Barbarzyńca i niszczyciel

Miejsce Conana na literackiej mapie współczesnej fantastyki nie jest szczególnie trudne do określenia. Stał się on niemal archetypem bohatera „sword and sorcery” — podgatunku, który jego fanów rozgrzewa do białości, krytyków zaś doprowadza do stanu wrzenia. Wielbiciele muskularnego barbarzyńcy z Cymmerii skłonni są kruszyć kopie o to, że jest on niezrównanym tworem bogatej i artystycznej wyobraźni zapoznanego geniusza literackiego równego, być może, tylko Tolkienowi. Krytycy przeciwnie; uważają, że powieści i opowiadania samego Howarda i jego następców: Cartera i Sprague de Campa są pozbawione jakichkolwiek wartości. I jedni, i drudzy starają się używać mocnych argumentów, lecz ich oceny nie korespondują ze sobą wzajemnie z racji różnicy używanych przez obie strony języków. Fanowie, wielbiciele, czytelnicy i publiczność kinowa formują masowy rynek, którym literatura fantastyczna i fantastyczno-naukowa żyje, a każda pozycja z „conanowskiego” kręgu znajduje na nim natychmiast chętnych konsumentów — pod tym względem Conan jest fenomenem zaiste niezwykłym. Krytycy, pozbawieni na tym rynku widomego oparcia i przez to pracujący jakby w próżni, próbują ustalić hierarchię estetyczną i artystyczną (a jeżeli to niemożliwe, przynajmniej quasi-estetyczną i quasi-artystyczną) i trudno się dziwić, że mając do czynienia z bohaterami „typu Conan” popadają w desperację. Oprócz niezwykłej siły fizycznej — i od czasu do czasu dobrych chęci — Cymmerianin jest tylko dodatkiem do swego „magicznego” miecza. Gdyby członkowie rozlicznych klubów jego wielbicieli zdecydowali się bliżej przyjrzeć swemu idolowi z pewnością zauważyliby, że Conana po prostu nie ma, a miecz, młot, pałka i dzida poruszają się zgodnie z intencjami niezgrabnie trzymających pióro autorów, które to intencje dają się przeliczyć na rozbite łby (w sztukach) i przelaną krew (w hektolitrach na godzinę lektury). Oczywiście, Howard (i jego następcy) stworzyli nie tylko postać supermana-barbarzyńcy, lecz także cały świat, w którym bohater ten krok po kroku wywalcza sobie wymarzone królestwo. Ten argument w dyskusjach o Conanie pojawia się równie nieuchronnie, jak jego miecz w książkach i jest równie nieśmiertelny, jak sam Cymmerianin. Jest też skuteczny, o tyle przynajmniej, że stwarza fałszywe pozory bogatej wyobraźni i pomysłowości teksaskiego twórcy. Skuteczność swą traci jednak w chwili, w której ktoś zdecyduje się przyjrzeć bliżej temu światu (do czego ma teraz okazję) — jest on przecież przy całej swej pozornej malowniczości, równie sztuczny jak poruszający się w nim barbarzyńca i jak dekoracje do hollywoodzkich produkcji, których stał się bohaterem.

Conan-barbarzyńca, Conan-niszczyciel niewielkie ma więc szanse, by zasiąść w panteonie „wielkich postaci współczesnej literatury” — nawet literatury fantastycznej. Jego właściwe miejsce jest w komiksie, gdzieś między Tarzanem i Supermanem. W komiksie i w filmie. I oczywiście, barbarzyński rzeźnik z Cymmerii został postacią filmową. Ucieleśnił go (dosłownie!) austriacki kulturysta Arnold Schwarzenegger, którego zdolności aktorskie równie trudno byłoby podejrzewać jak wcześniej niezapomnianego twórcę postaci Tarzana — Johna Weismüllera. A jednak wybór ten w jakiś sposób okazał się słuszny i w pierwszym swym filmie Schwarzenegger, jakkolwiek nie gra w ścisłym znaczeniu tego słowa, przynajmniej umie się przed kamerą poruszać, tworząc, co trudno było przewidywać na podstawie książek, postać przekonywającą i zrozumiałą dla widza. Jeśli jest w tym jakaś zasługa muskularnego Austriaka, przyznam mu ją chętnie, choć ja jej bynajmniej nie dostrzegam. „Conan barbarzyńca” — film, który jako jeden z nielicznych okazał się lepszy niż jego legenda, swe powodzenie zawdzięcza chyba przede wszystkim koncepcji postaci bohatera, scenariuszowi i reżyserii. Jest więc dziełem praktycznie jednego człowieka — Johna Miliusa, z którym jako współscenarzysta współpracował Oliver Stone. Milius-scenarzysta otrzymał do ręki materiał obfity jedynie w gwałt, krew i kiepską literaturę. Milius-reżyser potrafił zrobić z niego film, w którym nie nadużywa się gwałtu i soku pomidorowego, choć i jedno i drugie jest składnikiem koniecznym i obecnym. Twórca „Conana barbarzyńcy” w sposób być może niedoskonały, leczy wyraźnie widoczny uszlachetnił postać swego bohatera — jego Conan zasługuje nawet na współczucie (tak!), a nie tylko na podziw z racji swych magicznych zdolności bojowych.

Howardowski Conan pojawił się na scenie swego świata mając 17 lat — był wówczas żołnierzem-rozbójnikiem, który postanowił spróbować przygód w cywilizowanym świecie i został w nim złodziejem (na wielką, co prawda, skalę). Conan Miliusa w chwili, w której dostaje się do niewoli Thulsa Doom i zostaje przykuty do gigantycznych żaren jest jeszcze dzieckiem. Dzieckiem, które widziało ojca, kowala, mistrzowsko władającego mieczem (jest on chyba najlepszym wojownikiem filmu), rozszarpanego przez groteskowo opancerzone psy bojowe i było świadkiem zamordowania matki — czyż możemy się dziwić temu, że pragnie się mścić? Być może właśnie początek filmu: kucie i hartowanie mieczy, opowieść o związanych z kowalstwem mitach, bitwa i wreszcie scena śmierci matki: świst miecza i przemykające przez nieruchomy kadr pasmo włosów z obciętej głowy — to sceny w nim najpiękniejsze. Conan wędruje później w więzach w dziecięcym konwoju, zostaje przykuty do monstrualnych żaren, zaczyna pchać je z wysiłkiem. Kamera pokazuje jego nogi, zmieniające się w muskularne nogi silnego mężczyzny. Rodzi się Conan-gladiator, który walczy nie dlatego, że sprawia mu to przyjemność, lecz dlatego, że nie zna alternatywy. Wolny, pozostanie nie tylko tytułowym barbarzyńcą — stanie się też mścicielem.

Są w „Conanie barbarzyńcy” sceny, które każdemu wiernemu czytelnikowi przygód Conana — papierowego supermana muszą dać do myślenia. Jedna z nich to ta, w której zdobywa on swój miecz. Milius potrafił zrezygnować — świadomie, co do tego widz nie ma chyba żadnych wątpliwości — z jakże malowniczej sekwencji walki z mumią, znanej z publikowanego w „Fantastyce” nr 1/28/ 1985 opowiadania „Spotkanie w krypcie”. Dzięki opuszczeniu sekwencji walki (mumia jakby rozpoznaje wojownika i godzi się, by przejął on jej broń) reżyser oszczędził nam swoistego „folkloru” opowieści, polegającego na tym, że Conan zabija wszystko, co się rusza — i zyskał tym samym miejsce na pokazanie bohatera pobitego i cierpiącego, choćby na swoistym „krzyżu”. Milius dokonał także zabiegu znacznie bardziej interesującego i niebezpiecznego — choć nie ucieka od seksu, obdarzył swego barbarzyńcę kobietą, która nie jest bynajmniej„głupią blondynką” i „odpoczynkiem wojownika”, w każdym razie nie tylko. Słowa, które wypowiada Conan-gladiator („szczęściem mężczyzny jest żyć z mądrą kobietą”) nie brzmią zbyt szczęśliwie akurat w chwili, gdy mówi je umazany krwią mistrz areny, znajdują jednak uzasadnienie w treści filmu. Waleria niewątpliwie góruje nad swym mężczyzną inteligencją, a Milius przekonująco pokazuje, że to właśnie inteligencja, a nie proste „walory cielesne” są przyczyną rozpaczy Conana po jej stracie. W samą urodę widz, przyzwyczajony do oglądania setek starletek nie mających innych darów, które mogłyby obnosić przed kamerą, zapewne by nie uwierzył. W mądrość, uczucie i spryt, jak można się o tym przekonać jednak wierzy.

Film Miliusa, oprócz obrania postaci Conana z egzotyki walki, oprócz uczynienia go bohaterem nie tyle myślącym (to leży poza granicą możliwości nawet geniusza kina), ile przynajmniej refleksyjnym, poza pokazaniem, że Schwarzenegger, jakkolwiek grać nie umie, zdecydowanie dobrze wygląda przed kamerą — ma jeszcze inne walory, o których wspomnieć warto. Przede wszystkim znakomitą charakteryzację, która w filmach fantasy stała się pewnego rodzaju kanonem, i doskonałą, znakomicie współpracującą z obrazem muzykę Basila Poledourisa. Nawet szkicowa i wulgarna mitologia, którą pozostawił Howard, ograniczająca się niemal tylko do przekleństw „na Croma” i „na Mitrę” została w filmie rozbudowana, nie tylko zresztą w malowniczej scenie, w której Waleria walczy o „duszę” swego mężczyzny z bliżej niesprecyzowanymi bogami, lecz także w opowieści o magii stalowych mieczy i w znakomitej scenie modlitwy Conana przed ostateczną walką, która wydaje mi się niemal za dobra nawet na ten film, „najlepszy z filmów fantasy”.

„Conan barbarzyńca” Miliusa otworzył wielkie możliwości w gatunku filmów fantasy, wprowadzając doń bohatera, na miarę tego gatunku — tragicznego. Dla wszystkich wielbiących Conana z papieru film ten mógł się stać niemal obrazą — Conan przegrywa. W świątyni Thulsa Doom przyczyna jego klęski zostaje dokładnie wytłumaczona —jest nią właśnie jego barbarzyństwo, w książkach będące siłą bohatera. Conan barbarzyńca istnieć może wyłącznie jako barbarzyńca i jako mściciel. Jest tworem mordercy swych rodziców, mordercy Walerii, jest zredukowany od dziecka, od chwili, gdy spojrzał na znak dwóch splecionych węży — do roli mściciela. Dokonując zemsty i płacąc jej cenę — przestaje istnieć. Choćby spełnił wszystkie swe marzenia (a ile może ich mieć barbarzyńca?) nigdy już nie będzie szczęśliwy, cokolwiek słowo to mogło dla niego oznaczać.

Ile z tego zostało w filmie Fleischera? Nic, po prostu nic. Stary „były mistrz” poszedł po linii najmniejszego oporu. Jego „Conan niszczyciel”, zupełnie inny od miliusowskiego, jedynie „kosi równo z trawą”, a kilkakrotnie podkreślana (nawet przez Howarda) szlachetność barbarzyńcy wyczerpuje się w tym, że nie gwałci dziewicy, a nawet odmawia posady króla przy jej boku, choć królowa sama mu się oświadcza i ma nawet korzystne etaty dla jego przyjaciół. Schwarzenegger, który w filmie Miliusa, jakkolwiek nie grał (to byłby zbyt wielki dla niego komplement), to przynajmniej dobrze wyglądał, u Fleischera jest już tylko górą mięśni, z którą tęsknota za Walerią taką, jaką poznaliśmy wcześniej nie może mieć nic wspólnego. Mój Boże! — w filmie reżysera z Hollywood, który o technice przynajmniej powinien mieć dobre pojęcie, tylna projekcja w scenie przepływania łódką przez jezioro budzi huraganowy wybuch śmiechu. Od takiego Conana droga prowadzić już może tylko w stronę „Red Sonji”, o której amerykański krytyk napisał: „Każdy szanujący się dziesięciolatek powinien poczuć się tym filmem obrażony”.

Wielka szkoda, że fantastyka „sword and sorcery” po raz kolejny sama pozbawiła się możliwości stworzenia bohatera, jeśli już nawet nie myślącego, to chociaż refleksyjnego. Cóż, być może takie jest właśnie prawo tego gatunku. „Conan barbarzyńca” jest chyba najlepszym filmem fantasy — trudno to ostatecznie przesądzić, bowiem nikt chyba nie widział całej produkcji tego gatunku. Nie ma jednak wątpliwości, że „Conan niszczyciel” to tylko tandetna produkcja klasy B niezależnie od tego, ile w nią włożono. Jakże charakterystyczne jest to, że właśnie ten film tak bliski jest „howardowskiemu duchowi”, choć kończy się bardzo „niehowardowskim” obrazem muskularnej postaci siedzącej na bogatym tronie w pozycji… „Mędrca” Rodina. I właśnie ta scena daje nam pewne pojęcie o tym, co zapewne jeszcze zobaczymy.

 

Materiał opublikowany pierwotnie w magazynie „Feniks”, nr 3 (08) 1986

Krzysztof Sokołowski

Krzysztof Sokołowski

Tłumacz, krytyk literacki i filmowy, niegdyś działacz fandomu. Współtwórca magazynów "Feniks", "Fenix" i "Fenix Antologia".

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *