czytelnika, lecz nie mniej przez to dokuczliwej ignorancji. Jednym z jej przejawów jest nieznajomość, a w najlepszym razie znajomość wyrywkowa historii fantastyki naukowej; a co za tym idzie faktyczna nieznajomość jej współczesności. Tak więc, choć „książka i film” zarówno w starym „Feniksie” jak i w nowym „Fenixie”, nie miała i nie ma zajmować się dostojną historią literackiej i filmowej SF, dziś po prostu musimy się do tej historii odwołać. Na dobry początek – bowiem, jak wszędzie, także i w SF „ci, którzy nie znają historii, nie mają przyszłości”.

Publikacja opowiadania Johna W.Campbella, pochodzącego z okresu, kiedy używał on już pseudonimu Don A.Stuart (wywodzącego się od nazwiska panieńskiego żony) wydaje się w świetle tego, co tu napisałem najzupełniej logiczna, a może nawet konieczna. Po pierwsze – nie ma w literackiej fantastyce okresu ważniejszego niż „złoty wiek”, a w „złotym wieku” nie ma człowieka ważniejszego niż Campbell. Po drugie – lata pięćdziesiąte w kinie są (pod względem znaczenia) odpowiednikiem lat czterdziestych w literaturze i (niezależnie od współczesnej interpretacji, będącej zawsze wynikiem mody). Roli „The Thing from Another World” jako wielkiego klasyka po prostu nie sposób przecenić. Po trzecie wreszcie – nie chcemy przecież utonąć w falach historii, a publikacja „Kim jesteś?” pozwoli nam zająć się chociażby przez chwilę najbardziej chyba kontrowersyjnym i najbardziej krzywdzonym przez domorosłych krytyków filmowych reżyserem, twórcą „The Thing”, Johnem Carpenterem. Program ten, jak na jeden tekst, wydaje mi się nieco zbyt ambitny. Spróbujmy jednak wypełnić go przynajmniej w najogólniejszych zarysach – w nadziei, że okaże się wystarczająco interesujący, by warto było kontynuować go także w przyszłości.

1. Campbell

Nikt nie ośmieli się stwierdzić, że John W.Cambell (ur. 1910, zm. 1971) jest człowiekiem niedocenionym; raczej wręcz przeciwnie. Zna go i pisze o nim każdy, kto choćby wyrywkowo i w skromnym zakresie zajmuje się historią SF. Jego nazwisko stało się synonimem „złotego wieku” w literackiej science fiction. A jednak w miarę, jak nieubłagany czas postarza nawet fantastykę, nazwisko to staje się coraz bardziej szyldem i legendą, jakby nigdy nie należało do żywego człowieka. Najbardziej (literacko) interesujące powieści otrzymują coraz bardziej prestiżową nagrodę „pamięci Johna W.Campbella” (John W.Campbell Memory Award); lecz sens nadawania właśnie takim książkom właśnie tej nagrody wydaje się coraz bardziej niejasny. A przecież, gdyby ktoś taki jak Campbell nie pojawił się na scenie wtedy, gdy na niej pojawił się on, najprawdopodobniej żadnych nagród literackich na polu SF po prostu by nie było. Ale zacznijmy od początku.

Przynajmniej z dzisiejszego punktu widzenia fantastyka lat trzydziestych wyglądała bardzo nieciekawie. Zgodnie z twierdzeniem Briana Aldissa (w Trillion Years Spree, tej niezwykłej książce zawdzięczam większość zawartych tu ocen) przytłaczał ją ciężar tradycji, która w stworzonym przez fanów jeszcze za czasów Hugo Gernsbacka getcie niemal zawsze była siłą destrukcyjną. Panowie zawsze chcieli po prostu więcej tego, co już dobrze znali: w tym konkretnym przypadku oznaczało to więcej Burroughsa i Merrita lub więcej „popularnego wykładu mechaniki” dla maluczkich. Autorzy, zmuszeni bandyckimi stawkami (pół centa za słowo przy publikacji) pisali ile mogli, a najczęściej więcej niż mogli. Niektórzy z nich (E.E „Doc” Smith, Jack Williamson; szczególnie tego ostatniego chcielibyśmy zaprezentować jak najszybciej) wnieśli nawet do fantastyki coś nowego, lecz żaden z nich fantastyki nie zmienił. Choć – pewne oznaki tego, że zmiana może zaistnieć, widoczne były już wtedy. Od czasu do czasu zmuszam cyklem wydawniczym i brakiem materiału redaktorzy pakowali w numer coś „innego”… i to „coś” czasami nawet się podobało! Nikt jednak nie wyciągał z tego żadnych istotnych konsekwencji.

Campbell, obejmując w 1937 roku redakcję „Astounding” (miał wówczas zaledwie 27 lat!) zdołał ożywić fantastykę i dokonać w niej szeregu daleko idących zmian.

Być może była to po prostu kwestia przypadku, nieważne, w każdym razie okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Na rynku, którym rządziła niekompetencja, wtórność i pogoń za jakimkolwiek, choćby niewielkim zyskiem, wśród ludzi posiadających, mówiąc słowami Fredericka Pohla „twórcze zdolności żaby” stał się czymś w rodzaju fenomenu. Być może najważniejsze było to, że potrafił rządzić się logiką, która, jakkolwiek pokrętna, była w każdym razie w fantastyce czymś nowym. Mały przykład w postaci cytatu: „Dwa motywy, standartowe dla opowieści o potworach, odrzucić można natychmiast. Obcy nie opanują Ziemi, by hodować ludzi na mięso. To dobry pomysł na horror-fantasy, ale kiepska ekonomia. Otrzymanie pięćdziesięciu kilogramów ludzkiego mięsa trwa około dziesięciu lat, a pasza jest bardzo kosztowna. Lepiej hodować bydło, nawet za cenę utraty motywu horroru […]. I jest ten stary motyw o najeździe i porywaniu na obce planety „najpiękniejszych cór Ziemi” jako miłosnych zabawek. Motyw prawdopodobny, jeśli odpowiednio zdefiniuje się „piękność”. Jeśli obcy przypadkowo pochodzić będą z odrobinę cięższej planety, najazdy w poszukiwaniu „najpiękniejszych cór Ziemi” mogą okazać się bardzo nieprzyjemne dla ziemskiej populacji goryli. W tej sprawie „najpiękniejszych cór Ziemi”, jak zauważyłem, w ogóle nie mówi się o intelektualnych zdolnościach „najpiękniejszych”, urocza, młoda goryliczka zdałaby zdać jedyny proponowany test, gdyby tylko inaczej pojmować urodę”.2

Campbell od początku miał do czynienia z rosnącą konkurencją magazynów o wiele mówiących tytułach („Marvel Science Stories”, „Startling Stories”, „Dynamie Science Stories”, „Planet Stories”, „Super Science Stories”, „Comet Stories”, „Stir-ring Science Stories” i wiele, wiele innych), zmuszony był więc do szukania czegoś nowego. Za sposób, w jaki rozumiał pojęcie „nowego” należy mu się jednak nasza dozgonna wdzięczność. Nieświadomie zapewne i instynktownie, jako pierwszy z redaktorów zaczął on stawiać pisarzom ze swej „stajni” jakieś wymagania (oprócz wymagania naśladownictwa tego, co już odniosło sukces). I tu uwaga – na amerykańskim rynku wydawniczym redaktor jest kimś specjalnym, jest dla pisarza Panem Bogiem Wszechmogącym, narzucającym tematy, doradzającym; jest właściwe współtwórcą jego dzieła.

Instynkt i umiejętności redaktora decydują o oryginalności i o powodzeniu pisarza wśród czytelników. A Campbell był równie dobry, jak ambitny. Od wielu przeszłych i wielu obecnych „profesjonalistów” SF różniło go to, że wiedział, kiedy opowiadanie ma sens, a kiedy go nie ma. Tym zapewne walorom zawdzięczał fakt, że zdołał zgromadzić wokół siebie pisarzy, którzy zmienili oblicze współczesnej fantastyki: Asimova, którego trzy „prawa robotyki” wybiły hordy metalowych, wymachujących toporami monstrów, Heinleina, Sturgeona (zwłaszcza ten ostatni, prawie zupełnie u nas nieznany, plasuje się wysoko na liście autorów, czekających na publikację w „Fenixie”). Posługując się żelaznymi kryteriami specyficznie pojmowanego rozsądku, kłócąc się z pisarzami i narzucając im swe poglądy, Campbell umiał być (mimo wszystko) elastyczny. Chętnie publikował na przykład najbardziej kontrowersyjnego z odkrytych przez siebie pisarzy, Van Vogta, w którym rozpoznał oryginalność, choć jakże odbijające od preferowanych przez niego wartości; w końcu Van Yogtowi nie sposób zarzucić rozsądku! I tę elastyczność zachował Campbell przez cały okres pracy w „Astounding” (przemianowanym w roku 1960 na „Analog”), aż do śmierci w 1971 roku. Pisali dla niego Frank Herbert, Harry Harrison, Robert Silverberg. Tu w 1967 roku Ann McCaffrey opublikowała „Weyr Search”, początek smoczego cyklu, tu w 1968 roku debiutowała James Tiptree, jr.

I jeszcze jedna rzecz warta jest wspomnienia. Dla nas, dzisiaj, brzmi to jak bajka o żelaznym wilku, pozostaje jednak faktem, iż w „złotym wieku”, w latach czterdziestych i na początku lat pięćdziesiątych twórcy fantastyki mieli poczucie, że są prawdziwymi prorokami, zwiastującymi drogę Panu. Uważali, że należą do tajnego bractwa, przed którym przyszłość nie ma tajemnic. Byli przekonani, że przyszłość ta należy do człowieka, większego, mądrzejszego i potężniejszego. W imię tej wiary skłonni byli nawet do ponoszenia sporego ryzyka – w rodzaju fascynacji „Dianetyką” (pseudonauką, mającą doprowadzić do uaktywnienia biernej części mózgu; później przerodziła się ona w pseudoreligię, „Scientologię”. Tą hochsztaplerską działalnością zajmował się przede wszystkim wcale niezły pisarz, Ron L.Hubbard).

Mimo wszelkich swych wad obrazem tej właśnie wiary w moc i potęgę człowieka jest opowiadanie „Kim jesteś?”. Campbell nie zapisał się w historii SF jako pisarz wybitny, pomiędzy 1930 i 1934 rokiem tworzył kolejne wariacje wypróbowanych wcześniej wątków sensacyjnych i nawet po 1934 roku, po przyjęciu pseudonimu i zmianie stylu, nie wzbił się na wyżyny wielkiej literatury. Ale jego opowiadania nie drukujemy dlatego, że jest arcydziełem. Wybrzydzając na potwora, na ledwie zarysowaną psychologię postaci czyli na to, co – w gruncie rzeczy – chętnie nazywamy naiwnością, nie powinniśmy jednak zapominać o paru sprawach. Nie powinniśmy zapomnieć o tym, że McReady nie jest supermanem, lecz zwykłym człowiekiem, co samo w sobie w 1938 roku było wielkim osiągnięciem. Że o lotach kosmicznych nikomu się jeszcze nie śniło ani wtedy, gdy Campbell pisał „Kim jesteś?” próbując nadać im cechy tego, co w jego czasie mogło uchodzić za realizm, ani – prawdę mówiąc – znaczne później. Że, mimo baśniowych rekwizytów, otaczających potwora próbującego wykorzystać energię atomową, samo wspomnienie o tej energii w tym miejscu opowieści było jak najbardziej uzasadnione. I wreszcie sprawa niemal ostatnia – sposób, w jaki bohaterowie próbują wykryć ukrytego w nich samych stwora jest najzupełniej weryfikowalny naukowo… i bardzo nośny fabularnie. Podobnie nośny fabularnie jest jedyny pomysł Campbella, który byłbym skłonny uznać za „wzięty z innej bajki”, gdybym nie wiedział, że była to jego idee fixe; lecz cóż, obdarzenie stwora zdolnościami telepatycznymi zupełnie nieźle przysłużyło się akcji.

A w ogóle zaryzykuję gniew moich czytelników i grozę tego, że mogą mnie uznać za szaleńca i powiem: „Kim jesteś?” podoba mi się za swój realizm.

Za prawdziwy opis arktycznej stacji z jej smrodem, brudem, psami, wysilonym humorem i wściekłym kucharzem. I za to, że zamieszkujący ją ludzie nie lękają się krwi i macek lecz tego, co nieznane, niezrozumiałe, groźne – tym straszniejsze, że przybrało znajome kształty.

A uwadze państwa polecam jedną obserwację: ja sam nie spotkałem jeszcze takiego arcydzieła fantastyki, które podobałoby mi się i które ceniłbym w oderwaniu od czasu i rzeczywistości, w jakiej powstało. A wy?

2. Strzeżcie się nieba

Ostatnie zdanie poprzedniego rozdziału mogłoby równie dobrze otwierać i ten. „The Thing from Another World” („Przybysz z innego świata”, 1951) jest filmem już nieznanym, ale jeszcze pamiętanym – tyle, że jako ciekawostka z okresu zimnej wojny i strachu przed Rosjanami, w postaci potworów spadającymi z nieba na niewinnych Amerykanów. Tymczasem u samego progu opóźnionego o dekadę „złotego wieku” filmu fantastycznego Howard Hawks (z bliżej nieznanych powodów film podpisał montażysta Christian Nyby; jedni mówią o konfliktach na planie, inni twierdzą, że Hawks chciał się przysłużyć przyjacielowi, który potrzebował „dorobku” by móc zarejestrować się jako reżyser) wprowadza do filmu kilka motywów, które w przyszłości występować będą jako stałe wyznaczniki gatunku. Pierwszy z nich to, oczywiście, motyw spotkania ludzi z inteligentnym obcym z kosmosu. Drugi – to motyw strachu przed kontaktem – wówczas metafora paraliżującego, histerycznego lęku przed radzieckimi bombowcami, dziś dowód specyficznej mody, która, jak wiele innych, odłożona została do lamusa. W interesie tej właśnie „mody” polec musiało to, co stanowiło o istocie opowiadania Campbella – przekonanie, że nauka jest kluczem do przyszłości nawet wtedy, gdy przypadkiem znajduje się w złych rękach.

Parę rzeczy pozostało w filmie niezmienionych, ale tylko parę. Niezmienione pozostały na przykład lody Arktyki, ale tym razem operuje w nich mieszana grupa naukowców cywilnych i wojskowych. Znajdują oni statek kosmiczny, jak w opowiadaniu podpalają go przy próbie wydobycia; odnajdują obcego i – jak w opowiadaniu – spierają się, czy badać go, czy też bez zbędnej zwłoki uśmiercić. Inaczej jednak niż w opowiadaniu, scenarzysta Charles Lederer od początku rozdzielił role. Cywile będą się upierali przy lekkomyślnym badaniu nieznanego, niczym prawdziwi uczniowie czarnoksiężnika, przekonani że coś, co pochodzi z bardziej rozwiniętego świata, automatycznie musi być nastawione pokojowo (Amerykanie, warto zauważyć, mają słuszne racje do wyśmiewania tego rodzaju argumentów – pamiętajmy, co stało się z cywilizacją Indian). Wojskowi będą (słusznie? Film odpowiada: „tak”) przekonani, że najpierw należy strzelać, a później pytać. Wojskowi na razie przegrają.

Naukowcom udaje się ożywić istotę, graną przez Jamesa Arnessa i wyglądającą jak skrzyżowanie potwora Frankensteina z marchewką. Istota okazuje się rośliną, najdosłowniej krwiożerczą (tzn. żywi się krwią ludzi i zwierząt). Od razu powoduje ona strzelaninę, co bynajmniej nie doprowadza do porządku naukowców, którzy próbują nawet rozmnożyć ją w zaimprowizowanej szklarni. Szef „jajogłowych” zapłaci za lekkomyślność swoją i swych kolegów, wojskowi zniszczą potwora elektrycznością (i tu wracamy do opowiadania, elektryczność to tylko nowoczesna wersja ognia) a obecny na miejscu dziennikarz nada w eter słynne, wielokrotnie cytowane słowa: „Tell the world… to watch the skies. Keep watching the skies!”, którymi to słowami Bill Warren nazwał najsłynniejszą monografię kina tamtego okresu (Bill Warren, „Keep Watching the Skies!”, USA, t.l 1982, t.2 1986).

Opis fabuły, czasami konieczny, nigdy nie powie prawdy o dziele filmowym, o czym zapomina się aż za często. Zimnowojenne fabuły bardzo łatwo jest ośmieszyć i bardzo łatwo jest poprzestać na ośmieszaniu. Lecz trzeba też wspomnieć o tym, że „The Thing…” jest błyskotliwie reżyserowany, że może uchodzić za wzór znakomitego operowania fotografią czarno-białą, że niezbyt atrakcyjnie zrobiony potwór niemal przez cały czas inteligentnie ukrywany jest w cieniu, że film znakomicie oddaje nastrój klaustrofobii – zamkniętej, ciasnej przestrzeni wypełnionej grozą, że niektóre sceny straszą po dziś dzień. I o tym, że kino zawsze bezwzględnie wykorzystywało literaturę do swych błahych, aktualnych, propagandowych celów, na co pisarze, po podjęciu pokaźnych honorariów, bardzo lubili się skarżyć. Jest jednak faktem, że opowiadanie Campbella zostało wykorzystane bezwzględnie i to w intencji, która jego autorowi musiała się wydawać najzupełniej obca. Bo przecież rozwój nauki i cywilizacyjny postęp, w myśl campbellowskich kryteriów, nie mogły być złe. Dla autorów „złotego wieku” nauka tłumaczyła, wyjaśniała i sankcjonowała samą siebie.

I jedno pozostaje najzupełniej niewytłumaczalne. Jeśli film miał uświadamiać rosyjskie zagrożenie, czemu właściwie odstąpiono od fabuły opowiadania w jej najważniejszym punkcie, odejmując stworowi zdolność upodabniania się do wszelkiego rodzaju istot żywych? Jakże wspaniała to metafora: Ameryka pełna komunistycznych agentów, wyglądających dokładnie tak, jak ty i ja!3

A może da się to wytłumaczyć? Czym dysponował Hawks, przystępując do realizacji swego filmu? Z jakich wzorów mógł czerpać? Brzmi to doprawdy zdumiewająco, lecz w 1951 roku za najwybitniejszą i „najprawdziwszą” SF uchodzić mogła obchodząca właśnie ćwierćwiecze istnienia „Metropolis”. „Narzeczona Frankensteina” i „ Niewidzialny człowiek” narzucały portret naukowca jako kogoś najzupełniej nieodpowiedzialnego za swe czyny, „King Kong” niszczył miasta w miłosnym szale, a jedyny film przedstawiający naukowców odpowiedzialnych za kształt przyszłości, „Things to Come” („Rok 2000”, 1936), był tak beznadziejnie przegadany i poniósł tak wielką klęskę finansową, że dla żadnego rozsądnego producenta nie mógł już być wzorem. Można do tego problemu podejść także inaczej. Być może w opowiadaniu Campbella wcale nie potwór ani jego magiczne zdolności najważniejsze, być może (jednak!) najważniejsi są ludzie. Wydaje mi się, że ciekawy to punkt widzenia; i o ile może on być dyskusyjny w przypadku samego opowiadania i jego pierwszej filmowej adaptacji (nie mam zamiaru tego rozstrzygać, zastanówcie się państwo sami), o tyle jest z pewnością uzasadniony w przypadku filmu Carpentera.

3. Ludzie przeciw sobie

John Carpenter (ur. ok.1948 r.) nie może już spodziewać się, by w najbliższych latach ktoś powierzył mu realizację kosztownej produkcji filmowej. Mimo zbliżonego wieku, podobnych studiów i identycznej fascynacji historią kina, od Lucasa czy Spielberga różni go właśnie to, że nie przyciąga do siebie pieniędzy. Tylko raz udało mu się zgromadzić naprawdę wielki budżet i okazja ta, pod względem komercyjnym, została całkowicie zmarnowana. Doszło już nawet do tego, że ten bez wątpienia znakomity reżyser zmuszony jest wypożyczać swe nazwisko do celów reklamowych. Najnowszy numer nowego brytyjskiego magazynu „Fear” ogłosił właśnie konkurs dla czytelników na szkic scenariusza do drugiej części „Prince of Darkness”; finalistom konkursu obiecano, że ich prace oceni sam Carpenter.

A przecież sprawy nie zawsze wyglądały tak smutno. „Ciemna Gwiazda”(1974), rozszerzona forma szkolnej etiudy, wzbudziła swego czasu zachwyt wielbicieli gatunku i jest do tej pory filmem cenionym, prawdę mówiąc wyżej niż Lucasowski „THX1138”. „Assault on Percint 13” (1976, thriller, umieszczony w realiach wielkiego miasta remake Rio Bravo Hawksa) został tak entuzjastycznie przyjęty na Londyńskim Festiwalu Filmowym, że doprowadziło to do powierzenia Carpenterowi realizacji „Halloween”, a trudno przecież wyobrazić sobie lepszą reklamę reżysera niż fakt, że za 320 tys. dolarów skręcił film, który zarobił przeszło sto razy tyle! Później Carpenter zrobił jeszcze „The Fog” (1979) i „Escape from New York” (1981), współfinansował (i napisał scenariusz) do „Halloween 2” (1981) i wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że „The Thing” (1982) z budżetem wysokości (podobno) 15 mln dolarów, nie przyniósł takich dochodów, jakich spodziewała się wytwórnia Uniwersal. Dlaczego?

Pisałem już kiedyś, że – jak na potrzeby „przeciętnego widza” – był to po prostu film zbyt dobry i chciałbym teraz doprecyzować to twierdzenie. Zbyt dobry znaczy więc, po pierwsze: zbyt skomplikowany. Zbyt wielu jest w nim bohaterów i zbyt wielu Murzynów, by chciało się śledzić losy ich wszystkich; nie wspominając już o wielkim (jak na przeciętnego kinowego widza) wysiłku związanym z odgadywaniem, kto już może, a kto jeszcze nie może być potworem. Zbyt dobry znaczy także: „nieoczywisty”. Carpenterowski McReady, nieustraszony jeździec na helikopterze, w środku arktycznej zimy paradujący w przedziwnym kapeluszu i dla kurażu popijający wprost z butelki, aż za bardzo (choć jednocześnie nie wprost) nawiązuje do amerykańskiego archetypu silnego mężczyzny – i nie ma żadnej indywidualności, niczego, z czym widz mógłby się utożsamiać.

Podobnie jak bohater, sceneria także wydaje się najzupełniej umowna. Różni ludzie bezustannie mówią o zabójczych mrozach, na które wychodzą w swetrach i huraganowych wiatrach, przy których helikopter lata pewnie, chociaż nie powinien latać wcale. Wydaje się, że Carpenterowi lody Arktyki potrzebne są tylko do ostatniej sceny.

„Zbyt dobry” oznacza, po trzecie, zbyt perfekcyjnie „rzeczywisty”: tyle, że przy specyficznym rozumieniu pojęcia „rzeczywistość”. Carpentera nie interesuje to, co dzieje się na zewnątrz arktycznej stacji, interesuje go wyłącznie wnętrze i rządzący nim „stosunek obcości” łączący ludzi i stwora. W pierwszej, wspaniałej scenie polowania na psa husky na otwartej przestrzeni reżyser puszcza nas na fałszywy trop sugerując, że to człowiek jest zły, by później pięknymi, długimi ujęciami pokazującymi psa „czającego się” w zamkniętych pomieszczeniach stacji przywracać nas powoli do filmowej rzeczywistości, w której świat zewnętrzny nie istnieje, zaś we wnętrzu dzieje się coś, co przekracza granice naszego (i bohaterów) pojmowania. W tym sensie „zbyt dobry” oznaczać może (po czwarte) „zbyt okrutny” lub „zbyt obrzydliwy” – Carpenter uchodzi za reżysera rozkochanego we wstrętnych efektach, choć tak wcale nie jest. Przepięknie zrobione przez Roba Bottina sceny przemiany zwierząt i ludzi (ich jakość przyczyniła się do zwiększenia budżetu filmu, a tym samym do klęski Carpentera) nie mają za zadanie budzenia wśród widzów strachu, lecz podkreślenie całkowitej niezrozumiałości tego, co się dzieje wokół bohaterów. Przykładem znakomita, niemal taneczna scena, w której w ożywianym przez lekarza masażem serca ciele najpierw pojawiają się zęby, odgryzające doktorowi dłonie, później z głowy wyrasta wstrętny, obrzydliwie długi język, aż wreszcie sama głowa zaczyna chodzić na pajęczych nóżkach, na co, zamiast strachem, bohaterowie reagują słowami: „Ya gotta to be fuckin’ kidding!” (To jakiś pieprzony żart! – i takie też są odczucia widza).

Określenie „zbyt dobry” może – po piąte – odnosić się także do zakończenia. Zakończenia, w którym znów znajdujemy się na otwartej przestrzeni i znów w sytuacji, która jest najzupełniej niejasna oraz – podobnie jak scena pierwsza – pełna fałszywych tropów. Nie wiadomo, czy i który z ocalonych jest potworem (istnieje straszna możliwość, że potworami są obaj), nie wiadomo, czy ocaleni przetrwają i -co być może najważniejsze – nie wiemy, czy mamy im życzyć przetrwania! Nie mylę się chyba twierdząc że, dla przeciętnego oglądacza fantastyki, za dużo tu niewiadomych.

I to, na razie, wszystko. Definitywnych zakończeń i jednoznacznych wniosków nie będzie; mam jednak wrażenie, że rubryka „książka i film” zmartwychwstała pod dobrymi auspicjami. Parafrazując słowa Fredericka Pohla z jego pamiętników „The Way the Future Was”4 można by powiedzieć, że wśród osób, zawodowo zajmujących się SF, nigdy nie brakowało, szaleńców, którzy skończyli w wariatkowie, oszustów, którzy skończyli w więzieniu; a najwięcej było tych, którzy mieli „zdolności twórcze żaby i inteligencję dżdżownicy”. My zaś, w szczególnym i niezwykłym wypadku, mieliśmy dziś do czynienia aż z trzema zupełnie różnymi bohaterami, którzy zupełnie nie pasowali do tego opisu.

(tekst powstał przy współpracy Pawła Ziemkiewicza)

[1] James Gunn: Alternate Worlds…, cyt. za Brian Aldiss, Trillion Years Spree, London 1986, s. 201. Przekł. autora.

[2] John W.Cambell, fragm. jednego ze „wstępniaków” z 1960 r., cyt. za Brian Aldiss, op.cit., s.217.

[3] Zauważył to Peter Nicholls w: The World of Fantastic Films, New York, 1984, s. 35.

[4] Za: Brian Aldiss, op.cit. s. 207.

Krzysztof Sokołowski

Krzysztof Sokołowski

Tłumacz, krytyk literacki i filmowy, niegdyś działacz fandomu. Współtwórca magazynów "Feniks", "Fenix" i "Fenix Antologia".

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *